Arek Jakubik: Kim jestem? Dobre pytanie.

Arek Jakubik: aktor? Muzyk? Reżyser?

Arek Jakubik: aktor? Muzyk? Reżyser? (Fot. Albert Zawada)

Przez jakiś czas nie pracowałem jako aktor: pisałem jakieś scenariusze, nagrywałem reklamy, zarabiałem kasę... Przełomem było zbudowanie fundamentu, uporządkowanie życia prywatnego - przyznaje Arkadiusz Jakubik w rozmowie z Kubą Dobroszkiem.

Arka Jakubika poznałem dwa lata temu. Choć od tamtego momentu udzielił zapewne setki wywiadów, wciąż mnie pamięta. A przynajmniej tak twierdzi.

Kiedy siadamy w kawiarni na warszawskiej Pradze, ma na sobie ten sam znoszony płaszcz, co podczas naszej ostatniej rozmowy. - Nie będzie za dużo o filmach? - dopytuje, kiedy przedstawiam mu zamysł wywiadu. - Może to i lepiej, dość się o  nich ostatnio nagadałem.

Kuba Dobroszek: - Jakie jest twoje najmocniejsze wspomnienie z dzieciństwa?

Arkadiusz Jakubik: - Osz ty... Muszę się zastanowić... Chyba Pierwsza Komunia Święta. Mama wymarzyła sobie, aby jej ukochany pierworodny poszedł do kościoła w białym, przepięknym, cudownym garniturku. Strasznie się tego wdzianka wstydziłem, bo koledzy śmiali się, że wyglądam jak dziewczynka. Podczas grupowego zdjęcia chciałem zapaść się pod ziemię. Dzieci są bezwzględne - jeśli jesteś inny, to od razu cię wytykają palcami.

Byłeś "innym dzieckiem"?

- Wszystko się zmieniło, gdy w wieku siedmiu lat zagrałem w filmie "Okrągły tydzień" i przyprawiłem sobie gębę młodocianego aktora. Przez ostatnich kilkanaście lat miałem z tyłu głowy strach, żeby moi synowie nie poszli tą samą drogą. Nigdy nie wysłałem ich na casting do filmu czy serialu. Z jednym wyjątkiem.

Z jakim wyjątkiem?

- Castingu do "Szatana z siódmej klasy". Chciałem, żeby zobaczyli, jak wygląda praca w takim serialu. Przekonali się, że to nie dla nich. Czekanie, czekanie i jeszcze raz czekanie. Jedna wielka nuda. Znajomi reżyserzy castingów naciskali, bym jeszcze ich przyprowadzał, bo chłopcy są zdolni, ale się nie ugiąłem.

Oglądałeś z synami "Okrągły tydzień"?

- To film tak okropny, że aż fantastyczny. Spokojnie można go stawiać obok "Klątwy z doliny węży". Chłopaków bawiła sytuacja, że widzą swojego siedmioletniego ojca, który w dodatku występuje na golasa.

W pewnym sensie musiałeś dorosnąć w wieku 7-8 lat. Bardzo było trudno?

- To było tak, że coś się nagle przestawiło w mojej głowie. Z otwartego, optymistycznego dziecka stałem się zamkniętym, nieśmiałym chłopcem. Wtedy zacząłem źle się czuć w swojej skórze. Nienawidziłem tego filmu, tego aktorstwa. Wstydziłem się.

Jako nastolatek próbowałeś walczyć z gębą, którą sobie przyprawiłeś? Odzyskać optymizm, odebrany przez występ w "Okrągłym tygodniu"?

- Podczas jednego z kolejnych castingów, niedługo po premierze "Okrągłego tygodnia", byłem świadkiem rozmowy reżyserki castingu - która znała mnie wcześniej - z moimi rodzicami. Pytała, co się ze mną stało. Dlaczego nie przyjechał ten sam uśmiechnięty, nieustraszony chłopak?

Co odpowiedzieli rodzice?

- Nic. Nie wiedzieli co się ze mną dzieje. Ja też nie wiedziałem. A dziecięcy optymizm już nigdy nie powrócił. Do dzisiaj został mi strach przed ludźmi i skłonność do chowania się za podwójną gardą. To się już raczej nie zmieni.

Rozmawiałeś z rodzicami o tym, jaki wpływ miała na ciebie ta pierwsza rola?

- Tak, ale oni wtedy tego nie rozumieli. Pamiętam, że o filmie było dosyć głośno, udzieliłem jakiegoś wywiadu i otrzymałem sporo listów od ludzi, którzy go oglądali i prosili o autograf czy zdjęcie. Ponownie zajrzałem do tych listów po latach i miałem żal do samego siebie, że nikomu wówczas nie odpisałem.

Kto był wtedy dla ciebie wzorem jeśli chodzi o bycie mężczyzną?

- Ojciec nauczył mnie kochać piłkę nożną. Doskonale pamiętam Mundial z 1982 roku - Zbigniew Boniek wciąż jest moim wielkim idolem. Ale największym autorytetem i tak był zawsze dziadek. Dziadek Stanisław z Gliwic. Był prawdziwym wodzem rodziny. Pamiętam święta, które organizował razem z babcią Józią. Zawsze zjeżdżała się cała rodzina, przy stole siedziało minimum trzydzieści osób. Każdy członek rodziny miał obowiązek przyjechać do dziadków na święta, zarówno Wielkanocne jak i Bożego Narodzenia.

Mieliście konkretne świąteczne zwyczaje?

- Pamiętam wspólne kolędowanie. Godzinami potrafiliśmy śpiewać. Córki dziadka, czyli moja mama i jej trzy siostry mają świetny słuch - ależ pięknie śpiewały na głosy! Dzisiaj podczas świąt organizowanych w moim domu też śpiewamy, mama zawsze w drugim głosie. Zaczęliśmy też przed opłatkiem czytać fragmenty Biblii. Kiedyś czytałem na głos ja, teraz czytają moi synowie. Nie jestem wierzący, ale odczuwam potrzebę głębszego przeżywania świąt, potrzebę refleksji. Wszyscy szukamy duchowości.

Jak na świętach u dziadka Stanisława?

- Tak, zdecydowanie. Byłem z nim bardzo emocjonalnie związany. Zabierał mnie na wczasy nad morze, bawiliśmy się w Indian, chodziliśmy w nocy po lesie, uwielbiałem go... Niestety byłem też przy śmierci dziadka, wciąż mam to przed oczami.

Ile miałeś wtedy lat?

- Czternaście. Dziadek dostał zawału, akurat byliśmy u niego z mamą. Próbowałem reanimować go razem z wujkiem Jankiem. Nie udało się, zmarł nam na rękach. Długo miałem potem takie młodzieńcze poczucie winy, że może gdybym był silniejszy, lepiej znał zasady pierwszej pomocy, dziadka udałoby się uratować.

Jak się dziadkowi podobały pierwsze filmy z twoim udziałem?

- Bardzo! Byłem jego ulubionym wnuczkiem. Na szczęście zawsze dawał mi odczuć, że dla niego najważniejszy jestem ja i to jaki jestem, a nie fakt, że zagrałem w jakimś filmie i można się mną pochwalić.

Dziadek nauczył cię jak postępować z dziewczynami?

(śmiech) Do momentu premiery "Okrągłego tygodnia" byłem znacznie odważniejszy i bezpośredni! Pamiętam jak w przedszkolu, w tzw. "starszakach", poznałem taką jedną Monikę. Siedzieliśmy z całą grupą w kółku na krzesełkach. W środku siedziała przedszkolanka i czytała nam bajkę. Ja siedziałem koło Moniki. W pewnym momencie zarzuciłem rękę na jej oparcie i podniosłem jej koszulkę... Masowałem jej plecy, to było coś niesamowitego! Do końca nie rozumiałem, o co chodzi, ale Monice też się podobało.

Jak się skończyła ta znajomość?

- Utrzymywaliśmy kontakt (śmiech). Potem przez długi czas nie miałem dziewczyny, związki w ogóle mnie nie interesowały. Stałem się na tyle nieśmiały, że nawet jeśli któraś dziewczyna mi się podobała, to nie miałem odwagi, żeby podejść i porozmawiać.

Kiedy to się zmieniło?

- Chyba jak kończyłem podstawówkę. Zacząłem chodzić na klasowe potańcówki, zawsze kilka razy puszczaliśmy "Szał niebieskich ciał" Maanamu. Najdłuższa wówczas wolna piosenka. Obok "Born Again" Black Sabbath. Też długo i wolno, mogłeś konkretnie poprzytulać się do dziewczyny.

Jak to się stało, że z nieśmiałego chłopaka znów stałeś się przebojowym nastolatkiem? Zacząłeś podrywać dziewczyny, wylądowałeś na PWST we Wrocławiu...

- Mam ogromne szczęście do ludzi. Jedną z najwspanialszych osób jakie spotkałem w życiu była moja polonistka z liceum, pani Urszula Kraka. Wiele jej zawdzięczam.

Wie o tym?

- Pewnie. Widziałem się z nią pod koniec wakacji, nic się nie zmieniła. A zawdzięczam jej wiele, bo w liceum chodziłem do klasy matematyczno-fizycznej. W klasie maturalnej miałem dziesięć matematyk tygodniowo, osiem fizyk. I to była moja ostatnia styczność z tymi przedmiotami, głównie za sprawą pani Urszuli, która otworzyła mi oczy na literaturę i sztukę. Dzięki niej zacząłem coś pisać, uruchomiłem wyobraźnię. To były pierwsze nieśmiałe próby opisania siebie i tego, co się ze mną dzieje.

A co się działo?

- Każdą książkę, każdy wiersz filtrowałem przez własną, młodzieńczą wrażliwość. Próbowałem być szczery, starałem się nie poddawać osądom innych ludzi, czy powszechnie przyjętym kanonom, że "Słowacki wielkim poetą był"... Dlatego też często się z panią Urszulą kłóciłem.

O co?

- Nasza relacja była rodzajem intelektualnej zażyłości. A jako młody człowiek pozwalałem sobie tę zażyłość mocno nadużywać... Nie zawsze oddawałem wypracowanie w terminie, zdarzało mi się ściemniać. Gdy o godzinę spóźniłem się na próbną maturę, to wmawiałem polonistce, że to ona podała mi złą godzinę. Dopiero po latach mi powiedziała, że to był jedyny moment w jej długoletniej karierze pedagoga, kiedy miała ochotę uderzyć swojego ucznia w twarz.

No, subtelny to nie byłeś.

- Tę pewność siebie, tę swego rodzaju młodzieńczą bezczelność nabywałem również na kółku teatralnym, co również było zasługą pani Urszuli. Pani od matematyki szybko mnie znienawidziła, bo uciekałem z jej lekcji na teatralne próby.

Taa, próby.

- No dobrze, nie byłem taki kryształowy, czasem to nie były próby... (śmiech)

W jakie role się wcielałeś?

- Pod koniec pierwszej klasy liceum zagrałem Papkina. Bardzo mi się to spodobało. Coś się nagle przestawiło w głowie, wszystkie zaklęcia o niechęci do aktorstwa odeszły.

Tak nagle? Tak po prostu?

- Przede wszystkim zobaczyłem, że to, co robię, podoba się moim rówieśnikom: dziewczynom, kolegom... Zakompleksiony gość staje się na scenie gwiazdą, staje się kimś. Niedawno zabrałem syna na sentymentalną podróż do moich rodzinnych Strzelec Opolskich. Odwiedziliśmy liceum, do którego uczęszczałem. Tam jest taka gablota, gdzie można obejrzeć zdjęcia z historii działalności kółka teatralnego. Jest tam mój Papkin. Jest też tam moja najważniejsza, popisowa rola Skąpca. Ale dostałem wtedy owacje... Na stojąco.

Poszedłeś do szkoły teatralnej, bo spodobało ci się imponowanie znajomym?

- Bardziej chciałem zdobyć narzędzia, dzięki którym mógłbym się komunikować z ludźmi. Które mnie otworzą na świat i sprawią, że będę odważniejszy. Ale to działo się już wtedy. Pamiętam jak w klasie maturalnej wyreżyserowałem poetycki performance, jak z kumplami z klasy recytowałem "my z drugiej połowy XX wieku/ rozbijający atomy/ zdobywcy księżyca/ wstydzimy się/ miękkich gestów/ czułych spojrzeń/ ciepłych uśmiechów". Oprócz Hillar były wiersze Bursy, Baczyńskiego, Wojaczka, Stachury i wielu innych. Muzycznym podkładem były mroczne dźwięki spod znaku wytwórni 4AD, czyli Dead Can Dance i Cocteau Twins. Strasznie byłem z tego dumny.

W szkole się, rozumiem, spektakl spodobał?

- Wszyscy byli zachwyceni! Takie sukcesy mnie bardzo motywowały. Kręciliśmy własne filmy, zakładaliśmy pierwsze zespoły. Niewiele z tego wynikało, ale najważniejsze, że próbowaliśmy. W liceum zacząłem też jeździć do Jarocina. Tam w 1985 roku pierwszy raz usłyszałem legendarną "Pieśń o bohaterze" zespołu Dzieci Kapitana Klossa. I wyobraź sobie, że lider tej kapeli, kolega Olaf Deriglasoff, zaprosił mnie po 28 latach, abym nagrał prolog do coveru tej pieśni na jego płycie "XXX", a ostatnio nagraliśmy razem płytę "40 przebojów". Takich zetknięć z dawnymi idolami było sporo.

Czyli rozpoczynając naukę w PWST wiedziałeś już, że artystyczna kariera jest dla ciebie?

- W życiu. Absolutnie nie wierzyłem, że dostanę się do szkoły teatralnej, dlatego poszukiwałem również innych dróg.

Czemu nie wierzyłeś?

- Przede wszystkim musiałem sobie poradzić z syndromem chłopca z małego miasteczka. Co prawda w rodzinnych stronach zyskałem poważanie - nie pamiętam, żeby ktoś ze Strzelec Opolskich dostał się do szkoły teatralnej - ale przyjeżdżając na studia do Wrocławia wciąż byłem młodzieńcem z prowincji zjawiającym się w poważnej metropolii.

Kiedy uporałeś się z takim myśleniem?

- Dopiero po latach zrozumiałem, że jeśli nie pogodzisz się sam ze sobą, to zawsze będziesz chłopcem z małego miasta. Ten sam mechanizm miał miejsce, kiedy skończyłem wrocławską PWST i wylądowałem w Warszawie. Kiedy szukałem pracy w stolicy to ludzie nie dowierzali, że we Wrocławiu jest szkoła teatralna. I znowu byłem chłopcem z małego Wrocławia. Co ciekawe, teraz też - będąc już w Warszawie - kiedy jadę na festiwal za granicę, to znowu jestem z prowincjonalnej Warszawy.

Gdyby wtedy, w szkole teatralnej, ktoś powiedział ci, że za kilkanaście lat będziesz tym, kim jesteś teraz - uwierzyłbyś?

- No co ty. Ale paradoksalnie do PWST zostałem przyjęty z pierwszego miejsca. Do egzaminów przygotowywał mnie pewien aktor z Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, nazwisko litościwie pominę. Moja mama za ostatnie pieniądze wykupiła mi u niego korepetycje. To było z pięć lekcji.

Co można zrobić w pięć spotkań?!

- Prezentowałem teksty, które przygotowałem na egzamin. Towarzyszyła nam również żona aktora, która była logopedką, co trochę mi pomogło - wtedy jeszcze bardzo sepleniłem i jąkałem się. Podczas ostatniego spotkania wręczyłem panu aktorowi butelkę koniaku od mamy oraz kopertę z należnością. Na koniec zostałem poczęstowany tym alkoholem, a po wypiciu pierwszej lampki zebrałem się na śmiałość i pytam się: "Panie Arku, (bo też miał Arek na imię) czy ja mam jakieś szanse na tych egzaminach"? A on wtedy już nieźle wcięty chwycił mnie za ramię: "Szczerze? Daj sobie spokój". Świat mi się zawalił. Chodziłem zapłakany po całym Opolu.

Ale jednak pojechałeś na egzaminy. Młodzieńcza bezczelność wzięła górę?

- Pewnie tak. Pamiętam, że kiedy zobaczyłem listę osób przyjętych na studia i siebie na pierwszym miejscu, zrobiłem gest Kozakiewicza. Wszyscy wokół dziwnie na mnie patrzyli, ale ja wiedziałem, do kogo ten gest kieruję. Pana Arkadiusza nigdy więcej nie spotkałem i niech tak już zostanie.

Pierwsze wrażenia z wykładów?

- Moim podstawowym problemem była wymowa. Niestety na pierwszym roku w mojej grupie zajęcia z dykcji się nie odbywały, bo profesor, który miał je prowadzić przyszedł na pierwsze zajęcia, rozdał teksty i potem już się nie pojawił. Przyszedł dopiero przed egzaminem, posłuchał nas i rozentuzjazmowany wstawił wszystkim zaliczenia.

Rozczarowałeś się? Rzeczywistość w PWST znacznie różniła się od legend...

- Wiesz co, ja chyba po prostu znów nie potrafiłem się dopasować, odnaleźć w tym świecie. W ogóle nie znalazłem uznania u pedagogów.

To znaczy?

- Nie dostawałem ciekawych ról na egzaminach, do spektakli dyplomowych mnie nie brano albo grałem jakieś ogony. Czułem się mocno niespełniony. Zacząłem więc zadawać sobie pytania, czy aby na pewno wybrałem dobrą drogę. Wiesz, takie myśli z serii: "a może jestem do dupy aktorem i trzeba pomyśleć o czymś innym"?

Miałeś dwadzieścia kilka lat. Chyba strasznie późno na takie przemyślenia.

- Ja takie przemyślenia mam co jakiś czas. Nie chciałbym za szybko zachwycić się sobą, spocząć na laurach. Najważniejsze to poszukiwać, odkrywać siebie na nowo. Wciąż i wciąż.

No dobra, to wtedy co odkryłeś?

- Reżyserię. Zacząłem o niej myśleć jeszcze w trakcie studiów aktorskich. Zrobiłem teatralną adaptację "Biesów", opartą na relacji Kiryłow-Stawrogin, chcieliśmy to wystawić w szkole. Potem reżyserowałem pierwsze słuchowiska we wrocławskim radio. I zdawałem do Akademii Teatralnej na reżyserię, ale się oczywiście nie dostałem. Rektorem był wówczas Maciej Wojtyszko. Ale ja jestem upartym osłem spod znaku Koziorożca. Rok później wyreżyserowałem swój pierwszy spektakl na profesjonalnej scenie w Warszawie o "oberiutach", była przed wojną taka teatralna grupa rosyjskich abstrakcjonistów. Zacząłem regularnie reżyserować w teatrze. I z jakieś 10 lat temu pan Wojtyszko zjawił się na premierze mojego spektaklu "Goło i wesoło", podszedł potem do mnie, zachował się klasą, bo pogratulował mi i powiedział: "no cóż mogę panu rzec po naszym ostatnim spotkaniu... Chyba tylko to, że reżyserem nie jest ten, kto skończył szkołę, ale ten, kto reżyseruje".

Arkadiusz JakubikFot. Albert Zawada

Reżyserujesz, grasz w filmach, masz kapelę. Kim ty w ogóle jesteś, Jakubik?

- Kim jestem? Dobre pytanie. Każdy ze światów, w których funkcjonuję, daje mi coś unikalnego. Nazywam je "planetami aktywności twórczej". I mam to szczęście, że mogę pomiędzy nimi swobodnie się przemieszczać.

Nie odpowiedziałeś na pytanie.

- Teraz jestem chyba przede wszystkim spełnionym człowiekiem. W zależności od nastroju, mogę robić to, na co mam ochotę. Chcę robić muzykę? Wchodzę do studia i śpiewam. Chcę pracować z ludźmi? Wracam na plan filmowy. Albo reżyseruję coś w teatrze. Z żadnej z tych planet nie zamierzam zrezygnować. O każdą chcę walczyć.

Która z tych planet była dla ciebie przełomem?

- To tak nie działa. Wiesz kiedy to wszystko tak naprawdę się zaczęło?

Kiedy w liceum spotkałeś uczynną polonistkę?

- Nie. Po skończeniu szkoły teatralnej przez dwa lata pracowałem w teatrze, a potem przez kilka lat nie uprawiałem ani zawodu aktora ani muzyka. Robiłem różne rzeczy, pisałem jakieś scenariusze, nagrywałem reklamy, zarabiałem kasę. Przełomem było zbudowanie fundamentu, założenie bazy.

Masz na myśli rodzinę?

- Tak. Uporządkowałem życie prywatne i stałem się niezależny finansowo - to był dla mnie przełom. Przestałem się przejmować opłatami za czynsz i kupnem podręczników do szkoły dla synów. Nie musiałem już czekać na telefon z obojętnie jakiej produkcji serialowej, byleby tylko zapłacili. Za tym przyszła również pewność siebie. Boję się pomyśleć, gdzie bym był, gdyby nie rodzina.

Aż tak?

- Wiesz, ten spokój i pewność siebie przyszły jakoś tak na początku XXI wieku. A nic w sumie tego nie zapowiadało, bo wcześniej wzięliśmy strasznie duży kredyt na mieszkanie. Wylądowaliśmy w 22-metrowej klitce w Warszawie. Po narodzinach syna Kuby - to był 1997 rok - zaczęło się robić ciężko.

W sensie?

- Zdaliśmy sobie sprawę, że nie dajemy rady funkcjonować na takim małym metrażu. W przedpokoju dwa metry na jeden pisałem jakieś scenariusze na maszynie, jarałem fajki, sąsiedzi się wkurzali, bo przez uchylone drzwi dym wylatywał na klatkę schodową. Kuba cały czas płakał, ja nie potrafiłem się skupić, Agnieszka wyjeżdżała ze swoimi spektaklami. Dotarło do mnie, że musimy znaleźć większe mieszkanie, bo nie damy rady. Tylko, że nie mieliśmy kasy.

Co zrobiliście?

- Daliśmy ogłoszenie do gazety. Pod koniec lat 90-tych można było zamienić mieszkanie własnościowe na większe mieszkanie komunalne. Formalnie nie należało do ciebie, ale była szansa na późniejsze wykupienie od miasta. Zgłosił się do nas pewien facet, który zaproponował nam mieszkanie w Konstancinie-Jeziornie. Przyjmijmy, że ma na imię Karol. Jedziemy z nim do tego Konstancina, a tam mieszkanie trzy razy większe! 68 metrów kwadratowych, dwa poziomy, a do tego pan Karol uparł się jeszcze, że dołoży nam pieniądze na dobudowanie schodów! W tym momencie robimy cięcie i cofamy się półtora roku wcześniej.

Spotkałeś wcześniej tego faceta, tak?

- Zima. Wracam nocą ze swojego "szlaku hańby". Nagle przy bramie na ulicy Freta zaczepia mnie jakiś gość, który ma przy sobie dwie reklamówki pełne książek i albumów. I pyta: "Przepraszam, nie chciałby pan kupić ode mnie jakiejś książki?" Nie miałem przy sobie pieniędzy, a widziałem, że facet inteligentny, ma jakiś problem, więc chciałem go chociaż zaprosić na herbatę.

Odmówił?

- Tak, przeprosił, że przeszkodził i się oddalił. I wtedy coś mnie tknęło. Poszedłem za nim. Gość wszedł do knajpy "Pod Herbami" i próbował sprzedać te książki barmanowi. Bezczelny barman, taki gówniarz - spytał: "Sześć piweczek za te książeczki będzie dobrze?". Mężczyzna z totalnym zażenowaniem odpowiedział: "Tak, niech będzie." No więc dostał sześć piw, pierwsze dwa wypili z barmanem jeszcze w knajpie w ramach oblewania transakcji.

Co było dalej?

- Facet od książek wziął pozostałe cztery piwa i w długą. A ja za nim. Dogoniłem go i poprosiłem o rozmowę. Zatrzymaliśmy się w jednej z bram, zajaraliśmy fajki i dopiero wtedy facet się otworzył. Powiedział, że jest alkoholikiem i nie trzyma pieniędzy w domu, bo wie, jak to się może skończyć. Ale tamtego dnia nie dał rady wytrzymać. Pokłócił się z byłą żoną, syn się go wyrzekł. Chciał się upić, wrócić do mieszkania i odkręcić gaz.

Ile miał lat, wtedy gdy rozmawialiście?

- Koło sześćdziesięciu? Opowiadał mi tamtej nocy, że był najmłodszym pułkownikiem w PRL-u, że miał 30 lat jak został dowódcą pułku. Niestety na chwilę odszedł, powiedział, że zaraz wróci. I zniknął. Szukałem go. Bez skutku. Wróciłem do domu, nie mówiąc nic o tym spotkaniu mojej Agnieszce. Całą noc o nim myślałem. Teraz znowu filmowe cięcie. I wracamy do Konstancina.

Do zamiany mieszkania?

- Tak. Pan Karol był zdecydowany na zamianę mieszkań. My też. Wsiadamy więc do naszego Tico i wracamy do Warszawy, żeby dopełnić formalności. Oczywiście rozmawiamy. Pan Karol opowiada, że pracuje a w jakimś ministerstwie, że w zasadzie jest na emeryturze, ale trochę sobie dorabia. I nagle wypala: "Ja to jestem z zawodu wojskowym, byłem najmłodszym pułkownikiem w PRL-u, jak miałem 30 lat, dostałem pod swoje władanie pułk".

?!

- Tak, tak, a ja tak jadę tym Tico i cofa mi się film. To był ten facet z bramy, który chciał sprzedawać książki. Patrzę na niego i widzę dokładnie tego samego gościa. Zamarłem. Agnieszka pyta, co się ze mną dzieje. Ja nic. Jestem w szoku. Dojeżdżamy do naszego małego mieszkania, które chcieliśmy zamienić. Pan Karol obejrzał i jeszcze raz potwierdził, że jest zainteresowany transakcją, po czym wyszedł.

Wtedy powiedziałeś żonie?

- Byłem pewien, że to oszustwo. Mówię, że to alkoholik, że w ogóle nie ma o czym gadać. Agnieszka na to, żebym się uspokoił. Poradziła, żeby może pojechać do tej spółdzielni mieszkaniowej i sprawdzić w księgowości, czy wszystko w porządku. Zadzwoniłem do pana Karola i nazajutrz jeszcze raz pojechaliśmy do Konstancina. Pytam księgową, czy nie ma tutaj żadnej podpuchy, a ona tłumaczy, że to uczciwy człowiek, że nikt nie chce mnie oszukać.

No i zamieniłeś?

- Wracamy z Konstancina. Bez słowa, w milczeniu. I nagle pan Karol mówi: "Panie Arku, pan wie, że już się kiedyś spotkaliśmy?". Po długiej pauzie odpowiadam: "Wiem". I on na to: "Chciałem panu podziękować za tamto spotkanie". Dziękuje mi, że go wtedy nie zostawiłem. Pierwszy raz otrzymałem coś od losu, od człowieka, w prezencie. Później z panem Karolem długo utrzymywaliśmy bliskie kontakty, przychodził na nasze premiery, bo ułożył sobie życie, pogodził z żoną, nasze mieszkanie dał synowi. A w tamtym mieszkaniu w Konstancinie żyliśmy przez dziesięć lat. To tam stanęliśmy wreszcie na nogi.

Tę historię opowiedziałbyś małemu, nieśmiałemu Arkowi, który stracił radość z życia po występie w "Okrągłym tygodniu"?

- Tak. Pewnie tak. Po tym spotkaniu dotarło do mnie, że wszystko, co robimy w życiu, wszystkie rzeczy dobre i złe wrócą do nas w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Synów zawsze chciałem nauczyć, by byli dobrymi ludźmi. Reszta nie ma żadnego znaczenia.

Szczęście już wróciło?

- Tak. Jestem spełniony i szczęśliwy. Mam wszystko poukładane. Nawet przeniosłem prochy ojca na pobliski cmentarz w Konstancinie. Mamy tam teraz swoją rodzinną kwaterę, bo grabarz, pan Sebastian zapytał mnie wtedy: "Panie Arku, bo ja tu panu mogę tak wykopać, żeby pięterko było. Dla pana i żony. Wiem, że to za wcześnie, ale wie pan, różnie to bywa". No więc zrobiłem pięterko. Bo różnie to bywa (śmiech).

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • - Mogę powiedzieć, że główną przyczyną moich sukcesów było ustatkowanie się i ustabilizowanie życia prywatnego. Żonę poznałem w Planicy, ale nie chcę o tym opowiadać, bo już chyba wszyscy zdążyli nas o to zapytać Kamil Stoch: Wciąż mało mi latania
  • - Nikogo nigdy nie wyśmialiśmy. Szanujemy ludzi. Jeśli coś nam się nie podoba i pokazujemy to w formie śmiesznej, zabawowej, to nie oznacza, że my kogoś atakujemy Neo-Nówka: Rzeczywistość przegoniła nasze skecze
  •  O.S.T.R. Brzydki, zły i szczery - wywiad z O.S.T.R.
Komentarze (10)
Arek Jakubik: Kim jestem? Dobre pytanie.
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    gaudia

    Oceniono 22 razy 18

    piekna rozmowa

  • avatar

    Gość: dsq

    Oceniono 20 razy 16

    Świetny wywiad. Świetny gość.

  • avatar

    Gość: wesele

    Oceniono 6 razy 4

    Panie Arku szacun!!!!!!!!! a jeszcze jedno ja też w poprzednim życiu byłem psem .

  • avatar

    java3

    Oceniono 6 razy 2

    Arek Jakubik - fantastyczny facet!
    No i aktor też

  • avatar

    lessie111

    Oceniono 5 razy 1

    Panie Arku, jest Pan super gość. Pozdrawiam i powodzenia.

  • avatar

    Gość: Bienio

    0

    Uwielbiam gościa! Jakubik człowiek orkiestra.

  • avatar

    Gość: Przegość

    Oceniono 4 razy 0

    Pan Arek jest moim idolem. Mysle ze wiele razy upadl i sie podniosl. Tak jak ja. Tzn. Ja tak jak on. To z nas czyni lepszych. Pozdrawiam Panie Arku. Jest Pan wybitnym aktorem i czlowiekim. Tak trzymac.

  • avatar

    Gość: gosc

    Oceniono 7 razy -1

    a znany z czego??????z notorycznego pijanstwa ???? ---no to znany

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy