Chajzerów dwóch. Ale obaj - tacy sami!

- Genów nie oszukasz. Jesteśmy z ojcem podobni w wielu aspektach. Może poza utrzymywaniem porządku... - przyznaje Filip Chajzer w rozmowie z Kubą Dobroszkiem.

Z Filipem i Zygmuntem Chajzerem umówiłem się w warszawskiej Cafe TVN. Na miejsce najpierw dociera Filip, kilka minut później - Zygmunt. Panowie nawet ubrani są niemal identycznie - w koszuli i sweterku w serek przerzucają się anegdotami.

Kuba Dobroszek: -Wiecie czym jest choker [wymowa oryginalna]? (podczas tegorocznych świąt wielkanocnych wyemitowano specjalny odcinek "Milionerów", w którym gwiazdy grały o pieniądze dla Fundacji "TVN - Nie jesteś sam". Filip i Zygmunt Chajzerowie wygrali 40 000 złotych, odpadając na pytaniu o choker, który okazał się... naszyjnikiem - red.)

Filip Chajzer: - Hoker to wiemy - krzesło.

Zygmunt Chajzer: - Nie wiedzieliśmy, czym jest choker [czyt. czoker]

Aaaa, macie mnie...

Filip: Haha, dziękuję bardzo!

Zygmunt: Wiedzieliśmy, czym jest hoker przez samo "h", nie wiedzieliśmy, czym jest choker przez "ch".

Filip: To mi się śniło przez kilka nocy. Dopiero potem zorientowałem się, że można było to wydedukować z języka angielskiego - od słowa choke, które oznacza uścisk w gardle. So easy...

Zygmunt: Udział w "Milionerach" był niesamowitym doświadczeniem, bo kiedy siedzę przed telewizorem, to wiem niemal wszystko.

Filip: Szczególnie, że kiedy trwała gra Kingi Rusin i Piotra Kraśko znaliśmy wszystkie odpowiedzi. Na ich miejscu wygralibyśmy milion złotych. Niestety, tylko teoretycznie.

Znaliście odpowiedź na pytanie o rasy gołębi? (finałowe pytanie, z którym zmierzyli się Kinga Rusin i Piotr Kraśko dotyczyło rysia polskiego, łabędzia rostowskiego, saksońskiego bociana i wywrotka smoleńskiego, będących rasami gołębi - red.)

Zygmunt: Dla mnie ono było najłatwiejsze, bo mam znajomego, który hoduje gołębie. On kiedyś pokazał mi rysia polskiego, więc szybko to skojarzyłem.

Filip: Jestem pewien, że pytanie o chokera było zemstą blogerek modowych... Zamiast się naśmiewać z tych, hmmm, miłych pań - trzeba było słuchać.

Nawet Kinga Rusin stwierdziła w trakcie tego specjalnego odcinka "Milionerów", że przed telewizorem niemal każdy wygrywa główną nagrodę.

Zygmunt: Przekonałem się o tym na własnej skórze. Na tym krzesełku człowiek reaguje zupełnie inaczej, budzą się wątpliwości. Siedzisz tam i myślisz: "wiem, ale może oni coś kombinują i to nie jest wcale takie proste"? Natomiast przygoda oczywiście była rewelacyjna. Wiele osób stwierdziło, że ten odcinek był ustawiony, że my znaliśmy pytania wcześniej. Tym bardziej, że nasza ewentualna wygrana miała zostać przeznaczona na cele charytatywne. To nieprawda.

Wziął Pan udział w teleturnieju w zupełnie innej roli. Wcześniej prowadził Pan "Idź na całość", teraz to Pan grał o całość.

Zygmunt: Emocje były podobne. Kwestia podjęcia decyzji, ryzyka.

Filip: "Idź na całość" to był czysty hazard.

Zygmunt: Czy ja wiem? Liczyła się umiejętność przewidywania, trochę szczęścia.

Filip: Jakiego przewidywania? Nie możesz przecież przewidzieć, czy w bramce będzie kuchnia, futro czy kot. No chyba, że jesteś wróżką.

Zygmunt: Kwestia losowości była oczywiście niepodważalna. Ale w "Idź na całość" mogłeś przewidzieć, że jeśli wygrałeś coś dużego, to za następnym zakrętem będzie niemiła niespodzianka. My naprawdę chcieliśmy w "Milionerach" wygrać więcej.

Filip: Na szczęście nie byliśmy gorsi od Majdanów!

Już po tych kilku minutach rozmowy czuję, że Chajzerów dwóch świetnie się rozumie.

Filip: To prawda, jesteśmy bardzo podobni. Zobacz zresztą jak jesteśmy ubrani, prawie tak samo.

Ale jednocześnie chyba nie często wspominacie dawne czasy. W waszej książce "Chajzerów dwóch" co chwilę opowiadacie historie, którymi zaskakujecie siebie nawzajem.

Filip: Największym zaskoczeniem okazała się dla mnie przynależność ojca do berlińskiej sekty.

Zygmunt: To nie była sekta! Byliśmy grupą przyjaciół, która chciała ze sobą mieszkać, tworzyć fajną wspólnotę. Oczywiście na zasadach dobrowolności i zaufania. Byliśmy trochę posthippisami, bo moja ówczesna narzeczona identyfikowała się z takimi wartościami. Rzeczywiście, przez pół roku żyłem w tej...

Filip: ...sekcie.

Zygmunt: To nie była sekta! Nie chodziło nam o żadne konkretne wyznanie. Pragnęliśmy wolności, kontaktu z innymi ludźmi. Zakładaliśmy bawełniane ciuchy z Indii, a nie jakieś markowe rzeczy. Jeździliśmy garbusami.

Filip: Już wtedy byliście hipsterami! Jak to wszystko wraca!

Zygmunt: Coś w ten deseń. Nie dawaliśmy się komercji, nie wciągaliśmy się w świat wielkich pieniędzy. Żyliśmy skromnie mimo, że moja ówczesna narzeczona była lekarzem, więc zarabiała naprawdę dobrze.

Filip: Spokojnie mogliście jeździć Mercedesem...

Zygmunt: Ale to był obciach! Musiał być garbus, a najlepiej - transporter. To było coś.

Zygmunt i Filip ChajzerFot. archiwum prywatne

Co was zaskoczyło w sobie najbardziej?

Zygmunt: Że to, co wydawało nam się z mamą, że jest dla Filipa wielką przyjemnością i frajdą, okazywało się dla niego obciachem (śmiech). Począwszy od sposobu ubierania się, jak nam się wydawało - ładnego.

Filip: Tak, starzy zawsze byli trochę odstrzeleni. Niestety odstrzelenie starych nie zawsze przekłada się na radość dziecka.

Zygmunt: Nam się wydawało, że ten biały garnitur, który założyłeś podczas Pierwszej Komunii św. jest super! Trzeba było nie cierpieć w milczeniu, tylko nam powiedzieć.

Filip: Kiedy ostatnio przeglądałem zdjęcia z tego niezapomnianego wydarzenia, to znów powróciła trauma... Ursynów, szare bloki, przed kościołem wszystkie chłopaki na czarno, poza jednym... Niczym Don Johnson z "Policjantów z Miami". Zresztą w tym samym garniturze byłem potem na balu przebierańców, z giwerą za pasem, przebrany za, uwaga...

Zygmunt: ...Dona Johnsona!

Ciebie Filip co zaskoczyło w ojcu?

Filip: Poza sektą...

Zygmunt: ...grupą ludzi...

Filip: ...nie byłem specjalnie zaskoczony. Mamy bardzo wiele cech wspólnych, z czego zdajemy sobie sprawę już od jakiegoś czasu. Na pewno łączy nas podejście do pracy - jest takie, jakby to powiedzieć, niemieckie. Porządne i dokładne. Dużo pracujemy i bardzo się do tego przykładamy. Natomiast poza pracą, to ja jestem strasznym bałaganiarzem...

Zygmunt: I to nas różni!

Filip: Mój hymn to piosenka Elektrycznych Gitar - "Przewróciło się, niech leży".

Zygmunt: A ja natychmiast podnoszę, ustawiam, czyszczę...

Filip: Jeśli u mnie w samochodzie nie zbierze się gratów po kolana, to ja ich nie dotknę.

Co jeszcze was łączy? Poza podejściem do pracy.

Zygmunt: Myślę, że poczucie humoru i podejście do świata. U nas przy stole nie ma politycznych kłótni.

Filip: Nie ma, bo wszyscy są jednomyślni.

Zygmunt: Poza tym mamy podobny stosunek do innych ludzi. Jesteśmy po prostu ustawieni na tych samych falach.

Filip: To naturalna kolej rzeczy. Genów nie oszukasz. Nasza książka też jest o tym, jak się zmieniają kolejne pokolenia, jak zmieniała się Polska. Bo zmieniła się nieprawdopodobnie. To jak dziś wygląda Warszawa, a to jak wyglądała, kiedy ojciec miał trzydzieści lat, to przecież są dwa różne światy.

Zygmunt: Bardzo zmieniły się media, czyli obszar, w którym się realizujemy. Kiedy zaczynałem pracę w telewizji były tylko dwa kanały: TVP1 i TVP2. Znacznie później pojawił się Polsat i TVN.

Filip: I teraz wytłumacz dziecku urodzonemu w 2017 roku, że kiedyś były tylko dwa kanały...

Zygmunt: Żyjemy w zupełnie innym świecie.

Pan na to zwraca szczególną uwagę w tej książce. Powtarza, że od upadku Muru Berlińskiego minęło dwadzieścia parę lat, czyli de facto tylko jedno pokolenie, a zmieniło się tak wiele.

Zygmunt: Niestety młodzi ludzie kompletnie nie zdają sobie z tego sprawy.

Filip: Stąd sukces partii populistycznej, która sobie teraz łaskawie rządzi. Wszystkim młodym ludziom wydaje się, że im się należy. Że wystarczy wyciągnąć ręce i dostanie się to, czego się chce. Ojca i moje pokolenie pamięta, że na sukces trzeba było zapracować cholernie ciężką robotą.

Trochę niebezpiecznie zbliżasz się do tonu, że "kiedyś to było lepiej".

Zygmunt: Było weselej!

Filip: Bo wszyscy mieli po równo. Bida, ale powszechna.

Zygmunt: Kupowałeś flaszkę w sklepie i jechałeś w odwiedziny. Albo kogoś zastałeś albo nie. Siedzieliśmy, gadaliśmy, piliśmy i paliliśmy mnóstwo papierosów.

Filip: Boże, już myślałem, że powiesz coś innego...

Zygmunt: Nie, tylko papierosy. Kontakt był bezpośredni i naturalny. Łatwiejszy. Sam fakt, że w sklepie stałeś w kolejkach - koszmar. Ale przynajmniej miałeś okazję do pogadania, nawiązania konkretnych przyjaźni. Wiele z nich trwa do dzisiaj.

Filip: A współcześnie są komunikatory internetowe...

Zygmunt: I SMS-y.

Filip: SMS-y?! Je się w latach dziewięćdziesiątych pisało.

Zygmunt: A pamiętasz, co to był pager?

Filip: Oczywiście. Lekarze nosili pagery. To był taki średniowieczny SMS.

Zygmunt: Dzięki brakowi uproszczonej komunikacji przynajmniej lepiej się znaliśmy.

Pagery to jeszcze okres twojego dzieciństwa, Filip?

Filip: Jestem dzieckiem przełomu: komuny i komerchy. Wszyscy pragnęli tej komerchy, bo przecież mieliśmy telewizję satelitarną, oglądaliśmy RTL i widzieliśmy wszystkie reklamy fantastycznych zabawek... Kiedy to weszło do Polski, dzieciaki oszalały. Ale należy podkreślić, że były to jeszcze dzieciaki analogowe.

Analogowe?

Filip: SEEEEEEBA!!! IDZIESZ NA PIŁKĘ????

Zygmunt: Rewolucja technologiczna zaczęła jednocześnie bardzo szybko wkraczać w świat mediów. Przestałem palić papierosy dzięki komputerom.

Jak to?

Zygmunt: W latach 80. i na początku lat 90. paliło się wszędzie: w studiu, redakcji. W pewnym momencie pojawiły się spore telewizorki z klawiaturą. Powiedzieli nam: "to jest komputer. Od dziś jest naszym podstawowym narzędziem pracy".

Filip: Zrobili was w konia, że nie można przy nich palić?!

Zygmunt: Wmówili, że te sprzęty się absolutnie zniszczą!

Filip: A że nie mieliście Internetu, to nie mogliście sprawdzić, że to bzdura...

Zygmunt: Porobiono za to specjalne palarnie, w których śmierdziało tak potwornie, że po prostu mnie odrzucały. Nie byłem w stanie tam przebywać, a co dopiero palić, dlatego mogę powiedzieć, że rzuciłem papierosy dzięki komputerom.

Kiedy twój tata rzucał palenie, ty akurat dostałeś elektrycznego Moskwicza, Filip...

Filip: Elektrycznego?! Który jesteś rocznik?

1991.

Filip: To nie możesz pamiętać Moskwicza... On nie był elektryczny. Ja dostałem pięknego, blaszanego Moskwicza, w którym była kierownica, klakson i światła włączane na baterie. I on miał pedały.

Zygmunt: Działał trochę jak rower wodny.

Filip: Dziecko siedziało, a pod maską miało pedały. I pamiętam, że on strasznie skrzypiał. Dlatego mama przymocowała do niego sznurek i ciągała mnie po całym Ursynowie, w te i we w te.

Jeszcze jakieś prezenty, które szczególnie utkwiły ci w pamięci?

Filip: Wszystkie były bardzo przyjemne. Pegasus, pierwszy PC... Był z napędem CD-ROM, jakiś kosmos.

Zygmunt: W Trójce w nocy chyba kiedyś nadawali jakieś dziwne sygnały... Na czym to polegało?

Filip: A to długo przed CD-ROMEM... To były sygnały z grami na Commodore i Amigę, takie komputery. W nocy leciała audycja wysyłająca dziwne kosmiczne dźwięki. To był kod gry. Trzeba było włożyć kasetę do magnetofonu i włączyć nagrywanie. Po kilku godzinach nagrywania szumów wkładałeś kasetę do Commodore'a i on sczytywał kod z radia jako grę.

Zygmunt: Gra z radia?!

Filip: Totalne piractwo.

Kota Zonka dostałeś?

Filip: No jasne, do dzisiaj jest chyba w naszym domu?

Zygmunt: No jest, mamy go.

Filip: Ostatnio robiłem materiał w Łodzi w fabryce zabawek. O przetargu ministerstwa obrony narodowej na misie bojowe. I udało mi się znaleźć panią, która szyła kota Zonka! Historia zatoczyła koło.

Zygmunt: Taktyka z Zonkami była bardzo ciekawa. Na początku ta maskotka była tylko do wygrania w programie. Była dla dzieciaków dużo większą wartością niż samochód, który wygrywali rodzice. I tak miało pozostać. Dopiero, gdy sytuacja się mocno nakręciła, wtedy - w niektórych sklepach - pojawiły się Zonki, które można było kupić.

Filip: W niemieckiej wersji, która była wcześniej, to był w ogóle słoń.

Zygmunt: Nie, szczur z taką trąbą.

Mrówkojad?

Zygmunt: Może? Ale nazwę miał tę samą.

Filip: To w ogóle był dobry pomysł - kot w worku.

Zygmunt: Sprzedawał się świetnie. Szkoda, że nie mam do niego żadnych praw autorskich...

W "Idź na całość" zresztą pojawił się chyba kiedyś odcinek specjalny, w którym brały udział dzieci?

Zygmunt: Tak. To była fajna zabawa, ale stwierdziliśmy, że nie będziemy jej kontynuować. Dzieci, które nie wygrały wymarzonych nagród były nieszczęśliwe. Dziecko bardzo przeżywa radość zwycięstwa i gorycz porażki. Pamiętam inny program, w którym grało się o duże pieniądze. Decyzje podejmowało się w oparciu o losowość. Uczestnikom mogły doradzać rodziny, więc często pytano dzieci. Proszę sobie teraz wyobrazić, jak bardzo dzieci brały na siebie odpowiedzialność za porażkę... We współczesnych konkursach słyszę, niestety, to samo. Ludzie, nie róbcie tego. Bo jeśli jest sukces - to super. Ale przegraną dzieci strasznie przeżywają.

Zygmunt i Filip ChajzerowieFot. archiwum prywatne

Zabierał Pan Filipa na plan?

Filip: Byłem parę razy!

Zygmunt: Z psem kiedyś przyjechaliście.

Z psem?

Zygmunt: Nasz pierwszy pies - dog niemiecki - pochodził z hodowli w Łodzi, gdzie kręcono program. Rodzina przyjechała wybrać czworonoga i przy okazji stawiła się na planie.

Filip: Mnie pani w podstawówce spytała, co bym chciał robić w życiu. Palnąłem, że będę prowadził programy. Wtedy wydawało mi się to oczywiste, dopiero potem okazało się, jak długą drogę trzeba przejść.

W szkołach takich pytań pada mnóstwo. Szkoda, że nie przekłada się to na wiedzę.

Filip: Niedawno robiłem sondę w Warszawie. Pytałem o to, kto jest najprzystojniejszym politykiem wśród facetów. Pokazywałem zdjęcia ludzi, którzy codziennie są w telewizji, gazetach, Internecie. Dziewczyny w wieku 20-25 lat nie mają zielonego pojęcia, kim jest Liroy!

Zygmunt: No bo skąd? Nie znają tej muzyki.

Filip: Dla tych dziewczyn Liroy jest już prehistorią. Nie wrócimy do nawyków z lat 80. czy 90.

To co będzie dalej? Z następnymi pokoleniami?

Zygmunt: Ja widzę jeden ratunek - polski grill. Miejsce, wokół którego gromadzą się ludzie, kiedy tylko robi się ciepło. Polacy pokochali grilla, to jakaś totalna rewolucja! Coś tam sobie upieką, piją piwo i rozmawiają.

Filip: A czy to nie jest niemiecki patent?

Zygmunt: Wszystko jedno! Kebab też jest teraz polski.

Filip: No tak, danie narodowe...

Zygmunt: Grill również zrobił się polski. I uważam, że właśnie w nim jest arka ratunku dla następnych pokoleń.

Filip: A muza do całkiem analogowego grilla może być ze Spotify.

Chajzerów dwóch

To książka o tym, jak dobrze mieć wspaniałą rodzinę, a przede wszystkim rodziców. Jakie to wielkie szczęście. Bo właśnie rodzice kształtują to, jacy jesteśmy, jacy będziemy, wpływają na to, jaki mamy charakter, upodobania, gust, w jakim środowisku się obracamy.

Pierwszy raz mogliśmy usiąść przy stole i opowiedzieć o tym, jacy byliśmy, jaką drogę przeszliśmy. Szczerze, w cztery oczy i bez żadnej ściemy. W tej książce piękne jest to, że jest do bólu prawdziwa i do bólu nasza. Dała nam też okazję do zbliżenia się, bo mężczyznom nie jest łatwo gadać o uczuciach. Właściwie stała się pretekstem do tego, żebyśmy wreszcie usiedli i pogadali jak facet z facetem, jak ojciec z synem.

Więcej o:
Komentarze (8)
Chajzerów dwóch. Ale obaj - tacy sami!
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: jan

    Oceniono 9 razy -1

    Głupi i głupszy !

  • Gość: Skorek

    Oceniono 2 razy -2

    Filip to straszny debil. Do tego zawód syn. Do odstrzału.

  • Gość: edzia

    Oceniono 2 razy -2

    Stary komuch i donosiciel. Młody krętacz i facebookowy strażnik teksasu. Obydwaj do dupy.

  • Gość: Abrarakurcix

    Oceniono 2 razy -2

    Dwa barany. Ale młody jest głupszy niz ustawa przewiduje.

  • Gość: QWERT

    Oceniono 2 razy -2

    Młody to turbo-kretyn...

  • Gość: stefan

    Oceniono 4 razy -2

    To prawda był w czerwonej sekcie i taki dlugi artykul o badziewiu.

  • Gość: gosc

    Oceniono 10 razy -2

    chajcery wam w życiu jest najlepiej jak obaj rżniecie głupa ---nawet probujecie się w tym scigac żal mi was obu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX