Żurawski: Jestem macho. Nie wstydzę się tego

01.08.2017 11:51
Michał Żurawski

Michał Żurawski (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)

O obowiązkach prawdziwego mężczyzny, medialnej fakerzeczywistości, pogoni za marzeniami i o tym, dlaczego dorobił się ksywy "Milik", na planie najnowszej komedii Juliusza Machulskiego "Volta", rozmawiamy z aktorem Michałem Żurawskim.

Piotr Mieśnik: - Jesteśmy w podobnym wieku. Mam mówić do ciebie na pan, czy do pana na ty?

Michał Żurawski: - Nie no, Michał jestem. Mówmy sobie po imieniu.

Zaproponowałbym bruderszafta, tylko że ja już bardzo mało i rzadko piję.

- To tak jak ja.

Przyznałeś kiedyś publicznie, że już wcale nie tykasz alkoholu.

- Wiesz... prywatnie możemy sobie o tym pogadać, ale publicznie nie chce mi się o tym mówić. To jest moja osobista sprawa, co to kogo obchodzi?

Odkładamy alkohol na bok i zapominamy. Widzę, że przyjechałeś terenowym autem, masz tatuaże. Czy to są właśnie męskie pasje Michała Żurawskiego, popularnego aktora, który jednak nie wygląda jak wycięty z żurnala mody...

- No czekaj, ale dzisiaj akurat trafiłeś na taki dzień, że jestem w marynarce. Lecz racja, żona mnie do tego zmusiła. Jeśli natomiast pytasz o takie najbardziej męskie rzeczy, jakimi się zajmuję, to jest to... dbanie o rodzinę. Sorry, może to brzmi banalnie, ale właśnie takie mam teraz priorytety. Uważam, że to jest bardzo męskie, dawać sobie radę w tym temacie.

Masz trójkę dzieci?

- Tak, mam sporą rodzinę i po prostu nie chciałbym tego spieprzyć. Wiesz, to jest związane z pojęciem macho. W Polsce ludzie się oburzają, gdy ktoś nazywa ich macho, bo teraz ten termin jest postrzegany dość pejoratywnie.

Bycie mężczyzną w stylu macho jest dziś baaardzo niepoprawne politycznie...

- To prawda, ale ja mam tak, że uważam wręcz przeciwnie, bo to słowo zostało wymyślone w hiszpańskim kręgu kulturowym i tam macho jest czymś totalnie pozytywnym: to jest właśnie facet, który dba o rodzinę, a do tego jest męski. Wszystkie pozytywne aspekty bycia mężczyzną ujęte są właśnie w terminie "macho". Niestety w kulturze anglosaskiej zostało to wynaturzone i wyśmiane. Natomiast jeżeli ktoś mówi o mnie macho, nawet jeśli chce mi tylko dogryźć, to ja się z tego cieszę, bo wtedy mam poczucie, że ten ktoś nie wie, co to tak naprawdę znaczy. Ale też nie jest tak, że skoro uważam się za macho, to znaczy, że kozakuję, bo kozakiem nie jestem. Choć, co ciekawe, ostatnio przygotowuję się do roli takiego prawdziwego harpagana i muszę w związku z tym intensywnie trenować.

Co to będzie za film?

- Tego na razie nie mogę zdradzić. Powiem ci tylko, że czeka mnie kilka miesięcy bardzo ciężkich treningów. A najśmieszniejsze jest to, że sam je sobie zafundowałem, bo nie było takiego wymogu. Uznałem, że skoro nie jestem superkozakiem, który często ćwiczy, bo jestem raczej leniem, to muszę wziąć się w garść. I dopiero teraz poczułem, co to jest taka naprawdę ciężka praca fizyczna, choć kiedyś przecież grałem w piłkę ręczną.

A zapasy? Twój tata był zapaśnikiem.

- Trenowałem za szczeniaka, ale to było w czasach, gdy byłem tak małym chłopcem, że niewiele już z tego pamiętam. Tak więc trudno tu powiedzieć o wyczynowym trenowaniu. Teraz wróciłem na matę i dostaję taki wycisk, że po 15 minutach mam dość. Duży szacun dla ludzi, którzy uprawiają zawodowo sporty walki.

MMA to teraz bardzo modny sport. W  jakim klubie trenujesz?

- W Copacabanie z Michałem Stanisławskim. Prawdziwy fachowiec, ale też artysta. Pracowaliśmy już ze sobą wcześniej. On wyciska tam ze mnie siódme poty, choć oczywiście dla niego mój trening to jest śmiech na sali. A dla mnie to masakra! Wczoraj myślałem, że się porzygam ze zmęczenia.

No to teraz możesz żałować, że nie złapałeś od ojca bakcyla zapasów. On chyba odnosił nawet jakieś sukcesy?

- Tak, ostatnio zdobył nawet mistrzostwo świata oldbojów. I słuchaj jaka historia: najpierw miał operację kręgosłupa, lekarz go poinformował, że nawet z trenowaniem dzieciaków może być kiepsko - on zajmuje się młodzieżą na Śląsku. A ojciec się zaparł, bo jest prawdziwym sportowcem, który nie potrafi bez tego żyć, i sam ułożył sobie takie treningi po operacji, że po dwóch latach zdobył mistrzostwo świata w Atenach. Przywiózł stamtąd prawdziwy złoty medal, zaimponował mi totalnie. Dopiero wtedy pojąłem, na czym polega psychika prawdziwego sportowca, dla którego ćwiczenia, które mnie, młodemu facetowi, sprawiają problem, są kaszką z mlekiem. On się nad tym w ogóle nie zastanawia, on zapierdala.

Mój tata jest fotografem i zawsze chciał mnie nauczyć robić zdjęcia. Zapierałem się rękami i nogami, tak że dziś nie potrafię pstryknąć fotki smartfonem. Czy ty nie zakochałeś się w zapasach również przez przekorę?

- Pewnie tak. My całe weekendy spędzaliśmy kiedyś na zawodach sportowych. Ja jestem z Górnego Śląska i w tamtych czasach było tak, że jak się w piątek po południu wychodziło na jakiś mecz czy zawody, to wracało się dopiero w niedzielę wieczorem, bo odwiedzało się przy okazji z 15 innych imprez sportowych. A ja akurat zakochałem się w piłce ręcznej, a nie w zapasach.

Dlaczego akurat w niej?

- Za moich czasów, gdy byłem gówniarzem, grało się w nią na WF-ie. Trafiłem na nauczyciela, który był jednocześnie trenerem. I on wyłapywał pod kątem warunków chłopaków do drużyny. Poszedłem do szkoły sportowej i zacząłem grać na poważnie. Bardzo mi się to spodobało, bo ta gra to dla mnie jest taki sport walki, jeden z najbardziej brutalnych sportów drużynowych obok rugby i futbolu amerykańskiego. To też jeden z najbardziej kontuzjogennych sportów. Sam miałem mnóstwo urazów, mimo że nie grałem przecież zawodowo. Tę przygodę zakończyłem, gdy miałem 19 lat: zrobiłem maturę i dostałem się na studia. A miałem wtedy do wyboru: albo przyjeżdżam do Warszawy i zostaję aktorem, albo idę do Pogoni Zabrze, pierwszoligowego wtedy klubu, w którym byłem na testach. Może mógłbym coś tam ugrać?

Czemu nie zdecydowałeś się na karierę sportową?

- To były takie czasy, że nie było jeszcze sukcesów międzynarodowych w tej dyscyplinie. Pod koniec lat 90. piłka ręczna była na poziomie totalnego dna. Dopiero potem nastąpił ten wielki wybuch. Ciekawa rzecz: ze Sławomirem Szmalem, który jest legendarnym bramkarzem, jednym z najlepszych na świecie, rywalizowałem w młodzikach, bo jesteśmy z tego samego rocznika.

Został ci sentyment, chodzisz na mecze?

- Nie, nie mam na to czasu po prostu. Ale oglądam mecze reprezentacji i czasem Kielc i Płocka w pucharach Europy w TV. 

A czy nie jest tak, że na twój wybór miała wpływ też wspomniana już przekora i to, że chciałeś wyrwać się spod opieki rodziców?

- To było tak: miałem do wyboru Kraków albo Warszawę. Celowałem w szkoły w tych miastach. Na aktorstwo dosta- łem się trochę przez przypadek, choć przygotowywałem się do egzaminów, nie poszedłem na nie na wariata. Tak naprawdę jednak marzyłem o krakowskiej ASP. Szkoła filmowa to było takie wyjście awaryjne, takie "a sprawdźmy, a zobaczmy". No i okazało się, że dostałem się i do Krakowa, i do Warszawy.

A wybrałeś stolicę, bo...

- A wybrałem stolicę, bo... jest po prostu dalej. Ze Śląska do Krakowa jedzie się pół godziny samochodem i gdy miałem tę perspektywę, że będę z mamusią i tatusiem siedział co chwilę, to ja podziękowałem bardzo, bo co to za studia by były? Przecież trzeba trochę poszaleć, poświrować. Dlatego wolałem wybrać Warszawę.

Czas świrowania przeminął. Jesteś ojcem i to razy trzy. Masz jakąś receptę, żeby nie spieprzyć tej najważniejszej roli? Jak sobie radzisz z tym, że twój pierwszy syn pochodzi z innego związku?

- Kurczę, nie mam żadnej recepty, naprawdę. To, że się poukładało między mną a byłą partnerką, i to, że dziecko jest bardzo często u nas i ma z nami superkontakt, to jest zasługa moich kobiet. Byłej i obecnej. Nawet nie wiem, jak to dokładnie się stało, że one tak się dogadują, a nawet ze sobą pracują. Pewne rzeczy dotyczące dzieci dzieją się dzięki temu poza mną. Jestem w tak komfortowej sytuacji. A z recept to jednak mam jedną: masz dzieci to, niestety, ale musisz przestać być egoistą. Przestań myśleć tylko o sobie, a wtedy się uda. Tyle. Mnie też nie było lekko, ale teraz już wiem, że jak coś się pieprzy, to tylko dlatego, że myślałem o sobie. I to jest ta jedyna rzecz, którą mam do przekazania.

Zanim przejdziemy do rozmowy o twojej najnowszej roli w "Volcie" Machulskiego, chciałem zapytać o twoją ostatnią najgłośniejszą rolę. Wiesz, o którą mi chodzi?

- Nie mam pojęcia...

O "Azja Express".

- O Jezu...

Większość reality shows to są tanie medialne ochłapy dla, mówiąc Machulskim z "Volty", "ludożerki" albo "swołoczeństwa". Natomiast w "Azja Express", miałem wrażenie, że był też drugi wymiar: to była podróż, gdzie mogliście naprawdę poznać kawał siebie.

- Ta wyprawa była super, choć muszę zaznaczyć, że to, co widzowie mogli tam zobaczyć, to jest zaledwie jakiś wycinek, nawet nie 10 procent tego, co tam się działo. A działy się takie historie, że przynajmniej raz mogliśmy zginąć. Mieliśmy szczęście, bo w Laosie nie zabrał nas pikap, który parę kilometrów dalej spadł z 50-metrowej skarpy.

Pokazali to w TV?

- Było to nagrane, ale nie pokazane. Gdyby to zrobili, to nie był- by to program dla gospodyń domowych, ale dla prawdziwych surwiwalowców. A nie taki był przecież jego zamysł. Choćby z tego powodu było dużo adrenaliny, której nie doświadczy się na wycieczce all-inclusive z biurem podróży. Nie jeżdżę po świecie w ten sposób, ale zdaję sobie sprawę, że jak ma się wykupiony taki pakiet: samolot, taksówka, hotel, a w hotelu drinki, to można być w Wietnamie i wcale tego Wietnamu nie zobaczyć. A my widzieliśmy cztery kraje i to z każdej strony. Widzieliśmy prowincję Kambodży, ale i wielkie miasta Tajlandii. Nie było ściemą również to, że musieliśmy wszystko załatwiać sobie sami, bez pieniędzy: transport, jedzenie, noclegi.

Niektórzy widzowie podejrzewali, że to ustawka.

- Nie wiem, jak w innych parach, ale w naszym przypadku na pewno nic nie było ustawiane.

Czy ten Michał Żurawski, którego widzieliśmy w programie: męski, czasami chamski w zachowaniu, mizogin - jak ktoś cię określił, czy to byłeś prawdziwy ty, czy jakaś rola, którą postanowiłeś zagrać?

- Ja mizoginem? Przecież to jest ktoś, kto nie cierpi kobiet, a ja je uwielbiam! Nie, to nie była żadna rola. Takim jestem człowiekiem. Jeśli ktoś twierdzi, że jestem chamem, to będę to odbierać jako informację zwrotną i będę nad tym pracować.

Nie słyszałem, żeby ktoś nazwał cię chamem. Ty sam tak określiłeś się w jednym z wywiadów.

- To jest związane z tym, że była jakaś dziwna sytuacja w programie, ja nawet nie do końca wiem, o co w niej chodziło. Wiesz, nie sprawdzam wcale internetu, parę lat temu z nim skończyłem, bo stwierdziłem, że to po prostu jest gówno, te wszystkie hejty. Ja chcę żyć w spokoju i tam nie zaglądam. Telewizji też nie mam od wielu lat i nie oglądam. Tak więc połowa tych przykrych rzeczy, tych komentarzy wokół programu mnie po prostu ominęła, dowiadywałem się o jakichś rzeczach podczas wywiadów, gdy ktoś mi podsuwał wyrwane z kontekstu cytaty. I OK, kiedyś tam przyznałem, że jestem chamem, bo co ja mam komentować? Recenzje jakiś ludzi, którzy oglądali program, gdzie były przedstawione tylko zmontowane wycinki rzeczywistości? Gdybym to miał komentować, to tak jakbym się tłumaczył. A ja się nie mam z czego tłumaczyć.

Masz w sobie żyłkę podróżnika, planujesz kolejne wyprawy czy to była tylko jednorazowa przygoda?

- Zawsze jeździłem po świecie w podobny sposób. Wylądowałem kiedyś na Kubie, mając sto dolarów w kieszeni i przez miesiąc mieszkałem na ulicy, więc taki wyjazd do Indochin to nie było dla mnie coś totalnie nowego. Wiedziałem, jak z ludźmi gadać i jak kombinować, żeby przetrwać. A niebawem szykuje mi się superwyjazd do Afryki, trochę zawodowy, ale też trochę półsurwiwalowy. Mam nadzieję, że to wypali. Bakcyl podróżniczy więc pozostał. Jeśli ktoś ma jakieś propozycje, to jestem otwarty. W najbliższych planach mam jeszcze Malezję i Singapur na jesieni.

Mówi się, że podróże to nie tylko miejsca, ale i ludzie, z którymi się je odbywa. Tobie w życiowej podróży towarzyszą aktorzy: żona Roma Gąsiorowska i młodszy brat Piotr. Już za dzieciaka marzyliście o tym zawodzie?

- Zawsze mieliśmy pierdolca na punkcie kina. Oglądaliśmy filmy nałogowo i zostało nam to do tej pory. Klasyką były "Rocky" i "Rambo", czyli filmy ze Stallone'em. Zresztą parę dni temu obejrzałem znowu pierwszą część "Rocky'ego" i śmiem twierdzić, że to jest genialny film. I tyle w temacie. Jak ktoś ma coś do "Rocky'ego", to niech po prostu wyskoczy. A wracając do tematu, mój brat jest o sześć lat młodszy i kiedy mnie odwiedzał, w czasie gdy już studiowałem, to był zafascynowany tym światem: starszy brat, aktor, premiery, spektakle. Balował ze mną, jak już trochę podrósł. Poznał ten zawód z tej trochę bardziej atrakcyjnej strony i to sprawiło, że też wybrał to zajęcie. Ja go nigdy nie namawiałem, wręcz przeciwnie, mówiłem mu, że z tego, co przeczuwam, to jest przesrany zawód, ciężki. Ale on stwierdził, że też da radę.

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Żurawski: Jestem macho. Nie wstydzę się tego
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy