Meller: Pora przestać udawać młodzieniaszka

Mikołaj Lizut
19.06.2017 10:42
A A A
- Pamiętam felieton Daniela Passenta, który pisał, że kiedyś 'warszawka' to był Janusz Głowacki czy Marek Hłasko. A dzisiaj Meller czy Lizut, co świadczy o totalnym upadku tego miasta. To było bardzo zabawne

- Pamiętam felieton Daniela Passenta, który pisał, że kiedyś 'warszawka' to był Janusz Głowacki czy Marek Hłasko. A dzisiaj Meller czy Lizut, co świadczy o totalnym upadku tego miasta. To było bardzo zabawne (Fot. Michał Mutor)

- Mam nadzieję, że Gucia i Basię zarażę ciekawością świata. To wystarczy. Nie chcę przelewać na nich swoich ambicji - o radości płynącej z późnego ojcostwa i życiu w ciekawych czasach z Marcinem Mellerem rozmawia Mikołaj Lizut.

Mikołaj Lizut: - Długo sikałeś. Masz problemy z prostatą?

Marcin Meller: - Nie. Tu raczej jest w porządku. Ale żona ciągle mi mówi, że powinienem się zbadać ze względu na wiek. Zrobię to. A ty się już zbadałeś?

Też mam to w planach.

- Powinieneś też zrobić kolonoskopię. Ja właśnie zrobiłem, bo mój tata zmarł na raka jelita. Gdyby się badał... Ten nowotwór wcześnie wykryty jest w pełni wyleczalny.

Coś jeszcze cię boli?

- Chodzę do fizjoterapeuty. Pamiętasz? Gdy byliśmy razem na koncercie Rolling Stonesów w 1995 r. w Pradze, miałem kretyński wypadek. Zjeżdżałem po poręczy i spadłem na plecy. Wtedy leczyłem się alkoholem i jakoś przeszło. Odezwało się po 20 latach.

Czyżbyś z wiekiem stał się hipochondrykiem?

- Gdy dobiegasz pięćdziesiątki i  rano nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz. (śmiech) Czuję się zdrowo, ale chyba też dlatego, że zacząłem o siebie dbać. Zobacz, co właśnie kupiłem w księgarni. To cię rozbawi: "Nowoczesne zasady odżywiania". Badam się zresztą nie tylko dla siebie. Czuję się odpowiedzialny za żonę i dzieci. Może brzmi to patetycznie, ale mam dla kogo żyć.

Pamiętasz słynne hasło młodzieżowej rewolty w maju '68 - "nie wierz nikomu powyżej 30. roku życia"?

- Sam tak kiedyś, niestety, myślałem. Gdy byłem w ósmej klasie podstawówki, nowy polonista powiedział do nas: "Mam nadzieję, że nawiążemy świetny kontakt, bo ja mam dopiero 24 lata". Ryknęliśmy śmiechem. Dziad stoi nad grobem i chce się przyjaźnić z młodzieżą. W przyszłym roku skończę 50 lat i trochę mnie to dołuje. Najwyższa pora skończyć z udawaniem młodzieniaszka.

Z drugiej strony, gdy patrzę na power Stonesów czy Iggy'ego Popa - ludzi po 70, to przestaję się aż tak obawiać starości. Wszystko jest w głowie. W pracy otaczają mnie przeważnie sporo młodsi ludzie. Moja żona Ania jest młodsza ode mnie o 13 lat. Mamy małe dzieci - 5-letniego Gucia i 3-letnią Basię, bo późno zacząłem. To szalenie odmładza. Tarzam się po dywanie, gram w piłkę, biegam na place zabaw i kinderbale. To jest napęd. Do tego wciąż kręci mnie świat, ludzie, życie. Ja po prostu nie uznaję, że to, co ciekawe i fajne, jest już za mną.

A najlepszy moment dnia to ten, gdy wracam z roboty i dzieciaki się na mnie rzucają. Wtedy zaczynam pajacować i pytam się Gucia, czy nazywa się Wincenty Wątróbka, a Basię czy Pelagia Wisienka. Ryki śmiechu i protesty. Nie? To może Gerwazy Strudel i Nasturcja Perełka? I tak przez kwadrans. Ostatnio spytałem Gucia, skąd mnie zna. Spojrzał z politowaniem i rzucił: "Twoja żona mnie urodziła".  A w samochodzie w sumie nie trzeba nastawiać muzyki, Basia może śpiewać kilka godzin non stop. Gorzej, że czasami jedną i tę samą piosenkę, np. "Ogórek, ogórek", na trasie Szczecinek-Toruń.

Upajam się tymi chwilami, może to też kwestia wieku, dojrzałego, he, he, ojcostwa, że ja naprawdę wyczekiwałem tych dzieci, nie mogłem się doczekać. Dzień, w którym urodziło się pierwsze, to najpiękniejszy moment mojego życia. A wszystko, co nadeszło później, nieustająco mnie zachwyca. Ich nowe miny, słowa, wyrażenia, umiejętności, żarty, nawet ich upierdliwości i ośli upór. I kiedy - oby jak najrzadziej - zachorują i są takie bezradne i słabiutkie. I kiedy zasną w samochodzie i potem kompletnie nieprzytomne niosę któreś do domu.

Nie martwi cię to, że będziesz dość starym ojcem, gdy twoje dzieci będą studentami?

- Jak wiesz, przez te wszystkie lata żyłem dość intensywnie i beztrosko. Wcale nie wiem, czy gdybym był ojcem w wieku 20 lat, nie spieprzyłbym sprawy. Może bym tego nie udźwignął, zajmowałbym się sobą zamiast rodziną? Dobrze się stało. Nasze dzieci są totalnie wyczekane, bardzo ich chcieliśmy. Nie musiałem przechodzić przyspieszonego kursu dojrzewania. Teraz cieszę się każdą chwilą z nimi. Gdybym był młodszym ojcem, mógłbym to przeoczyć.

Czym się bawisz z dziećmi? Resoraki są już passe? Albo żołnierzyki? A jak z lalkami? Mój ojciec częściej bawił się moją kolejką niż ja.

- No oczywiście układam te lego z piekła rodem, star warsy, ninjago, bionixy. Kurde, za naszych czasów to prostsze było. Ale obecnie ulubiona zabawa młodzieży to "pogonisz tatusiu?". Mieszkamy w starej kamienicy i w mieszkaniu są dwa korytarzyki, więc można chodzić czy ganiać dookoła. Nigdy im się nie nudzi. Jak je doganiam, to następuje "liczenie żeberek", czyli łaskotki. I od nowa. Tak parę okrążeń boiska na luzie.

W naszych czasach nie było komputerów, więc cały wolny czas spędzaliśmy na podwórku. Musisz gonić dzieci na dwór?

- Uwielbiają odkryte place zabaw, a mamy parę w okolicy. Gucio lubi rower, Basia hulajnogę. Czasem problemem jest zagonienie do domu. Poza tym parę miesięcy w roku spędzamy na Mazurach, tam to już w ogóle pełny oldskul. No i nigdy nie upraszczamy sobie życia i nie dajemy tabletów czy komórek do posiłku, by mieć święty spokój. A komputerów  w żadnej formie nie mają, co, jak zauważam ze zdziwieniem, rozglądając się dookoła, nie jest standardem.

Jak dzielicie się obowiązkami przy dzieciach? Co jest twoją domeną?

- Pełne równouprawnienie. Jak jedno myje, to drugie czyta etc. No może poza obcinaniem paznokci. Tu podlizuję się Ance, żeby im poobcinała.

Jesteś surowym ojcem? Wrzeszczysz?

- Staram się pilnować tak zwanych zasad dobrego wychowania, więc pewnie jestem dość wymagający, ale surowy to nie. I nie wrzeszczę, choć zdarza mi się krzyknąć wobec jakiegoś rodzącego się hardkoru czy ich bijatyki. Ale rzadko.

Starasz się przelewać na Gucia jakieś swoje ambicje? Np. żeby został piłkarzem albo muzykiem rockowym?

- Żadnych. Mam nadzieję, że i jego, i Basię zarażę ciekawością świata. Starczy.

Myślisz czasem o przyszłych wyborach twoich dzieci? Gdyby Gucio postanowił zostać księdzem, komandosem, politykiem albo włóczęgą... Miałbyś z tym problem?

- Na razie jeszcze nie. Nie lubię martwić się na zapas. Chociaż z tym księdzem to mnie zaniepokoiłeś. Teraz będzie się mnie trzymać do końca dnia.

Jesteś sentymentalny?

- Tak. Czasem nawet przesadnie. Choć nie ma w tym smutku, nostalgii. Moja młodość była barwna, bo to były ciekawe czasy, na naszych oczach dokonywały się niezwykłe polityczne przemiany. Z wykształcenia jestem historykiem, więc moje przywiązanie do przeszłości ma poniekąd zawodowy charakter.

Marcin MellerFot. Michał Mutor

W 1989 r. razem z  innymi ludźmi z Niezależnego Zrzeszenia Studentów uczestniczyłeś w  spotkaniu z  Leszkiem Millerem, ówczesnym sekretarzem KC, w stołówce PZPR. Widziałem to wtedy w "Dzienniku Telewizyjnym". To było niesamowite - młodzi ludzie odważnie wygarnęli czerwonym! Co byś powiedział sobie - temu chłopcu sprzed 28 lat?

- Z jednej strony miałbym pewnie pokusę, żeby się trochę pomądrzyć, przestrzec samego siebie przed błędami, które w życiu popełniłem. Ale też wcale nie jestem pewien, czy chciałbym wtedy słuchać siebie starego. Młodość nie lubi kazań. I chyba bym sobie nie uwierzył. Gdy myślę o tamtych wydarzeniach z dzisiejszej perspektywy, to wiąż nie mogę uwierzyć, jaką drogę przeszliśmy.

Za chwilę upadł komunizm. Wtedy naszymi wrogami byli ludzie pokroju Leszka Millera czy Sławomira Wiatra. A teraz znacznie większa przepaść ideowa-polityczna dzieli mnie z Piotrkiem Skwiecińskim, publicystą tygodnika "wSieci", który razem ze mną atakował czerwonych. Nie są to żadne zaszłości osobiste, ja Piotrka lubię, tu się nic nie zmieniło. Po prostu PiS i świat braci Karnowskich to antypody mojej wrażliwości. Skwiet pewnie myśli o mnie to samo.

Czujesz się przedstawicielem pokolenia '89?

- Z  pewnością. Myślę też, że jak dotąd było to ostatnie przeżycie pokoleniowe w historii Polski. I może dobrze. W czasach PRL tego typu wydarzenia przychodziły z dużą częstotliwością: 1956, 1968, 1970, 1976, 1980, wreszcie 1981. Zacząłem studia w 1987 r., dzięki czemu załapałem się na podziemny NZS, na wspólnotowe przeżycie strajku z 1988 r., na Pomarańczową Alternatywę. To był mój gwiezdny czas: miałem 20 lat, działaliśmy w opozycji, robiliśmy happeningi i manifestacje, ganiała i zwijała nas milicja, dziewczyny na imprezach były nami zachwycone. To była w sumie zabawa, bo komuna straciła już zęby. Jak każdy młody człowiek byłem radykalny, więc brakowało mi czegoś symbolicznego. Czechosłowacja miała swój plac Wacława, Niemcy zburzyli mur. Jako dojrzały człowiek rozumiem mądrość Okrągłego Stołu, ale wtedy brakowało mi jakiegoś dopełnienia.

Pozostaje pytanie, co zostało dziś z pokolenia '89. Im dalej, tym bardziej gorzko. Byliśmy na roku paczką przyjaciół. Przez całe lata w rocznicę wybuchu powstania listopadowego spotykaliśmy się pod pomnikiem Sobieskiego, żeby wypić wódkę za kadetów z Podchorążówki.  Dziś to już jest niemożliwe i to nie dlatego, że staliśmy się abstynentami. Przez podziały polityczne nie jesteśmy już w stanie się spotkać i porozmawiać. Z niektórymi dawnymi przyjaciółmi uważam znajomość za zakończoną.

Na przykład z Mariuszem Kamińskim, koordynatorem ds. służb specjalnych?

- Również, choć Mariusz jest ode mnie starszy, był wyżej i nigdy nie był moim przyjacielem. Ale to on wciągnął mnie do NZS, bardzo go lubiłem i szanowałem. Gdy widzę go i słucham w telewizji, nie mogę uwierzyć. To dowód na to, że przeżycie pokoleniowe niczego nie determinuje. Spójrz zresztą na inne generacje - Adam Michnik i Antoni Macierewicz. Kiedyś razem w KOR-ze, dziś dzieli ich wszystko.

Zawsze chciałeś być dziennikarzem?

- Moim życiem bardzo często rządził przypadek. Gdy coś sobie planowałem, wychodziło odwrotnie. W latach 1990-91 mój tata pracował na amerykańskim uniwersytecie. Kiedy pojechałem z nim do Atlanty, zachłysnąłem się Stanami. Zostałem wolnym słuchaczem, chodziłem na zajęcia z historii Ameryki Łacińskiej, z nauk politycznych, totalnie mnie to wkręciło. Marzyłem, żeby naprawdę studiować w USA. Moja prodziekan z Uniwersytetu Emory w Atlancie wymyśliła, jak to zrobić. Musiałem wrócić do Polski, skończyć czwarty rok historii i aplikować formalnie na Emory. Miałem zapewnione amerykańskie stypendium dla studentów z Europy Wschodniej. Wróciłem latem 1991 r., by wszystko zorganizować. Byłem zupełnie bez kasy, więc żeby cokolwiek zarobić, zatrudniłem się w archiwum tygodnika "Polityka". Przekładałem tam papiery, aż w końcu ktoś mnie namówił, żebym coś napisał. Spodobało się, więc pisałem kolejne teksty. Wreszcie okazało się, że zostałem dziennikarzem, a Stany poszły się dmuchać. Nieraz się zastanawiałem, kim byłbym dziś, gdybym wrócił do Atlanty.

Gdy debiutowałeś w "Polityce", wszyscy byli z ciebie bardzo dumni. Mówiło się, że będziesz nowym Kapuścińskim.

- To takie gadanie, choć te 12 lat w tygodniku to kapitalny okres. Zacząłeś pracę w "Wyborczej" chwilę później, więc sam pamiętasz te czasy. Prasa była potęgą, mieliśmy znakomitych redaktorów, którzy nas uczyli, dawali szansę. Wszystko było możliwe. Kiedyś na imprezie u Wojtka Tochmana nieżyjący już Krzysiek Miller, fotoreporter "Wyborczej", zapytał mnie, czy nie wyskoczyłbym z nim do Afganistanu. Następnego dnia na kacu poszedłem do Jana Bijaka, naczelnego "Polityki", z pytaniem, czy mogę jechać. A on na to: - Sam Afganistan to może nie, bo to za mało, ale jak cię ciągnie, młody, to jedź na Kaukaz. Trwała wojna o Górski Karabach, wojna w Osetii Południowej, zaraz miała wybuchnąć Abchazja. Ta decyzja zapadła w 20 minut. I pojechałem. Rzeczywiście moje teksty wojenne robiły w Polsce jakieś wrażenie, choć nie obyło się bez kontrowersji. Opisałem na przykład, jak podpuszczony przez miejscowych, przebiegłem się pod ostrzałem z broni maszynowej. Była to oczywiście skrajna głupota, a jeszcze większym kretynizmem było opowiedzenie tej gówniarskiej brawury w reportażu. Po moim powrocie był o to spór na kolegium. Bronił mnie Krzysztof Mroziewicz, który sam wiele widział, argumentując, że taki bieg to też doświadczenie dla korespondenta wojennego. Warto spróbować, byle nie przesadzać.

Nie bałeś się jeździć na wojny?

- Mnie zawsze trochę brakowało wyobraźni. Przed wyjazdami do tego stopnia pochłaniała mnie logistyka, organizacja, że strach się przez to nie przebijał. Dopadał mnie już na miejscu, w konkretnych sytuacjach. Na przykład gdy jechałem wozem pancernym z Ormianami. Azerowie trafili go z moździerza. Musieliśmy z niego wyskoczyć pod ostrzałem i przebiec przez pole minowe. Byłem przerażony, sparaliżowany strachem. Myślałem o sobie: ty debilu, zabiją cię tu na nie twojej wojnie. Ale gdy udało mi się wydostać z tego piekła, rozpierała mnie adrenalina. Po kilku dniach, kiedy znowu była okazja, by pójść w niebezpieczne miejsce, lazłem znowu. Tak było przez wiele lat, gdy jeździłem na wojny. Największy koszmar przeżyłem w Ugandzie. Pisałem o tzw. wojnie Ducha Świętego, która zresztą tli się tam do dziś. Udało mi się namówić ugandyjską organizację humanitarną, by zabrała mnie ze sobą z dostawami żywności do wiosek w dżungli. Dopiero w ciężarówce zdałem sobie sprawę, w co się wpakowałem. To była sytuacja niemal bez wyjścia. Rebelianci dowodzeni przez Josepha Kony'ego wchodzili do tych wiosek i wyrzynali wszystkich. Nocowałem u włoskiego księdza, którego zaszlachtowali jakiś czas później. Czułem tam przez kilka dni taki rodzaj strachu, który nie pozwala jeść i spać. Jestem ateistą, ale modliłem się, żeby wyjść z tego cało. A gdy się udało, chciałem jeszcze. Nie chodziło tylko o skrajną adrenalinę, która jest jakimś rodzajem narkotyku. Miałem poczucie, że robię coś ważnego, moje teksty odbijały się echem.

W południowym Sudanie trafiłem do obozu uchodźców prowadzonego przez białe organizacje humanitarne. Pracujący tam ludzie palili przemysłowe ilości marihuany. Gdy zaczęły się bombardowania, okazało się to bardzo zgubnym pomysłem, przynajmniej dla mnie. Nie polecam bombardowania na haju. Gdy nadlatywały samoloty, wskakiwaliśmy do metrowego rowu za obozem. Mógł on jedynie jakoś uchronić nas przed odłamkami. Nic się nikomu nie stało, choć w tym dole myślałem, że się zesram. A już wieczorem wszyscy w tym obozie mieli z tego ubaw, jakby nikt strachu nie pamiętał.

Twoja reporterska kariera zaczęła się spektakularnie, po czym nagle zgasła. Dlaczego?

- Najpierw wyleciałem z "Polityki". Tygodnik zmieniał formułę na kolorowy magazyn, a ja wtedy strasznie zabalowałem i nie oddałem zaplanowanego tekstu. Niestety nie było to pierwsze moje przegięcie, więc Jerzy Baczyński, który był już naczelnym, wkurzył się i mnie wyrzucił. Starsi koledzy wstawili się za mną - młody, leniwy, nieodpowiedzialny, ale zdolny, więc dajmy mu jeszcze szansę. Szef zgodził się więc, żebym pisał, ale bez etatu, a jeśli będę dotrzymywał terminów, to mnie przywróci. Gdy minęła już kara i mogłem z powrotem dostać etat, przyszedłem do szefostwa i powiedziałem, że chcę jechać na rok do Afryki. Była to z mojej strony megabezczelność. Ale o dziwo dostałem jakieś pieniądze i zamówili teksty. Po powrocie przyjęli mnie na etat, lecz koniunktura na długie reporterskie wyjazdy powoli się już kończyła. Robiłem dużo rzeczy krajowych, politycznych, społecznych, prawdę powiedziawszy, trochę się miotając. Chciałem nadal jeździć po świecie, ale coraz trudniej było to spiąć finansowo. I nagle pojawiła się propozycja poprowadzenia "Agenta" w TVN. Zdecydowałem się i to kompletnie zmieniło moje życie.

Stałeś się celebrytą?

- To słowo nie ma w Polsce dobrej konotacji, ale niech będzie. Stałem się popularny, zacząłem dobrze zarabiać.

Nie doskwierała ci rozpoznawalność?

- Nie będę ściemniał. Mnie się to podobało. Jeśli ktoś robi w telewizji na wizji i się skarży, że popularność go męczy to jest hipokrytą. Jest milion zajęć nie dających rozpoznawalności. Zagrała we mnie próżność. W pewnym momencie przestałem ją zaspakajać, widząc jedynie nazwisko pod tekstem. Chciałem tego spróbować. Praca w rozrywce ma oczywiście minusy, robią ci zdjęcia, pisze brukowa prasa, ale zalet jest znacznie więcej. Jeśli oczywiście lubisz to robić. Warto też sobie szczerze powiedzieć, że ja zawsze jednak grałem w drugiej lidze. Nigdy nie osiągałem poziomu zainteresowania dużych gwiazd w Polsce, takich jak choćby Kuba Wojewódzki, Tomek Lis czy niektórzy aktorzy, za którymi jeżdżą paparazzi.

Marcin MellerFot. Michał Mutor

Jak zostałeś naczelnym "Playboya"?

- Jak zawsze przez przypadek. Na to stanowisko był konkurs, w którym nie brałem udziału. Wygrał go mój kolega. Ale lecąc do Niemiec podpisać kontrakt, tak świętował, że szefowie koncernu odesłali go z powrotem. Wydawnictwo szukało więc kogoś na gwałt. Złożyli propozycję Romanowi Kurkiewiczowi, który odmówił i polecił mnie.

Dziennikarz "Polityki" idzie do pisma z gołymi babami. Nie miałeś oporów?

- Jak wiesz, niektórzy bardzo mi to odradzali. Pierwszego "Playboya", którego widziałem w życiu, znalazłem w walizce mojego taty. To były zamierzchłe lata 80. i oglądałem go z wypiekami. Gdy pojawiła się propozycja, zapytałem, co o tym sądzi. Stary wiedział, że w "Polityce" już się bardzo męczę. Powiedział, żeby to brać. I chyba dobrze się stało. Bo choć nieźle piszę, wiem to i nie będę się krygował, to ze mnie żaden Kapuściński czy Jagielski. Gdybym został w reportażu, mógłbym być dziś sfrustrowanym, bezrobotnym pięćdziesięciolatkiem, autorem kilku niszowych książek wydanych w nakładzie 500 egzemplarzy, z głębokim poczuciem niespełnienia i krzywdy. Nie wiem...

Dziś mam pieniądze, nie muszę się martwić o to, czy stać mnie na utrzymanie dzieci, mogę podróżować dla przyjemności. Wszystko dzięki pracy w komercji.

A może kawa nie wyklucza herbaty?

- Może. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś napiszę ciekawą reporterską książkę. Choć pewnie nie będzie to opowieść z niebezpiecznych miejsc na świecie. Pracuję teraz w wydawnictwie książkowym i za każdym razem, gdy czytam coś dobrego, skręca mnie zazdrość. Niestety mam coraz mniej czasu. Prowadzę programy "Dzień dobry TVN" i "Drugie śniadanie mistrzów", piszę felieton do "Newsweeka", jestem dyrektorem w Grupie Wydawniczej Foksal. A gdy wracam do domu, zajmuję się dziećmi.

Gdzie się podział człowiek balanga, którego znałem? Mówiono o tobie - "warszawka".

- No, straciliśmy razem sporo zdrowia. (śmiech) Pamiętam felieton Daniela Passenta, który pisał, że kiedyś "warszawka" to był Janusz Głowacki czy Marek Hłasko. A dzisiaj Meller czy Lizut, co świadczy o totalnym upadku tego miasta. To było bardzo zabawne.

Ustatkowałem się. I już mi się trochę nie chce. Gdy mam do wyboru bujne spotkanie towarzyskie, gdzie po raz pięćdziesiąty będę gadał o tym samym, i następnego dnia czeka mnie cierpienie w pracy, to często wolę poczytać albo zobaczyć jakiś fajny film. Ostatnio byliśmy z Anką w Izraelu bez dzieci. Tel Awiw jest bardzo rozrywkowy, nigdy nie zasypia. Mieliśmy w planach trochę tam popłynąć. A jednak po całym dniu łażenia nie chciało nam się kompletnie. Jakoś mnie to przestało bawić. Ale nie martw się - zrobimy jeszcze jakąś totalną balangę. Musi być tylko cholernie ważna okazja. (śmiech)

Zobacz więcej na temat:

Zobacz także
  • Arek Jakubik: aktor? Muzyk? Reżyser? Arek Jakubik: Kim jestem? Dobre pytanie.
  • Filipa i Zygmunta łączy prawie wszystko... Chajzerów dwóch. Ale obaj - tacy sami!
  • Lady Pank podczas koncertu z okazji 45-lecia Spodka, październik 2016 50 utworów, które zmieniły wnętrze mężczyzny

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy