Abonament Hastingsa: kulisy Netflixa

Grzegorz Sobaszek
11.04.2017 14:31
A A A
Reed Hastings

Reed Hastings (Fot. materiały prasowe)

Prezes platformy Netflix w ciągu trzech dekad zgromadził fortunę. Teraz nie tylko inwestuje pieniądze w tworzenie treści, ale też chętnie dzieli się wiedzą, jak je zdobyć.

Skup się.

Jak każdy człowiek sukcesu, Reed Hastings czuje się wyśmienicie w roli mentora. 56-letni współzałożyciel Netfliksa chętnie opuszcza fotel szefa, by jeździć po świecie i głosić dobrą nowinę. Jeśli chciałbyś, jak Hastings, zgromadzić majątek w wysokości niemal dwóch miliardów dolarów, rzuć wszystko, czym się właśnie zajmujesz, i posłuchaj.

Oto dobra nowina: możesz osiągnąć, czego tylko zapragniesz. Wystarczy, że przyswoisz sobie kilka prostych zasad, wykujesz na blachę parę chwytliwych maksym i trochę popracujesz. Przyda się też odrobina talentu, ale przecież, jak zapewniają kaznodzieje biznesu, każdy ma jakiś talent. Wystarczy go odnaleźć. Odnalazłeś? To do dzieła. Zgodnie z nauką Hastingsa teraz powinieneś się skupić. Zajmuj się wyłącznie tym, w czym jesteś najlepszy, zamiast robić kilka rzeczy, które wychodzą ci przeciętnie. Rozpraszając energię, marnujesz czas i własny potencjał.

Hastings nie ma charyzmy Steve'a Jobsa, nie jest wizjonerem na miarę Elona Muska, a przy założycielach Google'a, Sergeyu Brinie i Larrym Page'u, to doprawdy skromny przedsiębiorca. Nie jest też zresztą specjalnie oryginalny, bo swoją biznesową zasadę numer jeden, czyli "rób tylko to, co wychodzi ci najlepiej", przejął od Audrey MacLean, która pomogła mu w jednym z pierwszych biznesowych przedsięwzięć.

Można sobie z Hastingsa trochę drwić, gdy przybiera pozę złotoustego guru biznesu i wbrew wygłaszanym przez siebie radom poświęca czas rzeczom, w których nie jest najlepszy. Trudno jednak żartować, obserwując tempo, w jakim ostatnio rozrasta się jego rozrywkowe imperium.

ASPIRYNA I FILMY

O Netfliksie głośno jest u nas dopiero od kilku lat, ale w sierpniu firma będzie obchodziła dwudziestolecie istnienia. Założony rok wcześniej niż Google, Netflix był ogólnoamerykańską wypożyczalnią filmów DVD. Chciałeś obejrzeć film, zamawiałeś go online, a listonosz dostarczał ci płytę prosto do domu. Dziś, Anno Domini 2017, brzmi to jak opowieść z czasów myszy objadających się królem Popielem, ale między rokiem 1998, w którym Netflix zaczął wysyłać pierwsze płyty, a 2007, w ten niesamowicie oldskulowy sposób od Reeda Hastingsa filmy wypożyczono miliard razy.

Mniej więcej w 2007 r. u nas zaczęły dogorywać zarówno sieciowe, jak i niezależne wypożyczalnie stacjonarne. W jednej z najpopularniejszych stołecznych sieciówek, gdzie przez lata wypożyczano kasety VHS, a potem płyty DVD, dziś można kupić mleko i aspirynę, bo teraz, zamiast sieciówki z filmami, jest tu sklep spożywczy, nawiasem mówiąc również należący do sieci.

W czasie swoich wykładów Hastings często wspomina o mleku i aspirynie. To według niego produkty (wybaczcie, bracia i siostry weganie), które ludzie muszą kupować. Tymczasem jego produkty, jak podkreśla, ludzie chcą kupować i mimo że nie są to artykuły pierwszej potrzeby, znajdują coraz więcej nabywców. Wystarczy spojrzeć na wyniki finansowe firmy z ubiegłego roku, z przychodem 8,3 miliarda dolarów i zyskiem 154 mln. W ostatnim kwartale 2016 r. Netflix przekonał do siebie kolejnych 7 mln użytkowników na świecie, co jest rekordem w historii firmy.

Na podbój światowych rynków Netflix ruszył w zeszłym roku (do Polski trafił w styczniu, na dobre rozkręcił się we wrześniu). Dziś jest już niemal wszędzie. Nie w Korei Północnej, gdzie gwiazdą streamingu pozostaje monopolista Kim Dzong Un. Biografia 33-letniego wodza, a także życiorysy jego ojca i dziada, to niewyczerpane źródło inspiracji dla tamtejszych filmowców. Te treści na razie udostępniane są w telewizji i na wielkim ekranie, bo jeśli idzie o dostęp do internetu, mieszkańcy komunistycznego raju wciąż borykają się z "przejściowymi trudnościami".

Nieobecność w  25-milionowej Korei Północnej, której PKB to dwukrotność zeszłorocznych przychodów Netfliksa, raczej nie spędza Hastingsowi snu z powiek. Poważnym wyzwaniem jest zaistnienie w Chinach. Na razie w Państwie Środka sprzedaje swoje programy tamtejszym telewizjom w formie licencji, ale niemal 1,4 miliarda Chińczyków to znacząca liczba potencjalnych użytkowników.

STO MILIONÓW NA SERIAL

Zamiast pytać o to, czy Netflix się o nich upomni, należy zadać pytanie: kiedy? Mówiąc o Chinach, podczas prelekcji Hastings przywołuje dwie kolejne cechy skutecznego biznesmena: bądź cierpliwy i myśl długofalowo. Te cnoty ilustruje, powołując się, a jakże, na przykład firmy Apple, która od debiutu iPhone'a w 2007 r. przez sześć lat czyniła mozolne starania o masową sprzedaż jabłkofonów w Państwie Środka. W październiku 2013 r. Chińczycy rozkochali się w modelu 5S, a chwilę później Tim Cook podpisał umowę z China Mobile, która w owym czasie obsługiwała 760 milionów użytkowników. Na początku zeszłego roku co czwarty iPhone był sprzedawany w Chinach.

Hastings cierpliwie więc czeka na sprzyjające okoliczności, ale jeżeli myśli długofalowo, musi się też liczyć z nadchodzącymi zagrożeniami, bo przecież podziwiane przez niego Apple chce nie tylko wypożyczać multimedialne treści, ale też zacząć je produkować, czyli powalczyć tam, gdzie Netflix z Amazonem wydają się obecnie nie do pobicia.

Swoją drogą, gdyby dziesięć lat temu ktoś ogłosił, że już niebawem gwiazdorzy programu "Top Gear" odejdą z szacownego BBC do sprzedawcy książek, a Kevin Spacey i Winona Ryder znajdą ciepłe posadki u właściciela wypożyczalni filmów, zostałby uznany za człowieka niespełna rozumu.

Tymczasem jesteśmy świadkami wielkiej medialnej rewolucji. Na jej czele bez dwóch zdań stoi Reed Hastings, który lekką ręką wydaje sto milionów dolarów na serial. Wyprodukowany kilka miesięcy temu pierwszy sezon "The Crown", fabularna biografia królowej Elżbiety, to jedna z najlepszych produkcji historycznych ostatnich lat. Sukcesem okazał się też thriller polityczny "House of Cards", podobnie jak ostro feminizujący komediodramat więzienny "Orange is the New Black" czy inspirowany twórczością wczesnego Stevena Spielberga i Stephena Kinga serial "Stranger Things" braci Duffer.

The Crown Season 1materiały prasowe Netflix

A to dopiero początek. Ted Sarandos, który w Netfliksie odpowiada za sprawy programowe, ogłosił, że w tym roku jego firma przeznaczy na produkcję własnych programów sześć miliardów dolarów (to o miliard więcej niż w 2016 r.). Dzięki temu powstanie m.in. dwadzieścia nowych seriali i programów.

Jednym z nich jest wyprodukowany przez Sylvestra Stalonne'a show "Ultimate Beastmaster". W dziesięciu godzinnych odsłonach zawodnicy z sześciu krajów będą musieli zmierzyć się z morderczym, długim na ponad 180 m torem przeszkód, czyli tytułową bestią.

W sumie Netflix wyprodukuje 600 godzin autorskich premier. Jak nietrudno wyliczyć, na stworzenie godziny takiego progamu Hastings i spółka przeznaczają 10 mln dol., czyli nieco ponad 40 mln zł. Dla porównania, wyprodukowanie najdroższego filmu w dziejach polskiej kinematografii, "Quo Vadis" (2001; wciąż jest rekordzistą), kosztowało około 76 mln zł (28,5 mln za godzinę).

GENY MÓZGOWCA

W jaki sposób Hastings zgromadził tak olbrzymie pieniądze? Po koledżu, w 1983 r. wyjechał do Afryki, by jako wolontariusz Korpusu Pokoju przez dwa lata uczyć angielskiego, więc tu fortuny się nie dorobił. Ale że pochodzi z rodziny naukowców (jego pradziadek, Alfred Lee Loomis, był znanym wynalazcą), po powrocie bez problemu dostał się na Uniwersytet Stanforda, który ukończył w 1988 r. z dyplomem magistra informatyki pod pachą. Jako absolwent prestiżowej uczelni szybko znalazł pracę w Adaptive Technology, firmie należącej do Audrey MacLean, czyli kobiety, która nauczyła go, by poświęcał czas tylko temu, w czym jest bezsprzecznie najlepszy.

Już w 1991 r., po tym, jak stworzył narzędzie do debugowania, rzucił posadę u MacLean i otworzył pierwszy własny biznes. Tak został prezesem Pure Software, firmy specjalizującej się w naprawianiu wadliwego oprogramowania. Okazało się, że Hastings jest niezgorszym informatykiem, więc kilkuosobowe przedsiębiorstwo szybko się zaczęło rozrastać, by dać pracę ponad pięciu setkom specjalistów IT. Po niespełna pięciu latach szefowania i fuzji z firmą Atria, zmęczony użeraniem się z księgowymi i zarządzaniem, Reed postanowił zostawić przedsiębiorstwo i zaczął myśleć o firmie, która byłaby wymarzonym miejscem do pracy, zarówno dla niego, jak i jego podwładnych. I tak oto w 1997 r. wraz z Markiem Randolphem otworzył wypożyczalnię filmów online.

Ich Netflix różnił się nieco od stacjonarnych wypożyczalni. Szło nie o zdecydowanie szerszą ofertę czy ogólnokrajowy zasięg, lecz o pomysł, który dziś wydaje się czymś oczywistym - zamiast pobierać opłatę za pojedyncze wypożyczenie filmu, Reed i Marc zaproponowali klientom abonament. Płacisz stałą kwotę i oglądasz do woli. Ten pomysł, dosłownie, kupiło ponad 40 milionów Amerykanów.

PARADOKS WYKŁADOWCY

Wraz z rozwojem infrastruktury teleinformatycznej po kilku latach Netflix zaczął odchodzić od płyt DVD i w końcu przeszedł do strumieniowania treści. Jednak prawdziwa potęga firmy narodziła się w dniu, w którym Hastings postanowił wejść w produkcję własnych filmów i programów. Jak tłumaczy podczas wykładów, ma talent do gromadzenia wokół siebie utalentowanych ludzi. Ci ludzie potrafią tworzyć rzeczy równie ciekawe, jak dotychczasowi gracze na rynku.

Filozofia Hastingsa jest banalna. Jeśli wykorzysta efektywnie pieniądze z abonamentów, a więc zadowoli klientów, ci zajmą się promocją, opowiadając znajomym o tym, co zobaczyli za pośrednictwem Netfliksa, dzięki czemu Reed będzie miał nowych użytkowników, a więc jeszcze więcej pieniędzy do zainwestowania.

Dziś pan prezes może sobie pozwolić na prawienie banałów przed głodną sukcesów widownią: "Jeśli masz utalentowanych ludzi wokół, nie musisz się martwić o sukces". Albo opowiadać o nowatorskich sposobach wprowadzania kultury biznesowej: "Lepiej inspirować ludzi, niż nimi zarządzać".

W tym nauczaniu tkwi pewien paradoks. Jeśli bowiem posłuchasz Hastingsa i skupisz się na tym, co najważniejsze, nie będziesz miał czasu na oglądanie seriali Netfliksa. A że oferta platformy w Polsce jest wciąż, delikatnie rzecz ujmując, dość skromna, najprawdopodobniej jesteś skazany na sukces.

Zobacz więcej na temat:

Zobacz także

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy