Najdziwniejsze zwyczaje z polskich korporacji (i nie tylko!)

10.10.2017 14:11
Nie ma wielkiej firmy, która nie ma swoich dziwacznych zwyczajów, swoich ekscentrycznych przepisów.

Nie ma wielkiej firmy, która nie ma swoich dziwacznych zwyczajów, swoich ekscentrycznych przepisów. (Fot. Shutterstock)

Są wszędzie. Nawet w WC nie jesteś do końca bezpieczny. Dziwne korporacyjne obsesje - bo o nich mowa - są niczym plemienne rytuały w korpodżungli. Albo się dostosujesz, albo zostaniesz złożony w ofierze korpobożkom.

Kuba, który dziś pracuje w dużej instytucji kulturalnej w Warszawie, wspomina swoje czasy w brytyjskiej korporacji z mieszaniną rozbawienia i - wciąż, po latach, osłupienia.

- Pamiętam szkolenia z moderowania "rozmowy" między klientem a... produktem. Nieożywionym - mówi. - Albo liczenie czasu, jaki wybrani pracownicy spędzali w toalecie. Na prośbę kierowniczki pracownicy donosili na siebie wzajemnie. Albo "ruletka wyjściowa", czyli przeszukiwanie przez ochronę co piątego wychodzącego pracownika. Ale nie trzeba, oczywiście, wyjeżdżać do ojczyzny Monty Pythona, żeby zanurzyć się w odmętach korpoabsurdów.

- U nas były audyty wyglądu biurek. Kontrole skrzętnie notujące, kto ile ma segregatorów, karteczek itp - mówi Kasia. - Trzy segregatory były jeszcze OK, cztery już nie. Więcej niż jedna karteczka na monitorze - źle. Albo szkolenia z poprawności językowej, prowadzone przez osobę, która nie znała zasad poprawnej pisowni i wmawiała nam, że na przykład "nie" z liczebnikami piszemy razem.

MODA CZY CHOROBA KORPORACJI?

Im dalej w korpo, tym gorzej. Nie ma wielkiej firmy, która nie ma swoich dziwacznych zwyczajów, swoich ekscentrycznych przepisów. Ale właściwie po co?

- Wydaje mi się, że ludzie mają pęd, żeby być dużą firmą, wdrażać rozwiązania, które nie są im potrzebne, ale robią wrażenie "zaawansowania" - mówi Rafał Ferber, autor popularnego fanpage'a "Mordor na Domaniewskiej" (przy tej ulicy w stolicy mieści się kilkanaście korporacji), który sam z korpoplemienia uciekł i założył agencję social media, ale dzięki fanpage'owi stale trzyma rękę na pulsie korpoabsurdu. - Na przykład firma, która ma 30 pracowników, wprowadza system komunikacji wewnętrznej, chociaż wszyscy siedzą w jednym biurze i łatwiej jest po prostu porozmawiać. Albo wieczne spotkania, pożerające dzień. "Wpadnij tu, podpowiedz coś" - na takich dupogodzinach tylko traci się dzień i efektywność.

Czasami to moda, naśladowanie czegoś popularnego: jak plaga "kreatywnych" pytań podczas rekrutacji, bo "przecież Google tak robi". Skutek? Dziennikarze proszeni o to, żeby złożyć papierowy samolocik i sprzedać go menedżerowi albo akcja "sprzedaj mi mój własny długopis". Od razu widzisz, że rekruter widział "Wilka z Wall Street" i się zainspirował, ale przysnął przed zakończeniem.

Czasami to rezultat chronicznej choroby korporacji: konsultantiozy. Setki doradców, specjalistów, ekspertów czy domorosłych coachów od siedmiu boleści krąży od firmy do firmy, sprzedając swoje ulubione pomysły bez względu na to, czy mają sens, czy nie. A mający potrzebę udowodnienia swojego profesjonalizmu szefowie je chętnie połykają. A nawet jeśli oferowane szkolenia naprawdę są na poziomie, problemy czasami idą z góry.

- Mój przyjaciel był kierownikiem średniego szczebla. Firma zaproponowała wszystkim szkolenie z zarządzania czasem - mówi Ferber. - Znajomy nauczył się przydatnych rzeczy, dobrze zarządzał czasem, ale kierownictwo było tak oporne, że chociaż on zawsze był przygotowany, to przełożeni byli wiecznie spóźnieni. Wydali kupę forsy na trenera, a sami to rozłożyli. Skutek był taki, że ludzie się frustrowali, że od nich się wymaga perfekcji, podczas gdy szefowie żyją w chaosie.

Wielu absurdom bywają winni sami pracownicy. Jeśli ktoś upycha na biurku resztki pizzy, które potem przywalone papierami gniją i zatruwają powietrze, prędzej czy później szefowi może pęknąć żyłka. Skutek to rozkaz: "czyste biurka od TERAZ!". A, przyznajmy, wielu naszych kolegów to wyjątkowe fleje.

- To zaskakujące, jak długo trzeba pisać kartki: "użyj szczotki po skorzystaniu z toalety" - mówi Ferber, do którego takie ogłoszenia spływają z Mordoru niemal codziennie. - Ludzie zarabiający więcej niż średnia, po studiach, są często na bakier z zasadami savoir-vivre'u.

"KORPORACJE NIE LUBIĄ, GDY KTOŚ ODSTAJE"

Ale jest jeszcze jeden powód, może najważniejszy.

Korporacje to, czy nam się podoba czy nie, coś więcej niż miejsca, do których przychodzimy zarobić pieniądze. To społeczności. My, homo sapiens, małpy z rodzaju naczelnych, jesteśmy, podobnie jak nasi krewniacy, wyjątkowo wyczuleni na relacje społeczne. Dziwne zwyczaje czy polecenia można traktować jako rodzaj rytuałów, które co prawda same w sobie nie mają znaczenia, ale właśnie przez swoją bezcelowość... scalają grupę.

Kiedyś, w prawdziwych plemionach, takie scalanie przybierało formę rytuałów inicjacyjnych. Tatuaży, kolczyków, przypalania czy wysyłania kandydata na głęboką pustynię. Dziś przechodzisz dziwaczną rekrutację, odwalasz praktykę za darmo, trzymasz się dress code'u czy dostajesz smycz z przejściówką. Ale rezultat jest ten sam. Jesteś "wewnątrz", jesteś częścią grupy, osobnej i, w domyśle, lepszej niż wszystko poza nią. Wierzysz w to, w co wierzą twoi koledzy, albo przynajmniej publicznie okazujesz szacunek totemom: targetom, miszon stejtmentom, procedurom. Jesteś swój.

- To widać w języku - mówi Ferber. - W tych wszystkich anglicyzmach w języku korposzczurów. Targety, deadline'y, ASAPY, fakapy - większość z tych sformułowań ma polskie odpowiedniki, ale posługiwanie się takim językiem "tajemnym" sprawia, że się oddzielamy od reszty społeczeństwa, pozycjonujemy się na to, że my jesteśmy fajni. Kiedyś była fura, skóra i komóra, a teraz służbowa karta kredytowa, identyfikator na badżu i korposlang, żeby jeszcze bardziej podkreślić przynależność.

To wszystko z perspektywy firmy ma sprawić, żebyś był bardziej lojalny i wydajny. Im bardziej związany czujesz się z zespołem, im bardziej widzisz w nim coś w rodzaju nieco dysfunkcyjnej rodziny, tym więcej poświęcisz dla firmy. Ale biada tym, którzy się nie dostosują. Nonkonformiści w typie Yossariana z "Paragrafu 22" w korpo mają ciężkie życie.

- Korporacje nie lubią, gdy ktoś odstaje, bo się trudno taką osobą zarządza - dodaje twórca "Mordoru". - Wszelkie odchyły są niemile widziane i pacyfikowane przez górę i współpracowników, bo jeśli ktoś się odważył wyłamać, to zaraz ktoś go przywróci do pionu. Zwłaszcza jak mamy wyścig szczurów. Wtedy zawsze któryś z kolegów cię podpierniczy.

DYSTANS, DYSTANS, DYSTANS

Więc jak przeżyć? Przede wszystkim: nie dać się wciągnąć. Bo jeśli dasz się wessać w plemienne gierki, koterie, spiski; jeśli naprawdę uwierzysz w to, co słyszysz na wszystkich korpoimprezach: "JESTEŚMY ZAJEBIŚCI", to może się okazać, że nie masz po co stamtąd wychodzić.

- Przede wszystkim mieć dystans, świadomość że korpo to miejsce, które może ci bardzo dużo dać, ale może też z ciebie wyciągnąć więcej, niż chcesz dać - mówi Ferber.

- Trzeba pamiętać, że jesteśmy komórką w Excelu i albo przynosimy dochód, albo generujemy straty. Czasem decyzje o naszym stanowisku mogą zapadać na innym kontynencie. Trzeba mieć dystans, nie angażować się emocjonalnie, znaleźć sobie coś poza pracą, nie popadając w pracoholizm. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, ale posiadanie hobby, uprawianie sportu, spędzanie świadomie czasu z rodziną, to naprawdę kwestia kluczowa. Bo oczywiście nie każdemu starczy odwagi do rzucenia bardzo wygodnego, pozłacanego korpoświata.

Aha, warto dodać, że nie wszystkie "dziwactwa" korporacyjne są złe. Kuba, który w brytyjskiej korpo żył z rewizjami, toaletowym donosicielstwem i był szkolony z dialogów z drukarką, wspomina, że sami pracownicy stworzyli swoje własne zwyczaje, które działały o wiele bardziej kojąco.

- Pamiętam, że codziennie część pracowników wychodziła na dach budynku śpiewać gospel - mówi. I nic dziwnego. Uciekać od rutyny i absurdów można na różne sposoby. W sumie trudno o lepszą ucieczkę z przyziemnego, banalnego korporacyjnego czyśćca niż muzyka.

ABSURDALNE KORPOZWYCZAJE ZZA GRANICY

Myślisz, że twoje korpozwyczaje są dziwne? To usiądź, bo są firmy które odjechały tak daleko, że z polskiego Mordoru nie widać ich nawet przez lunetę (i dobrze!).

1. Onebestway
Casual friday to pikuś. Dizajnerska firma Onebestway z Newcastle wprowadziła "nagi piątek". Sześcioro pracowników pojawiło się w pracy nago. Jedna z pracownic - w bieliźnie, jeden z pracowników ze strategicznie umieszczoną saszetką. Co prawda, nie zmieniło się to w cotygodniowy rytuał, ale i tak podobno "zaczęli ze sobą rozmawiać o wiele bardziej szczerze".

2. Disney World
Księżniczki w parkach rozrywki muszą znać na pamięć "swoje" filmy Disneya. Są kartkówki. Nie mogą też odmówić pozowania do selfie bez względu na to, jak obklejone lodami, czekoladą czy czymś gorszym jest dziecko. Ale i tak księżniczki miały łatwiej. Do 2001 r. ludzie przebrani za Goofy'ego mieli wspólną, firmową bieliznę.

3. Evernote
Zakaz dzwonienia. E-maile niemile widziane. Szef firmy robiącej apkowe notatniki wierzy w rozmowy twarzą w twarz. Jeśli masz coś do powiedzenia Ryśkowi z księgowości, nie obsmarowywuj go w e-mailu, tylko idź porozmawiać z nim osobiście.

4. Zappos
Amerykański internetowy gigant obuwniczy zapłaci ci, żebyś sobie poszedł. Przez pierwszy miesiąc nowi pracownicy mają tylko jedno zadanie: odbieranie setek, tysięcy telefonów. Po miesiącu, jeśli nie "czują" firmy, mogą sobie pójść, a HR wypłaci im na pożegnanie 3 tysiące dolarów. Ba, pracownicy są zachęcani do tego, żeby sobie pójść. Jeśli nie pójdziesz na łatwą kasę - witamy w klubie. Jeśli tak - sorry, te drzwi otwierają się tylko raz.

ZOBACZ WIDEO

Komentarze (52)
Najdziwniejsze zwyczaje z polskich korporacji (i nie tylko!)
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    zigzaur

    Oceniono 37 razy 35

    Kawał stary ale go przypomnę:
    W Mordorze jeden pracownik o 16:00 pakuje się i zbiera się do domu. Koledzy dziwią się:
    - Tak nie awansujesz albo może nawet cię zwolnią. U nas siedzi się co najmniej do 20:00 a zresztą korki wtedy mniejsze.
    - Ale ja jestem na urlopie!

  • avatar

    Gość: K.

    Oceniono 26 razy 14

    Ten artykuł to jakieś pierdoły. Pracuję w Glaxo w Poznaniu, duże korpo.
    Przychodzę do pracy o 8 rano, zaczynam pracę, pracuję. Kończę o 16:00, 16:30 i wychodzę.
    Ludzie mili, uśmiechnięci, brak głupich zwyczajów opisanych w artykule. Owszem, często używamy "fakap" "dedlajn" czy "kol" bo tak jest łatwiej ale raz: tak jest łatwiej; dwa: każdy wie że to kalki z angielskiego i mamy z tego bekę. I tyle. Pozdrawiam! :-)

  • avatar

    Gość: mundek

    Oceniono 25 razy 13

    W Korporacji zawsze robie przez godzinę kupę. Po roku wiem, że zapłacone mam za miesiąc robienia kupy. W PIT takiej pozycji nie ma. HaHaHa

  • avatar

    Gość: zeja

    Oceniono 11 razy 11

    No dobra, ale pamiętajcie, że fanpage Mordor na Domaniewskiej, książki traktujące o tematyce korpo i towarzyskie opowieści o pracy tamże, mają pewną wspólną cechę: gromadzą i wyciągają na pierwszy plan różne skrajne sytuacje. A one stanowią tylko jakiś ułamek korporacyjnej codzienności. Reszta to po prostu zwykła robota, o której nikt nie chciałby czytać. Obiektywnie przedstawiona rzeczywistość byłaby raczej zbyt nudna. Być może praca w korpo jest wciąż jakimś synonimem życiowego sukcesu i jednocześnie czymś nadal relatywnie nowym dla polskiego społeczeństwa, stąd rozumiem, że obrasta to mitami, ale pamiętajcie: to są tylko mity. Owszem, jest specyficzny język, są różne, nietypowe dla innych miejsc zachowania, ale to jest po prostu "klimat" tego rodzaju pracy. Każda praca jakiś ma. Korpo nie jest jakimś równoległym wszechświatem, w którym plemiona pół-robotów uprawiają czarną magię. Są owszem jednostki szczególne, absolutnie i wręcz demonstracyjnie zauroczone korpo, ale takie zachowania to raczej specyfika ludzi o niskim poczuciu własnej wartości, którzy chcą błyszczeć wśród znajomych, opowiadając im jakiego to niezwykłego świata liznęli na Mordorze. Po 9 latach mogę wam szczerze powiedzieć: niezwykłe, to tu są co najwyżej korki. Jeżeli coś niepokojącego można rzeczywiście wskazać, to sytuacje gdy tacy zachłyśnięci wyimaginowaną filozofią korpo trafiają na nieodpowiednie dla nich stanowiska: np coachów/trenerów/szkoleniowców/zwał-jak-zwał. To faktycznie może być irytujące, kiedy taki kretyn przeczyta pół książki o efektywności osobistej i później każe pracownikom segregować ikony na pulpicie według czegośtam. Czasem można zwątpić w sens życia, gdy się pomyśli, że ci ludzie dostają za to co miesiąc pieniądze. Ale to utrapienie raczej dla nowicjuszy. Trzeba przeczekać. Jakby nie było, możliwość odesłania kogoś do diabła to przywilej, na który trzeba zasłużyć. Przy okazji: całkiem niezłym miernikiem twojej pozycji w firmie może być to, ilu pracujących w niej ludzi możesz spokojnie olać.

  • Łukasz Więcławski

    Oceniono 13 razy 11

    Akurat z Evernote wypada się zgodzić, chociaż możliwość rozmowy przez telefon bym zostawił :)

  • avatar

    Gość: INFOSYS ŁÓDŹ

    Oceniono 12 razy 8

    Jestem Zwycięzcą !
    Rządzę !
    Sam rządzę !
    Jestem diamentem !
    Jestem ponad wami !

  • avatar

    Gość: Papa_Swin

    Oceniono 9 razy 7

    "3. Evernote
    Zakaz dzwonienia. E-maile niemile widziane. Szef firmy robiącej apkowe notatniki wierzy w rozmowy twarzą w twarz. Jeśli masz coś do powiedzenia Ryśkowi z księgowości, nie obsmarowywuj go w e-mailu, tylko idź porozmawiać z nim osobiście."

    No to akurat jest zupełnie ... ludzkie.

  • avatar

    dalacin4

    Oceniono 6 razy 6

    ten Kuba to co tam robił w korpo na wyspach?, rewizje to ja pamiętam z dorabiania w magazynie H&M pod Poznaniem w trakcie studiów; moje korpo w Anglii było najlepszym miejscem pracy jakie miałem; żadne z powyższych głupot nie miały tam miejsca, może poza christmas jumper day (który drużyny operacyjne i tak co roku olewały, tylko marketing i serwis klienta się w tym lansował), rozmowa kwalifikacyjna to był test z logiki i języka sql, poza tym rozmowa z moim przyszłym line manager zeszła na punk rocka o którym rozmawialiśmy ponad godzinę (już wiedziałem, że to jest to miejsce), nie zawiodłem się, fantastyczni ludzie z niestandardowym podejściem do życia, żadnych przebieranek i innych głupot, z eventów to był tylko "beer fridge friday" - gdzie w każdy piątek po lunchu otwierano lodówkę z piwem i można było zrobić sobie przedbiegi przed piątkową nocą :); gdyby moja partnerka nie uparła się na powrót do przenajświętszej wolski gdzie co "menajgier" to mądrzejszy, to w życiu nie zostawiłbym tamtej pracy; ps."jeździłem tam też w delegacje i na szkolenia po innych firmach, i odniosłem wrażenie, że wszędzie tam taki klimat, więc się zastanawiam co to za korpo Kuby było?; taki klimat to tylko w korpo w wolsce, gdzie ciężko o kulturę pracy, wolacy nawet to co przywiozą z cywilizowanego kraju potrafią tylko w zaściankowy grajdół zamienić"

  • avatar

    Gość: Papa_Swin

    Oceniono 5 razy 5

    "Peter, mógłbyś opisać nam swój zwyczajny dzień pracy?"
    "OK. Zwykle spóźniam się co najmniej 15 minut, wchodzę bocznymi drzwiami żeby Lumbergh mnie nie widział, potem marzę sobie przez jakąś godzinę, tzn gapię się w biurko - wydaje się że pracuję. Robię to też przez godzinę po lunchu. W tygodniu pracuję tak naprawdę przez 15 minut. Nie jestem leniwy, po prostu nie mam motywacji."

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy