Twardoch: Jestem zażenowany pytaniami o boks

Ze Szczepanem Twardochem, pisarzem, autorem wywiadu rzeki z Mamedem Khalidovem "Lepiej, byś tam umarł", rozmawia Piotr Mieśnik.

Piotr Mieśnik: - Kiedy się ostatnio biłeś?

Szczepan Twardoch: - Zależy w jakim sensie. Na ulicy to już bardzo dawno się nie zdarzyło. Parę lat. Sparingi to owszem. Wiesz, ja w ogóle jakoś zażenowany jestem trochę tymi pytaniami o boks. Odwróć sytuację, to tak jakbyś Mameda pytał o próby pisarskie. Opowiadanie o tym jest dla mnie trochę niezręczne.

Dużo się teraz mówi o "wychodzeniu poza strefę własnego komfortu"...

- Dużo głupot się w ogóle mówi. Boks to jest sport, który ku mojemu zaskoczeniu bardzo mi pasuje i wcale się nie nudzi. A uprawiam go już dość intensywnie od dwóch lat. Sparingi dają mi frajdę, choć robię je rzadko. Są dla mnie po prostu okazjonalnym urozmaiceniem treningu i sprawdzianem tego, czy w ogóle zdołałem się czegoś nauczyć. Bo z tego, co potrafisz zrobić na worku czy na tarczach, na sparingu zostaje ci zaledwie jedna dziesiąta.

Boks czy MMA?

- Jeśli chodzi o trening, to zdecydowanie rządzi pięściarstwo i kick-boxing. Z technikami parterowymi nie mam nic wspólnego. Jakoś to przytulanie i ten pot kapiący z jednego faceta na drugiego mnie nie kręcą, chociaż oczywiście doceniam kunszt. Ale trenować nie miałbym ochoty. Natomiast bardzo lubię oglądać MMA. Czasem wydaje mi się bardziej widowiskowe niż boks. Choć to oczywiście zależy też od zawodników. W pięściarstwie bardzo lubię oglądać lżejsze kategorie, taki Wasyl Łomaczenko to jest ktoś nie z tej ziemi. Gdy patrzę na to, co robi, to jest w tym nadludzki wymiar. Jego tempo, zmiany kątów, odejścia, to wszystko jest niezwykle widowiskowe.

Gdy zadałem ci pierwsze pytanie, o to kiedy się ostatnio biłeś, to nad odpowiedzią zastanawiałeś się dłużej, niż trwała ostatnia walka Mameda. Było widowiskowo, bo zdemolowanie Anglika Luka Barnatta zajęło mu 21 sekund. Oglądałeś ten pojedynek?

- No jasne. Nie spodziewałem się czegoś takiego, bo facet, z którym Mamed walczył, to bardzo dobry zawodnik. A Anglik zdołał chyba wyprowadzić tylko dwa niskie kopnięcia, i to było wszystko, co pokazał w tej walce, to była cała jego aktywność. Ale też podczas tej walki przypomniało mi się to, co Mamed opowiadał w książce, o tym, czego nie lubi w MMA: dobijania. I zauważyłeś co zrobił?

Zatrzymał się.

- Otóż to! Inny zawodnik usiadłby na rywalu i okładał go, dopóki sędzia by nie zareagował. A gdy Mamed zobaczył, że facet jest miękki, ruszył do niego i kiedy widział, że już załatwione, to się zatrzymał. Bardzo mi się to spodobało. Zobaczyłem, że to, co opowiadał o tym, że przeszkadza mu agresja, która jest wpisana w jego zawód, jest autentyczne.

Czy zanim zaczęliście pracować nad książką śledziłeś jego karierę?

- Tak, choć nie byłem jakimś zaciekłym hoolsem Mameda Khalidova. Oglądałem go w telewizji, nie jeździłem na gale. Po raz pierwszy na KSW byłem w Gdańsku, gdy walczył z Azizem Karaoglu.

Mamed uchodzi za osobę skrytą. Jak udało ci się go nakłonić żeby się otworzył?

- Mieliśmy sporo czasu na rozmowę. To trwało parę dni. Nie jestem dziennikarzem, nie znam sztuczek, sposobów na podchodzenie kogokolwiek, więc stwierdziłem, że podczas tej rozmowy nie mogę udawać kogoś, kim nie jestem, że muszę być sobą i rozmawiać z Mamedem po prostu jak z człowiekiem, który mnie interesuje. I to nie była ciężka rozmowa ani ciężka praca. Siedzieliśmy sobie, jedliśmy, piliśmy kawę i po prostu gadaliśmy.

Na mieście czy u Mameda w domu?

- Najpierw spotykaliśmy się w bardzo fajnej restauracji położonej nad jeziorem w Olsztynie. Potem parę razy byliśmy u niego w domu. Poznałem jego synów, którzy są bardzo fajni i podobni do moich chłopców, mają podobne charaktery.

Czy zasiadając do tej rozmowy, umówiliście się, że są jakieś granice, tematy tabu, których nie będziesz poruszał?

- Nie, choć mówiliśmy o wielu rzeczach, które Mamed mi opowiadał z zastrzeżeniem, że nie będziemy o tym pisać. Oczywiście to uszanowałem. A opowiadał mi je po to, żebym zrozumiał kontekst, wiedział, z czego pewne sytuacje wynikają.

A zabrał cię na salę treningową? Widziałeś go w akcji, ćwiczyliście razem?

- Nie, nie trenowałem z nim! Czułbym się jak idiota. Jak człowiek, który uzurpuje sobie bycie na poziomie, na którym przecież nie jest i nigdy się nawet doń nie zbliży.

W olsztyńskim Arrachionie oczywiście byłem i podpatrywałem Mameda, ale w życiu nie chciałbym z nim trenować. To po prostu nie jest miejsce dla mnie, ja to mogę robić w swoim klubie, ze swoimi kolegami, z ludźmi, którzy nie są zawodowcami. Trenując z Mamedem, marnowałbym tylko jego czas.

W książce Mamed przyznaje się do problemów z psychiką, mówi o leczeniu się z nerwicy. Myślisz, że wasza współpraca mogła być też formą terapii?

- Nie. Nie wierzę w takie rzeczy. Terapia to jest poważna sprawa, którą zajmują się poważni ludzie w poważny sposób. Ale coś ci powiem: bardzo mnie ucieszyło, że Mamed o tym mówi, że się nie wstydzi o tym rozmawiać, nie boi się. To przecież człowiek, który poniekąd jest zawodowym twardzielem, a przyznaje się do słabości, która w naszym kręgu kulturowym jest tabu.

On o tym powiedział głośno i publicznie, i myślę, że w ten sposób robi coś naprawdę dobrego. Wielu ludziom, którzy mogliby się takiego problemu wstydzić, mówi: patrzcie, to jest normalne. Jeśli cię boli ząb, to idziesz do dentysty, jeśli noga, do ortopedy, a jeśli masz problemy psychiczne, to idziesz do psychiatry. Mamed zdjął odium z  tych problemów. To dobra rzecz.

Odium cały czas ciąży na MMA. Niektórzy utrzymują, że to nie jest sport, lecz zezwierzęcenie...

- MMA od dawna nie jest tym, czym było na początku. Teraz to jest dokład - nie to samo, co inne sporty walki. Po prostu ma szersze reguły, ale nie jest to walka bez zasad. Ma rundy, sędziego i szeroki katalog akcji, których wykonywać nie wolno. Taki sam sport walki jak boks, kick-boxing czy nawet szermierka, którą uprawia mój syn.

Mamed mówił, że nie chciałby, żeby jego synowie poszli w sportowe ślady ojca. Co byś powiedział, gdyby któryś z  twoich chłopców chciał się bić zawodowo?

- I tak będą robić to, co będą chcieli, i moje zdanie nie ma tu nic do rzeczy. Sam robię, co mi się podoba, a nie to, co chciałby mój tata. Starszy syn ćwiczy aikido i szermierkę, jak na sporty walki nie są bardzo kontaktowe, są oparte bardziej na finezji i technice. Gdyby jednak chcieli się bić zawodowo, to przynajmniej namawiałbym ich do tego, żeby to nie był boks. Od niego psuje się głowa. Jak się dostanie dwadzieścia tysięcy razy w papę, to z mózgu się robi galareta i koniec, kropka.

A czy myślisz, że Mamed waszą książką stawia właśnie kropkę nad "i" i lada moment zakończy karierę?

- O to musisz pytać Mameda, ja nie mam pojęcia. Chociaż według mnie, jeśli będzie chciał ją zakończyć, to na pewno nie książką, a walką. On nie jest celebrytą, kimś znanym z tego, że jest znany, jest sportowcem, więc karierę na pewno też skończy sportowo.

Zastanawiam się, czy nie zrobi tego podczas najbliższego KSW.

- Nie wiem. Tak czy inaczej prędzej czy później będzie musiał się zmierzyć z tym pytaniem, bo jest w moim wieku, młodszy się nie robi, a 38 lat to na sporty walki jest niemało. Choć sam widziałeś, w jakiej jest zabójczej formie.

Wybierasz się na stadion, żeby zobaczyć go w akcji?

- Zdecydowanie tak.

Więcej o: