Grosicki: Nie śpiewajcie już "Przez Twe Oczy"

29.08.2017 12:57
Kamil Grosicki

Kamil Grosicki (Fot. Daniel Koper)

W przeszłości w życiu robił więcej błędów, niż strzelał bramek. Ale zerwał łatkę lekkoducha, stając się jednocześnie gwiazdą piłkarskiej reprezentacji Polski. Kamilowi Grosickiemu z szaleństwa zostały już tylko ułańskie szarże z piłką przy nodze. Pokochali je kibice biało-czerwonych i angielskiej Premier League. Oto "Grosik", jakiego nie znacie!

Sebastian Staszewski: - Przez lata miał pan przypiętą łatkę: "Uwaga, duże dziecko". Kiedy podjął pan decyzję o jej zerwaniu, o pozbyciu się wizerunku chłopaka, który od piłki nożnej woli zabawę?

Kamil Grosicki: - O wizerunek zacząłem dbać już przed mistrzostwami Europy we Francji. I wydaje mi się, że czasy, gdy bardziej niż z bramkami byłem kojarzony z hazardem czy przyśpiewką "Pijem, bawim się", to przeszłość. W końcu udowodniłem, że jestem nie tylko poważnym piłkarzem, ale również wartościowym człowiekiem. Nie potrzeba było jednak aż tak dużych zmian, bo dalej lubię ludzi, rzadko chodzę smutny, mam tych samych kolegów, ale jednocześnie jestem profesjonalistą.

Tamten wizerunek bardzo przeszkadzał?

- W tamtym życiu było mało piłki. Za mało. Mówiło się o wygłupach, problemach, a nie o tym, że jestem ważnym członkiem reprezentacji Polski, że gram w dużych klubach. Zrozumiałem jednak, że aby inni mnie szanowali, najpierw muszę zacząć szanować sam siebie.

Przeszłość odciął pan grubą kreską?

- Tak do końca nie jest to możliwe, ale bardzo niechętnie rozmawiam o dawnych czasach. Moja rodzina też nie ma ochoty wracać do trudnych chwil. Niedawno telewizja TVN nakręciła o mnie dokument do programu "Uwaga". Padły trudne pytania, na niektóre odpowiedziałem, ale kosztowało mnie to bardzo dużo wysiłku. Kiedyś nie cała moja rodzina zdawała sobie sprawę z tego, że walczę z hazardem, a dopiero dowiadywała się o tym z mediów. Już tego nie potrzebuję. Liczy się tylko futbol. Tamten Kamil został gdzieś daleko w tyle.

Kiedyś na złą drogę sprowadzili pana ludzie, którzy byli blisko. Tym razem odwrotnie - to najbliżsi wskazali dobre tory.

- Bardzo dojrzałem przy Dominice, mojej żonie, i dzieciakach. Pomogli mi. Dzięki nim nauczyłem się troszczyć o innych. Dużo dała mi też praca z trenerem mentalnym Pawłem Frelikiem. Współpracuję również z Danielem Kaniewskim i Michałem Siarą, którzy odpowiadają za wszystkie moje projekty, opiekują się karierą i przyszłością. Jestem impulsywny, często działam spontanicznie, więc przydają się osoby, które trzymają rękę na pulsie.

Wychował się pan na szczecińskim Bukowe. Jak ważne było dla pana osiedlowe podwórko?

- To było całe moje życie. Nie mieliśmy orlików i boisk ze sztuczną trawą, ale i tak całe dnie spędzaliśmy, ganiając za piłką. Od rana do nocy. Raz grało się na asfalcie, innym razem na piasku. Kolana i łokcie były pozdzierane, ale liczyło się tylko wygrywanie.

Był pan najlepszy z całej paczki?

- No, byłem. Najlepszy i najmłodszy, bo z rówieśnikami właściwie nie grywałem, bo nie było sensu. Dlatego chodziłem walczyć ze starszymi. I też ich kiwałem. Byli co prawda więksi i silniejsi fizycznie, ale nadrabiałem szybkością i sprytem. Byłem też wytrzymały. W domu, w Szczecinie, mam kilka medali z biegów długodystansowych. Nienawidziłem przegrywać, od razu ruszałem do przodu i wolałem paść, niż dobiec drugi. Zawzięty byłem. Myślę, że wszyscy na osiedlu wiedzieli, że mam talent do piłki, chociaż pewnie się nie spodziewali, że zajdę tak daleko, aż do reprezentacji Polski.

Od zawsze był pan "Grosikiem"?

- Najpierw był "Opel". To dlatego, że dostałem kiedyś koszulkę francuskiego klubu Girondins Bordeaux. To był oryginał, niewielu taką miało. Sponsorem Bordeaux był wówczas Opel, więc kiedy koledzy zobaczyli mnie w tej koszulce, od razu zaczęli wołać "Opel, Opel". "Grosikiem" stałem się dopiero w Pogoni Szczecin. Ale kiedy spotykam znajomych z dawnych lat, to wciąż jestem "Oplem".

Przez kilka lat łączył pan grę w piłkę z tańcem towarzyskim i z tego, co wiem, też nie brakowało panu sukcesów.

- Moja mama wymyśliła sobie, że jej mały Kamilek zostanie zawodowym tancerzem. Zapisała mnie na kurs tańca, w sumie to nie było nawet dyskusji. Miałem siedem, może osiem lat. Trenowałem w zespole Astra. I faktycznie, sukcesy były. Nawet na młodzieżowych mistrzostwach Polski. Tańczyłem cha-chę, rumbę, jive'a. Lubiłem szybkie tańce.

Ile miał pan partnerek?

- Chyba dwie. Ale nie pamiętam już nawet ich imion. Chociaż jest to do sprawdzenia, bo mama prowadzi album z wycinkami z gazet i jakieś artykuły na pewno tam są.

Dlaczego nie został pan drugim Michałem Malitowskim?

- Wolałem futbol. Poza tym w pewnym momencie trenerzy ze szkoły tańca zobaczyli, że moje nogi pracują trochę inaczej niż nogi kolegów. To była pozostałość po piłce. W końcu tata postanowił zaprowadzić mnie na trening Pogoni, do rocznika 1987, czyli chłopaków o rok starszych. Jeden z trenerów powiedział, że mnie nie przyjmie, bo ma już za dużo zawodników. Ale tata prosił: "Dajcie mu tylko chwilę, jeden trening!". I trener się zgodził. Jeszcze się zajęcia nie skończyły, a już biegł do taty i prosił go, żebym został.

Treningi taneczne odeszły w przeszłość, ale smykałka do tańca została?

- Mówią, że tańczę dobrze, ale w sumie każdy ma inny gust. Lubię pobawić się z żoną, ale sam też daję radę. Kocie ruchy zostały. W "Tańcu z gwiazdami" na pewno bym sobie poradził. I to całkiem nieźle. Kiedyś zresztą przepadałem za tym programem. Dziś włączam go rzadko, bo nawet nie znam tych "gwiazd". Ale po zakończeniu kariery chętnie zatańczę w "Tańcu". Przypomnę sobie kroki i zrobię show.

Kamil Grosicki
Fot. Daniel Koper

Czym jest dla pana biało-czerwona koszulka reprezentacji?

- Całą Polską. Za każdym razem, gdy stoję na PGE Narodowym i śpiewam "Mazurka Dąbrowskiego", czuję, że żyję. Nikt, kto nie zaśpiewa go z murawy razem z 50 tysiącami kibiców, nie zrozumie, jakie to przeżycie. Myślę wtedy: "Grosik", bądź z siebie dumny.

Marzył pan o takich momentach, o grze w reprezentacji?

- Chciałem trafić do młodzieżówki, ale jakiegoś wielkiego ciśnienia nie miałem. Chociaż pamiętam przykrą sytuację. Wtedy do reprezentacji juniorskich piłkarzy wybierali trenerzy klubowi. I pan Adam Benesz, nasz opiekun, nie postawił na mnie. Dużo mu zawdzięczam, ale do dziś czuję wielki żal. Strasznie to przeżyłem. Szczególnie że na powołanie zasługiwałem. Później wywalczyłem je sam, na boisku.

Pamięta pan skład młodzieżówki? Niewielu przebiło się do poważnej piłki.

- Z mojego rocznika, czyli 1988, poza mną w kadrze są tylko Kamil Glik i Maciek Rybus.

Kto miał wtedy największy talent?

- Maciek Korzym był piłkarzem, któremu wróżono wielką karierę. W kadrze U-17 był najlepszy. Niezły był Marcin Siedlarz, który w Górniku Zabrze zadebiutował jako nastolatek. Korzym z Sandecją Nowy Sącz awansował właśnie do Ekstraklasy, a Siedlarz gra w Garbarni Kraków, w III lidze. Chłopakom przeszkodziły kontuzje, złe wybory...

10 czerwca przeciwko Rumunii rozegrał pan swój 50. mecz w reprezentacji Polski. Pamięta pan ten pierwszy?

- Z Finlandią na Cyprze?

No, najwyraźniej pan pamięta.

- To był dobry debiut. Zrobiłem kilka dynamicznych akcji, mogłem nawet strzelić bramkę. I to wszystko w dziesięć minut. Leo Beenhakker był mną zachwycony. I szczerze mówiąc, liczyłem po cichu, że Holender zabierze mnie na mistrzostwa Europy w 2008 r. Kalkulowałem, że powoła Kubę Błaszczykowskiego, a mnie weźmie za Wojtka Łobodzińskiego. Okazało się, że do Austrii nie pojechałem ani ja, ani Kuba, a "Łobo" tak. W Euro udało mi się wystąpić dopiero cztery lata później.

Na mistrzostwach Europy rozgrywanych w Polsce i na Ukrainie. Wówczas zagraliśmy jednak fatalnie, w grupie zajęliśmy ostatnie miejsce. Pamięta pan, gdy w trakcie meczu z Grecją biegał pan przy linii bocznej i czekał na zmianę?

- Nie mam nic do Franciszka Smudy, lubię go, lubię jego żarty, ale 8 czerwca, w dzień meczu z Grecją, uderzył poniżej pasa. Po przerwie reprezentacja potrzebowała gazu, chłopakom zaczęło brakować energii, a Smuda zamiast mnie wpuścić, kazał mi się rozgrzewać. Biegałem i czekałem, czekałem i biegałem. Kilkadziesiąt minut. A trzeba pamiętać, że byłem wtedy tuż po najlepszym sezonie w Turcji. W Sivassporze zostałem gwiazdą, liderem. Zasługiwałem więc chociażby na półgodzinną szansę.

8 czerwca, w dzień meczu, były pana urodziny...

- No i taki dostałem prezent. Do zmiany stanąłem 30 sekund przed końcem i z tej perspektywy obejrzałem ostatnie chwile. Nie zdążyłem wejść nawet na sekundę.

Później wystąpił pan w meczu z Czechami.

- Wszedłem na boisko na pół godziny i strasznie się spaliłem. Kibice i media domagali się Grosickiego, więc Smuda na odczepnego dał mi pograć. I zagrałem najgorszy mecz w reprezentacji. Nic mi nie wychodziło, nic się nie kleiło, byłem zestresowany. A po meczu trener powiedział na konferencji: "Chcieliście Grosickiego, to wam go dałem. I co?". Słabe to było.

Co ma ta reprezentacja, czego nie miała tamta?

- Wtedy liczyła się tylko trójka z Dortmundu. Reszta była dodatkiem. Taka jest prawda.

Liczyła się dla kogo?

- Dla trenera Smudy, dla kibiców. Był Lewandowski, Błaszczykowski, Piszczek, a dopiero potem pozostali. Przez dwa lata przygotowań wałkowany był jeden skład, piłkarze rezerwowi nie czuli się doceniani. U Adama Nawałki tego nie ma. Nie gra Kamil Glik? To Thiago Cionek dobrze go zastąpi. Nie ma Grzesia Krychowiaka? Karol Linetty już czeka. Daliśmy sobie radę nawet z brakiem kontuzjowanego Arka Milika. Walka o podstawowy skład trwa cały czas. U Smudy było inaczej. Taki Kuba Wawrzyniak stawał na głowie, aby łatać dziurę na lewej obronie, a przyszedł rezerwowy Werderu Brema Sebastian Boenisch i wskoczył do gry. Tak samo Damien Perquis. To nie budowało dobrej atmosfery.

Siłą zespołu Nawałki jest właśnie atmosfera?

- Zdecydowanie. Robert Lewandowski jest gigantyczną gwiazdą, ale w ogóle nie stoi nad resztą. Jest integralną częścią grupy, taką samą jak ja, Karol Linetty, Jacek Góralski czy ktokolwiek inny. Podporządkowuje się regułom. W swoim gronie żartujemy oczywiście, że w kadrze jest stolik "fusów", czyli zawodników z ligi polskiej, ale tak naprawdę tworzymy jedną wielką rodzinę. Dlatego jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Dlatego wygrywamy.

A pan z kim siedzi przy stoliku?

- Z najstarszymi: Kamilem Glikiem i Maćkiem Rybusem, których znam jeszcze z kadry młodzieżowej, z Łukaszem Fabiańskim, Kubą Błaszczykowskim, Łukaszem Piszczkiem. Skład naszego stolika nie zmienia się od lat. I szybko się nie zmieni!

Życie składa się z momentów. Które z tych reprezentacyjnych są dla pana szczególne?

- Jeśli chodzi o  jeden mecz, to chyba ten z Portugalią w ćwierćfinale mistrzostw Europy. Fajną dałem wtedy asystę Lewandowskiemu - pach, pach, pach i piłka siedziała w siatce. Dodatkowo gra na wypełnionym po brzegi Stade Velodrome w Marsylii to coś niepowtarzalnego. Ale w pamięć zapadła mi też asysta z meczu z Niemcami we Frankfurcie, kiedy Robert strzelił bramkę głową. Niezapomniany był też rajd ala Maradona w meczu z Rumunią w Bukareszcie. Jest o czym opowiadać. A wciąż nie powiedziałem ostatniego słowa.

50 meczów w reprezentacji to imponujący wynik. Jaki jest kolejny cel? Wejście do Klubu Wybitnego Reprezentanta, gdzie czekają już Lewandowski i Błaszczykowski?

- Na starych zasadach nie miałbym z tym problemu, bo wystarczyło zagrać 60. meczów, ale prezes Zbigniew Boniek podniósł poprzeczkę do 80. spotkań. I może być trudno. Dlatego na mecz z Rumunią zaprosiłem całą moją rodzinę, przyjechał pełny autobus. Wygraliśmy 3:1, więc można powiedzieć, że godnie uczciłem ten jubileusz.

Pamięta pan, co wydarzyło się na stadionie Old Trafford w Manchesterze tuż po podpisaniu przez pana kontraktu z Hull City?

- Polacy odśpiewali mi "Przez twe oczy zielone"...

Piosenkę, z której zrobił pan nieformalny hymn polskich kibiców.

- Mam jej dość.

Myślałem, że nuci ją pan pod prysznicem...

- Nie mogę już jej słuchać. Męczy mnie. Nie sprawia mi takiej radości, jak kiedyś. Gdy w szatni po meczu z Irlandią zaśpiewałem ją pierwszy raz, nie wiedziałem, że wybuchnie aż taka bomba. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz sam ją włączyłem. Wiem, że ludzie chcą dobrze, ale kiedy ktoś puszcza "Oczy zielone", to zaczynam się wkur...

Lubi pan disco polo?

- Na weselach albo imprezach jak najbardziej, ale tylko tam.

W świadomości ludzi funkcjonuje pan jednak jako wielki fan takiej muzyki.

- A ja wolę Lady Pank, Dżem. Polską klasykę rocka. Lubię też włoskie rytmy. Jeśli chodzi o disco polo, to jest fajne, ale tylko o odpowiedniej godzinie, w odpowiednim miejscu i odpowiednim stanie. Przyjaźnię się z "Boysami", którzy śpiewali na moim weselu, z grupą "Weekend". To fajne, wesołe chłopaki. Ale nie róbcie ze mnie discopolowca.

Piosenkę o panu napisał Zenek Martyniuk. Czeka pan na nią?

- Miło z jego strony, ale zobaczymy, czy to będzie hit czy kit.

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Grosicki: Nie śpiewajcie już "Przez Twe Oczy"
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy