Gortat: Ciężka praca zrobiła ze mnie mężczyznę

Piotr Mieśnik
03.10.2017 13:28
A A A
Z Marcinem Gortatem o planecie NBA, sposobie na to, jak zarobić 100 milionów dolarów, odnieść sukces, ale nie zwariować i... kobietach (również tych złych) -rozmawiał Piotr Mieśnik.

Z naszym reprezentantem w NBA spotkałem się w jego rodzinnym mieście w Łodzi. Gdy przyjechałem, czekał już na mnie w garderobie. Podczas powitania zauważyłem, że jest w... jednym bucie. Fanaberia gwiazdy, jakaś kontuzja? - moje rozważania i wątpliwości rozwiał gość, który nagle z miarką w ręku wpadł do pomieszczenia. Najpierw mierzył wzdłuż i wszerz stopę, później robił jej zdjęcia. Okazało się, że Gortat zamawia buty szyte na miarę w Turcji. Nie dziwię mu się, bo przy rozmiarze stopy 51 trudno znaleźć buty w każdym napotkanym sklepie. Dzięki tej anegdotce odetchnąłem. Zaliczyłem już modowy wątek wywiadu, dzięki czemu mogłem podpytywać naszego koszykarza o naprawdę męskie sprawy.

Piotr Mieśnik: - Może cię zaskoczę, ale niewiele brakowało, a spotkalibyśmy się w NBA.

Marcin Gortat: - Proszę bardzo! W jakiej roli, zawodników?

No jasne. W podstawówce, w czasach gdy TVP pokazywała NBA, mieliśmy z chłopakami własną drużynę, z nazwą, logo, koszulkami. No ale później telewizja publiczna przestała pokazywać kosza i skończyłem karierę. A tak naprawdę, to chcę cię zapytać jaka jest recepta na to, żeby - tak jak ty - dojść tam, gdzie się chciało, a nie odpuścić - tak jak ja.

- Wiadomo, że są rzeczy niezależne od nas: trzeba mieć talent, liczą się też warunki fizyczne, i akurat tego nie da się w żaden sposób przeskoczyć. Ale tak naprawdę talent, który może ci dać dużo, ułatwić start, wcale nie jest gwarancją sukcesu.

A jest w ogóle jakaś gwarancja?

- Gwarancja nie, ale możliwość. I wiesz, co tak naprawdę może przynieść ci sukces? Tylko i wyłącznie ciężka praca. Amerykanie używają określenia "effort".

A więc wysiłek.

- Tak, dziś już wszyscy w NBA uczą tej filozofii, tego nastawienia do całego życia, nie tylko do sportu. Tego, że jeśli coś może cię zaprowadzić do celu, to nie jakiś fart, ale wysiłek w dążeniu do niego. Dzięki ciężkiej pracy możesz zdobyć wszystko. Jeśli mówimy o sporcie, będzie to przekraczanie granic własnych możliwości. Wszystkie te momenty, gdy pobiegniesz szybciej, skoczysz wyżej, nie odpuścisz, mimo że już dziesięć razy ci się nie udało. Nie poddasz się, mimo że upadniesz, będziesz dalej pracować, bo to cię rozwija.

Czyli praca otwiera drzwi do sukcesu.

- Tak, i kluczem do tych drzwi nigdy nie będzie gadanie, a po prostu robota. Wielu sportowców opowiada o tym jak ciężko trenuje, że w związku z tym powinni dostawać ciekawe oferty, kontrakty, pieniądze, że im się to po prostu należy. Może mają rację, może im się należy. Ale ja najpierw chcę zapytać: co tak naprawdę nazywają ciężkim treningiem, co tak naprawdę nazywają poświęceniem? Chyba nie to, że pójdą na salę, posiedzą tam trzy godziny, pogadają z kimś, zrobią kilka fotek, żeby puścić je do sieci. Bo ja chcę powiedzieć, że ciężki trening jest wtedy, gdy mając 20 lat, wracasz do domu i nie masz siły się ruszyć; ciężki trening jest wtedy, gdy bolą cię stawy i mięśnie.

Myślę, że można to odnieść nie tylko do wyczynowych sportowców, ale też do internetowych napinaczy. Bycie fit stało się modne, ale niektórzy przychodzą na siłownię tylko po to, żeby zrobić zdjęcia na Insta.

- Oni powinni przestać oszukiwać samych siebie. Niech zadają sobie pytanie: czy przyszedłem kiedyś o 6 rano na trening, gdy nikt mnie nie oglądał, nie było dziewczyn, nie było przed kim się popisywać? Tak, wtedy jest ciężko trenować. Bo miło to jest ponapinać się przy przerzucaniu ciężarów, gdy widzisz, że fajne dziewczyny zerkają na ciebie, tak wtedy jest fajnie. Tylko że to nie przynosi efektów. Jeśli chce się dojść na szczyt, trzeba poświęcić samego siebie.

Czasem są jeszcze dylematy: iść na imprezę i olać trening czy odpuścić zabawę. Jak ty sobie z  tym radzisz?

- To bardzo proste. Muszę sobie odpowiedzieć na pytanie: czy potrafię iść do klubu i bawić się tam do 4 nad ranem i mimo tego wstać na 8 na poranny trening. Czekaj, wstać i iść, to za mało. Czy jestem w stanie dać na nim z siebie 100 proc., nawet jeśli miałbym zwymiotować z tego wysiłku. Na takie pytanie trzeba sobie odpowiedzieć. Ja tak robiłem i robię, i dlatego jestem tu, gdzie jestem. A potem, gdy zdobywa się punkty, nagrody, podpisuje nowe kontrakty, wszystko tylko utwierdza w tym, że obrało się dobrą drogę, że sprawy idą we właściwym kierunku.

Miewasz w ogóle okresy takiego totalnego roztrenowania, gdy jesz, co chcesz, prowadzisz się niesportowo i rośnie brzuch?

- Nie. W ogóle nie wyobrażam sobie sytuacji, że gdy między sezonami mam cztery miesiące wolnego, to odpuszczam treningi i dopiero w ostatniej chwili w panice do nich wracam. Nie ma bata! Pewnie, pierwszy miesiąc jest luźniejszy, robię sobie wolne, ale tylko po to, żeby zregenerować ciało i odpocząć psychicznie. A potem są już trzy miesiące harówy. Katuję swoje ciało, poprawiam umiejętności i walczę ze słabościami. A to jest właśnie ten kluczowy moment, gdy większość ludzi zazwyczaj odpuszcza. Mówią: eee, nie chce mi się, porobię coś innego. 

Mówisz o koszykówce i o treningach, ale mam wrażenie, że możemy odnieść to do innych dziedzin życia, w których osiągamy, lub nie, sukcesy.

- Oczywiście, że tak. Wszystko, co mówię, można odnosić do sportu, ale i do każdej innej dziedziny życia. Ja dziś jestem taki, jaki jestem, bo przeszedłem potężną transformację, i to nie tylko jako koszykarz na parkiecie, ale jako człowiek. I to właśnie dzięki tej ciężkiej, a czasami żmudnej pracy mogę w końcu powiedzieć, że jestem już mężczyzną, twardo stąpam po ziemi.

Sądzisz, że wcześniej nim nie byłeś?

- Nie ma co się oszukiwać, to też kwestia wieku. Jestem starszy, bardziej dojrzały. Do NBA dostałem, się gdy miałem 20 lat, to kim ja wtedy byłem? Małym łobuzem z Łodzi, który nagle przyleciał do USA. Teraz mam 33 lata i całkiem inaczej patrzę na świat. Mam inne wartości w życiu.

Jak się zmieniły?

- Wiesz, wciąż cieszę się, kiedy wygrywam mecze, zdobywam punkty, zaliczam zbiórki. Dzięki temu zarobiłem grube miliony i pewnie będzie tego jeszcze więcej. Ale najważniejszą wartością i największym sukcesem jest to, że dziś realnie mogę odmieniać życie innych ludzi.

W jaki sposób?

- Począwszy od takich sytuacji, gdy kontaktuje się ze mną załamana matka zbierająca pieniądze na leczenie dziecka, a ja mogę jej wysłać te pieniądze. To jest mój sukces. Dzięki temu mogę wieczorem kłaść się z uśmiechem na ustach, bo to oznacza, że dzięki swojej pracy mogę komuś pomóc, pozytywnie odmienić jego życie. Od 10 lat organizuję też w wakacje kampy koszykarskie, gdzie staram się zarażać dzieci koszykówką. I mam tę świadomość, że nawet jeśli nie wszyscy zostaną w przyszłości zawodnikami, to mogę im coś przekazać, podzielić się doświadczeniami, które potem pomogą im w życiu. Bo ja do tych kwestii musiałem dochodzić sam, ucząc się na błędach. To fantastyczne uczucie, kiedy potem przychodzą rodzice tych dzieciaków i mówią: panie Marcinie, ten chłopak się odmienił nie do poznania. I to jest dla mnie sukces.

Dla wielu ludzi jedynym wyznacznikiem sukcesu są pieniądze.

- Pewnie, gdy miałem 20 lat byłem szczęśliwy, że zarabiam miliony, ale co mi to dało? Pomagało tylko i wyłącznie spełniać zachcianki. Chcę auto, to kupię auto. Mogę mieć każde, jakie tylko wyprodukowano na świecie, no chyba że się do niego nie zmieszczę. No dobra, ale kupiłem to auto, mam je, i co mi to daje, co dalej? Jutro może mi się znudzić, co wtedy? A to, że mogę odmieniać życie ludzkie, i to robię, jest dla mnie prawdziwą wartością, to się nie nudzi i zacząłem to doceniać i dostrzegać właśnie teraz, gdy już trochę wydoroślałem. I tak naprawdę moim głównym życiowym celem jest zbudowanie własnego dziedzictwa.

Chcesz po sobie coś zostawić. No ale przecież teraz i tak "nie wszystek umrzesz", historia zapamięta Marcina Gortata.

- Widzisz, chcę być postrzegany nie tylko jako koszykarz, sportowiec, ale jako ktoś więcej. I to jest mój prawdziwy cel. Chcę, żeby moje nazwisko było kojarzone również z osobą, która wykorzystała swój sukces, aby pomagać innym. Mam nadzieję, że w naszych szkołach Mistrzostwa Sportowego Marcina Gortata wychowamy światowej klasy sportowców, którzy nie zapomną o niesieniu pomocy innym. Będzie mi miło, jeśli kiedyś ktoś powie, że osiągnął w życiu swój cel, bo pomógł mu w tym Marcin Gortat i jego ekipa.

Wróćmy jeszcze do twojej życiowej filozofii. Wspominałem ci, że byłem niedoszłą gwiazdą koszykówki, potem niespełnioną nadzieją polskiego boksu. Po którejś tam kontuzji pojawiły się wymówki. Czy w twoim życiu jest na nie w ogóle miejsce?

- Wymówka? Dziś odbieram ją tylko i wyłącznie jako łatwą drogę wyjścia, pójścia na skróty, oszukiwania samego siebie. Jeśli jesteś w stanie wyjść na imprezę, to jesteś też w stanie iść na trening. Twierdzisz inaczej? No to szukasz wymówek. Jak tak, to wybieraj, co jest dla ciebie najważniejsze. Sam musisz dojść do tego punktu w życiu, w którym zdasz sobie sprawę, co tak naprawdę jest twoim priorytetem. Nie mówię oczywiście, że nie można imprezować. Można, ale na wszystko jest odpowiedni czas.

OK, mamy więc "no excuses", a co z krytyką, jak ją przyjmujesz?

- Tak jak nigdy nie miałem wymówek, tak też nigdy nie miałem problemów z krytyką skierowaną wobec mnie. Nigdy nie bałem się wziąć odpowiedzialności, po męsku, na klatę i przyznać, że coś zepsułem. A co można zrobić z krytyką? Albo się nią przejmiesz, zamkniesz się w sobie, nic więcej nie zrobisz i wrócisz do domu zapłakany jak mała dziewczynka. Jest też inna droga, ta krytyka cię wkurzy, nakręci na zmianę, sprawi, że będziesz pracować nad sobą. Albo się poddajesz, albo bierzesz w garść swoje jaja i zaczynasz robić to, co do ciebie należy. Oczywiście ta druga droga jest mi bliska.

Często jesteś krytykowany?

- Uwierz mi, miałem w życiu z milion takich sytuacji. Bo wszystko szło niby fajnie, ale tak naprawdę zapominałem o dążeniu do perfekcji. Grałem dobrze, to myślałem, że nie muszę tak mocno trenować. I wtedy pojawiała się zasadna krytyka. Bo mimo tego, że wszystko jest OK, to trzeba dalej piłować, piłować i jeszcze raz piłować. Naprawdę wiele razy spadałem z wysokiego konia i do dziś spadam.

Mówisz o swojej transformacji. Było jakieś konkretne wydarzenie, które cię odmieniło, czy to raczej postępowało stopniowo?

- Ten proces trwał długo. To nie była rewolucja, a ewolucja w moim życiu. Były błędy, analizowanie ich, wysnuwanie wniosków, a potem nauka. I dotyczyło to wielu różnych kwestii: zawodowych, kontaktów z rodziną czy z kobietami. Siadałem wtedy i przyznawałem sam przed sobą, że rzeczywiście coś zawaliłem, że to nie ma prawa się nigdy więcej powtórzyć. Oczywiście najbardziej bolała krytyka od osób mi bliskich, od tych, na których mi zależy. Bo to, że jakiś internetowy kretyn coś tam sobie napisze, to wcale mnie nie rusza.

A czytasz takie wpisy?

- Czasem, jeśli niechcący na nie wpadnę, ale zazwyczaj chce mi się z tego tylko śmiać, bo ci ludzie nie mają pojęcia, o czym piszą. W internecie są mocni, bo to jest jedyne miejsce dla słabych ludzi, gdzie mogą udawać, że coś znaczą. To taka odskocznia dla słabeuszy. Są ludzie, którzy biegną do mnie po autograf, a potem piszą głupoty w sieci. To straszna hipokryzja, ale co zrobić? Podkreślę, że najbardziej boli krytyka od osób bliskich, i z taką krytyką też miałem do czynienia.

Kto cię krytykował i czego to dotyczyło?

- Rodzice, rodzeństwo. Chodziło o to, że nie zajmuję się właściwie jedną albo drugą stroną. Była też krytyka od przyjaciół, że nie doceniam tego, co dla mnie robią. Bo były po prostu takie momenty, gdy zapominałem o takim zwykłym dziękuję. Były sytuacje, gdy ludzie mi bliscy pracowali ciężko na mój sukces, a ja potrafiłem przejść obok tego, jakby to była normalna rzecz, jakby to mi się po prostu należało. Nie doceniałem ich wysiłku. To nie były oczywiście rzeczy dużej wagi. Na szczęście świadoma praca nad sobą daje efekty. Dużo uczę się od innych, podpatruję ich.

Nie jest dla ciebie ujmą uczyć się od innych, ty, wielki Gortat?

- No skąd, ja wręcz muszę to robić! Ci, którzy są przeświadczeni, że zjedli wszystkie rozumy, że są najlepsi i niezastąpieni, najczęściej są szybko weryfikowani przez samo życie.

Mamy epidemię ludzi z przerośniętym ego.

- To prawda, choć muszę przyznać, że sam też mam je ogromne, a do tego jeszcze bardzo ciężki charakter.

Skoro jesteś tego świadomy, to nie jest aż tak źle.

- Tak, taka samoświadomość, nieoszukiwanie samego siebie, to jest duży plus. Dlatego sam sobie często nie szczędzę krytyki, boksuję się z sobą.

Skoro już o boksowaniu, to twój tata pięściarz z medalami olimpijskimi, brat znany sędzia ringowy. Nie ciągnęło cię tam, umiesz się w ogóle bić?

- Chyba każdy mężczyzna odpowie na to pytanie twierdząco. I ja też, tak, umiem się bić. W końcu oglądałem dużo filmów karate (śmiech). Ale też jestem już w tym wieku, że nie rozpatruję konfliktów z poziomu siły fizycznej. Wychodzę z założenia, że lepiej odpuścić, że ta osoba dalej będzie żyć swoim życiem, będzie się w tym kisić i zazdrościć. I zdaję sobie sprawę, że mój uśmiech, moja satysfakcja może drażnić ludzi. Niestety żyjemy w  społeczeństwie, gdzie sukces wielu ludziom przeszkadza.

To tylko polska przywara czy tak po prostu jest?

- Myślę, że w każdym kraju spotkamy takich ludzi, ale w Polsce niestety hejterów jest naprawdę dużo. Moim zdaniem to przez to, że w naszym kraju nie ma mocnej klasy średniej. Rozejrzysz się: masz głównie bardzo bogatych ludzi i tych, którym często nie starcza na godne życie.

Trochę nie było czasu, żeby ta silna klasa średnia się wykształciła, zabory, wojny, komuna i tak ciągle jesteśmy na dorobku.

- Właśnie tak. Patrząc na naszą historię, wyraźnie widzimy, że nie było takiej szansy.

Wracając do sportów walki. Wspominałem o rodzinnych tradycjach pięściarskich, wiem, że kibicujesz naszej mistrzyni UFC Joannie Jędrzejczyk, wręczałeś puchary na KSW. W świecie MMA raz na jakiś czas organizuje się tzw. freak fighty, czy jest szansa, że po zakończeniu kariery i ciebie zobaczymy w klatce?

- Nie, raczej nie ma takiej możliwości. Nawet gdyby któryś z tych zawodników, którzy lubią robić wokół siebie medialne zamieszanie, próbowałby mnie uszczypnąć, to raczej bym go wyśmiał. Nie będę wózkiem, na którym ktoś pr-owo podjedzie pod górę.

A gdyby w grę weszły naprawdę ogromne pieniądze?

- Też myślę, że nie. Musiałbym być chyba naprawdę spłukany i mieć zniszczone życie, żeby się na to zdecydować. Lubię bywać na walkach, mogę nawet pomóc w karierze chłopakom, których znam, ale nie ma mowy, żebym sam walczył. Natomiast gdyby doszło do sytuacji, że ktoś, gdzieś chciałby mnie sprowokować w kontekście MMA, to albo bym go wyśmiał, albo spotkał się z nim twarzą w twarz, by porozmawiać bezpośrednio, a nie za pomocą mediów.

Aśka, której kibicujesz, walczy dla bardzo prężnej organizacji, dla amerykańskiej UFC. No, ale to ty grasz w legendarnej lidze NBA. Czym tak naprawdę ona różni się od innych, które poznałeś?

- To jest najpotężniejsza i najbardziej profesjonalna liga na świecie. Ten znaczek, który nosimy na klacie, jest piekielnie mocny. Dziś NBA pod względem marketingowym i finansowym przebija wszystkie ligi i wydarzenia sportowe, mówię tu o igrzyskach, Champions League, futbolu amerykańskim czy bejsbolu. Tylko mistrzostwa świata w piłce nożnej są od nas mocniejszą imprezą. No ale w związku z tym jest też druga strona medalu, a właściwie tego znaczka. Są osoby, które będą cię chciały oszukać i wykorzystać. Wielu zawodników padało ofiarą oszustów finansowych. Dlatego na każdym kroku wymaga się od nas pełnego profesjonalizmu, sprawdzają, jak się życiowo prowadzimy, w co ubieramy, co mówimy w mediach. Jakiś czas temu - po zamieszczeniu jednego z tweetów na kontrowersyjny temat - od razu dostałem telefon od menedżera, agenta i wysoko postawionej osoby w NBA z informacją, że jeszcze raz coś takiego zrobię, dostanę wysoką karę. Były też kłopoty i artykuły po tym, gdy komuś nieco ostrzej odpisałem w internecie, ale mówię tu o Polsce, bo w USA dla każdego jest oczywiste, że gdy atakuje cię jakiś idiota, to też możesz mu ostro odpowiedzieć.

U nas w mediach zrobiło się jakoś strasznie poprawnie politycznie.

- Zgadzam się. A ja jestem normalnym człowiekiem i nie będę poprawny politycznie. Nie będę mówił, że ściana jest biała, chociaż jest czarna, bo tak akurat wypada. Jeśli mam chęć coś powiedzieć, to to robię. Nikt nigdy mi nie zarzuci, że mówię nieprawdę. Nie mam założonego filtra i mówię po prostu, jak jest.

NBA wymaga, ale też pomaga. Organizują wam tam różne szkolenia: dotyczące finansów, tego jak się zachowywać w mediach, ale też tego, jak radzić sobie z... trudnymi kobietami.

- Tak, te szkolenia to już część naszego życia. Podczas spotkań z psychologami, biznesmenami poruszamy wiele wątków dotyczących codziennego życia, inwestowania pieniędzy, a nawet relacji z kobietami. Nabieramy podczas nich samoświadomości, staramy się dowiedzieć, czego tak naprawdę oczekujemy od życia. Jest to o tyle istotne, że wielu zawodników, gdy kończy karierę sportową, zostaje z niczym - są bankrutami, nieszczęśliwymi osobami z szarganą reputacją, np. z powodu złego prowadzenia się. Zdarzały się sytuacje dosypywania narkotyków na imprezach, po czym nieprzytomny koszykarz był czyszczony z pieniędzy, kart kredytowych i biżuterii. Ale to jeszcze nic. Zdarzały się sytuacje, że aranżowano pewne zdarzenia: przy nieprzytomnym zawodniku kładziono np. mężczyznę i robiono zdjęcia. Potem ten zawodnik był szantażowany: albo kasa, albo fotki idą do kolorowej prasy. A przecież te chłopaki mają też żony, dzieci, rodziny. I właśnie przed takimi sytuacjami chronią nas szkolenia organizowane przez NBA.

Zetknąłeś się z czymś takim na własnej skórze?

- Mimo legend, a właściwie plotek, które krążą o mnie po Polsce, to nigdy takich sytuacji nie miałem i nie będę mieć. Wiesz dlaczego? Bo zadaję się z  mądrymi kobietami.

A jak je podrywasz? Czy to może już ten etap, że nie musisz się starać, bo to one zaczepiają ciebie?

- Podrywam oczywiście... intelektualnie! Choć to prawda, jest bardzo dużo kobiet, które same mnie zaczepiają, zarówno na co dzień, jak i przez social media. Nie mam z tym żadnego problemu, że to kobieta wychodzi z inicjatywą. Co nie oznacza, że każdej się uda mnie zainteresować. Bo szukam kobiety na całe życie, takiej, która spełni kilka warunków. Są rzeczy, które mnie w nich intrygują, i to sprawia, że bardzo selekcjonuję kobiety.

Jakie to warunki?

- Przede wszystkim to musi być Polka, bardzo inteligentna i zaradna. To musi być kobieta, która wie, co się dzieje dookoła niej. Zorganizowana, kumająca życie i rozsądna.

Czym ten rozsądek ma się przejawiać?

- Stać mnie na kupno helikoptera albo ogromnego jachtu. Ale czy taki zakup byłby rozsądny? Nie, bo koszty utrzymania są bardzo wysokie. Lepiej takie pieniądze zainwestować lub wydać po prostu na cele charytatywne. I ja właśnie chciałbym być z kobietą, która miałaby do tego takie samo rozsądne podejście. Z taką, która powie: stać nas na to, ale nie ma sensu tego kupować. Muszę przyznać, że to mnie bardzo kręci w kobiecie, gdy wie, że coś mogłaby mieć, ale tego nie chce, bo to niepotrzebne.

Czy ta jedyna musi spełniać jakieś wymogi dotyczące wyglądu?

- Uwielbiam kobiety z klasą.

Masz już potrzebę ustatkowania się, założenia rodziny?

- Tak, myślę, że nadszedł już ten etap w moim życiu, gdy chciałbym być z kobietą na stałe. Oczywiście nie jest tak, że trzęsą mi się na myśl o tym ręce, że przebieram nogami, że muszę już, natychmiast. Ale przyznam, że męczy mnie już trochę, gdy pytają, czy przyjdę na imprezę z osobą towarzyszącą, a ja ciągle odpowiadam: nie, nie i nie. Chcę mieć już taką osobę. To byłaby nowa wartość w moim życiu.

Wróćmy jeszcze do NBA i wątku profesjonalizmu w tej lidze. Zrezygnowałeś z gry w reprezentacji Polski. Czy naprawdę tylko ze względów zdrowotnych, czy jednak dlatego, że Polskiemu Związkowi Koszykówki daleko do amerykańskich standardów?

- Szczerze, jedno i drugie. Nie jestem już w stanie grać na dwóch frontach z pełnym zaangażowaniem. Zauważ, że w sezonie rozgrywam 100-120 meczów, a potem mam przyjeżdżać do Polski i być twarzą kadry, koniem marketingowym reprezentacji, a przy okazji użerać się jeszcze z rzeczami dziejącymi się wokół polskiej koszykówki.

O jakich rzeczach mówisz?

- W Polsce koszykówka nie ma takiego budżetu jak w innych krajach. Jesteśmy ostatni, nie tylko jeśli chodzi o dotowanie tego sportu, ale i o sponsorów. Koszykówka jest chyba nawet za golfem i curlingiem. Dlatego też przyszedł czas na decyzję, na to, żeby powiedzieć "dość". Nie ma też co ukrywać, że za moimi plecami pojawił się Przemek Karnowski, świetnie zapowiadający się center. I myślę, że to jemu trzeba udostępnić to miejsce, on musi grać. Niedopuszczalna jest sytuacja, że nagle przyjeżdża Gortat i zabiera mu miejsce. To jest dołujące dla zawodnika, i dlatego sądzę, że teraz przyszedł jego czas w kadrze.

Czy bez ciebie kadra koszykówki ma szanse na sukces?

- Nawet ze mną nie osiągnie dobrych wyników. Trzeba to głośno i szczerze przyznać, że jesteśmy dobrą reprezentacją, ale nie mamy pokolenia zawodników, którzy mogą powalczyć o naprawdę dobry wynik w Europie. Niestety nie. Dlatego też nastawiam się na NBA i mam nadzieję wywalczyć jeszcze jeden kontrakt.

Popytałem trochę basket freaków, o co chcieliby cię zapytać. Powtarzający się wątek to dominacja Warriorsów. Czy oni są tak mocni, że mogą na dekady zapanować w NBA, przez co rozgrywki staną się nieco przewidywalne i nudne?

- Tak będzie, tym bardziej że Stephen Kerry pewnie podpisze 3-4-letni kontrakt i zamiast zarabiać 30 mln rocznie, weźmie połowę mniej, będą pieniądze dla innych zawodników i ta ekipa będzie wygrywać przez dwa, trzy sezony. Choć też wydaje mi się, że potem ci grający za pół stawki w końcu powiedzą: fajnie, zdobywamy kolejne mistrzostwa, ale trzeba zacząć zarabiać pieniądze. I wtedy ten zespół się rozpadnie. A wtedy inne teamy zaczną tworzyć mocne ekipy, ściągając po trzy, cztery potężne gwiazdy żeby w końcu zdominować Warriorsów. Będzie więc kilka zespołów, które między sobą będą rywalizować, a reszta to będzie takie mięso armatnie.

A czy LeBron to już zjawisko na skalę Jordana?

- Jeszcze nie. Jest piekielnie dobry, ale moim zdaniem jedynym zawodnikiem, którego można porównać do Michaela Jordana, jest Kobe Bryant, choć lubię LeBrona.

Wspominałeś o Currym, który rzuca trójki z każdej pozycji. Jak się przeciwko niemu gra?

- Dosyć... łatwo, dopóki nie da mu się rzucać za trzy. On nie jest bardzo szybki, za to ma niesamowity handing. Jeden z najlepszych w NBA. Trzeba go bardzo wysoko kryć, twarzą w twarz, niemal położyć mu na niej rękę, a wtedy nie gra się łatwo. No, ale mówiąc całkiem serio: to jest niesamowity gracz.

Dwa nasze najlepsze produkty eksportowe z metką made in Poland to ty i Robert Lewandowski. Na temat zarobków "Lewego" plotkuje się na okrągło. A jak wyglądają finanse "polskiego młota"?

- Do dziś zarobiłem na koszykówce 97 milionów dolarów. I to na samej grze. Z kontraktów sponsorskich mogę dołożyć kilka kolejnych. Z roku na rok zarabiam coraz więcej, a to jest też potwierdzeniem tego, że jestem coraz lepszym zawodnikiem. Chciałbym podpisać jeszcze jeden kontrakt, który przebiłby poprzednie. Chciałbym kiedyś powiedzieć, że udało mi się zarobić w życiu 100 milionów dolarów (śmiech).

Dziwne, bo w rankingach najlepiej zarabiających sportowców nie ma cię na szczycie.

- Sytuacja z tymi rankingami jest dla mnie nieco śmieszna. Często nie wiadomo czym sugerowali się ludzie tworząc takie listy, ale nie zaprzątam tym sobie głowy. Nie zaglądam nikomu do portfela tylko robię swoje. Robert to świetny zawodnik, podobnie jak kilkoro innych polskich sportowców, którzy odnoszą ogromne sukcesy na arenie międzynarodowej. Zamiast skupiać się wyłącznie na naszych zarobkach może warto bardziej doceniać nasze pozasportowe działania, o których media już tak chętnie nie chcą pisać. Gdy dziś jakaś pani czyta kolorowy magazyn i widzi nazwisko Gortat, to ona wie, czy spotykam się z tą czy tamtą dziewczyną, ale kompletnie nie wie, czym się zajmuję. Nie zdaje sobie sprawy, że po sezonie, w którym gram ponad 100 meczów, przyjeżdżam do Polski i organizuję z moją fundacją campy dla dzieciaków, odwiedzamy weteranów wojennych i pomagamy rodzinom poległych żołnierzy. Myślę, że ma na to wpływ także fakt, że polska koszykówka jest zapominana. To poniekąd kwestia społecznego nastawienia: jak nie ma wyniku to w Polsce dana dyscyplina jest nieważna. Dopiero jak jest sukces, to wszyscy nagle są wiernymi kibicami. Ja teraz każde publiczne wystąpienie traktuję jako reanimowanie polskiej koszykówki. Bo swojej kariery nie muszę reanimować. Robię swoje a przy tym zarabiam pieniądze, o jakich nawet nie marzyłem będąc dzieciakiem.

Można się tym zachłysnąć.

- Te cyferki kiedyś mnie podniecały, ale te czasy minęły. Nauczyłem się już żyć z pieniędzmi. Wiem, że lepiej ich pilnować, bo one mogą cię zniszczyć. Mnie pieniądze zniszczyły. Jedyna nadzieja, że będę je miał do końca życia, bo inaczej mógłbym się już nie podnieść.

W jakim sensie cię zniszczyły?

- Choćby w takim, że nie liczę się z cenami. Że miewałem durne zachcianki. Miesięcznie zarabiam milion dolarów. Jestem w stanie kupić wszystko, i wierz mi, to może popsuć każdego człowieka. Był moment, że miałem osiem aut. Już je sprzedałem.

Ile masz teraz?

- Tu mam dwa i cztery w Stanach, z tym, że jedno mam jako ambasador Porsche. Mam pięć swoich, jednym z nich jeździ mój najbliższy przyjaciel, więc zostają cztery do mojej dyspozycji. Od tych aut, domów, mieszkań można stracić głowę. Dlatego tak ważne jest, żeby otoczyć się zaufanymi ludźmi, bez nich nie da się zbudować systemu, który nie pozwoli ci upaść.

Tobie udało się go zbudować?

- Tak, już dawno temu. Cały czas nad nim pracuję, żeby wszystko właściwie działało. Myślę, że mógłbym podpowiedzieć w tej kwestii wielu sportowcom, co powinni robić, żeby nie stracić zarobionych pieniędzy.

Masz 33 lata, a więc przed tobą pewnie jeszcze kilka sezonów, ale już raczej nie dekada gry...

- Ja nawet nie chciałbym grać jeszcze przez 10 lat.

Masz plan i wizję na to, co po skończonej karierze? Wspominałeś już o budowaniu swojej legendy.

- Tak, ale to dziedzictwo buduje się przez całe życie.

A mnie właśnie interesuje konkretnie: co będzie po karierze?

- Pierwszy krok po zakończeniu - na pewno zrobienie sobie totalnej laby, odpoczynku od wszystkiego. Nie będę się spinać, jasne, będę spokojnie sobie ćwiczyć, ale tylko dla utrzymania kondycji, dla zdrowia. Liczę, że do tego czasu będę już mieć własną rodzinę i chciałbym poświęcić się wychowywaniu dzieci. Chciałbym realizować marzenia z kobietą, która będzie u mojego boku. Oczywiście dalej będę pracować charytatywnie. Będę rozwijał swoją fundację i szkoły, które prowadzę. Chcę też dużo podróżować po świecie ze swoją własną drużyną, czyli rodziną 

Zobacz także
  • Robert Lewandowski Lewandowski: Kryzys męskości? To przecież dobrze, gdy facet o siebie dba
  • Kamil Grosicki Grosicki: Nie śpiewajcie już "Przez Twe Oczy"
  • - Zawsze byłem człowiekiem od zadań specjalnych. Michał Pazdan: Wiedziałem, że na Euro będzie grubo

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy