Filip Chajzer: Wyjmijcie kije z tyłków!

27.10.2017 12:17
Filip Chajzer jest dziwny. Pracuje w bezbożnym TVN, a pomaga powstańcom. Rządzi na wizji, ale nie ma przy tym jednocześnie kija w tyłku. Oto rozmowa z tym dziwnym człowiekiem: o byciu zabawnym, vizirze i fetyszyzmie gadżeciarza.

MIESZKAĆ JAK CHAJZER

Rafał Madajczak: Myślałem, że gdzieś tutaj mieszkasz. No wiesz, człowiek sukcesu, nowe mieszkanie.

Filip Chajzer: Mieszkam tutaj, na 60m2. Zapewniam, nie jest to penthouse z dżakuzą na tarasie i własną windą, jak zapewne większość wyobraża sobie mieszkanie pracownika topowej telewizji.

Ale Wilanów...

- Moi rodzice mieszkają w Powsinie, to blisko, stąd wybór Wilanowa, ja bardzo lubię Wilanów i wcale nie uważam, że jest to miejsce dla nowobogackich bufonów czy buraków, a wiem, że taką bekę kręcisz z nas w ASZ Dzienniku. To jest miejsce, gdzie możesz wyjść sobie w szlafroku rano po bułki, a potem po kawę, wszystko jest pod ręką, no i jest ładnie.

Czyli miejsce dla bufonów.

- Dlaczego?

Bo chodzą w jedwabnych szlafrokach.

- Mój jest frotte, dostałem od mamy na urodziny. Po Pradze ludzie też chodzą w szlafrokach i nie jest to jakieś faux pas.

Ja mieszkam na Woli...

- To niebezpieczna dzielnica (śmiech). A ja lubię ten lemingowy Wilanów, choć się z niego wyprowadzam w listopadzie.

Czy to naturalne stadium rozwoju gwiazdy TVN, że musisz się gdzieś wyprowadzić?

- Mogę powiedzieć tylko jedno. Spier... (śmiech).

Czy to jest dom w lesie, gdzie zawsze chciałeś...

- Szufladkujesz mnie i to są gówniane stereotypy (śmiech). Ludzie, którzy nie pracują w TVN-ie, też sobie budują domy w lesie.

Czyli dom w lesie. Trafiłem.

- Przy sosnach. Ale to był rachunek ekonomiczny. Chciałem kupić większe mieszkanie w tym samym bloku, co mieszkam. Mam tu kilka miejsc parkingowych, trafiło się kilka okazji, więc trochę było mi ich szkoda, bo mam co na nich trzymać.

Mam wizję, że siedzisz w oknie na wyłożonej poduszce i tylko wypatrujesz: o, zwolniło się miejsce parkingowe, więc od razu je zaklepujesz, rzucając jakąś część garderoby.

- Nie, to wszystko jest w podziemiach.

Ale metraż twoich miejsc parkingowych przekracza już metraż twojego mieszkania.

- Właśnie, dlatego marzyło mi się, żeby kupić większe mieszkanie. Zresztą, biorąc pod uwagę nowe okoliczności muszę.

Ja mam 47.

- Ale nie jesteś gwiazdą TVN-u (śmiech). No więc ja znalazłem sobie idealne mieszkanie. Trochę ponad 100 m, w tym samym bloku.

Na pewno z dodatkowym miejscem parkingowym.

- Właśnie! Ale państwo zażyczyli sobie 2,5 mln.

Aaaaaaaaaaaa...

- Dokładnie tak zareagowałem. I zacząłem się rozglądać, ale ceny były astronomiczne, a po ojcu nauczyłem się szanować każdą złotówkę, więc wyszło, że tańszy będzie dom z działką.

Przepraszam cię za ten wątek mieszkaniowy, ale tak siedzimy na tym Wilanowie przy kawie...

- Wiem, dla człowieka z Woli to może być szok, że można spokojnie pić kawę i nie dostać cegłą.

SKĄD WZIĄŁ SIĘ FILIP CHAJZER?

Zanim naprawdę zaczniemy tę rozmowę, muszę zadać najbardziej nurtujące mnie pytanie: czy twój ojciec prał w tym vizirze. Mieliście tyle vizirów, ile Pablo Escobar kokainy.

- To plotki i legendy. Nigdy w życiu nie było w domu więcej niż trzech paczek viziru.

Takich siedmiokilogramowych.

- Ale faktem jest, że mama zawsze na zakupach wybierała vizir, bo ojciec ją przestraszył, że w kontrakcie jest zapisane, że jak kupi pollenę czy inny antyvizirowy wynalazek, to cały kontakt będzie zagrożony i do dziś mama kupuje tylko jeden proszek (uśmiech). W ogóle ja się nie znam na proszkach. Raz poszedłem po proszek, wróciłem z płynem do płukania i nie uniosłem tego psychicznie.

Ja się przyznam, że przez lata prałem ręcznie w płynie do płukania, bo ładniej pachniał...

- Ale co z tego, skoro wywieszałeś to potem w wolskiej zastęchłej piwnicy (śmiech).

Filip, czym ty się właściwie zajmujesz?

- Ciężko pracuję... albo inaczej, dużo. Ciężko pracuje górnik, lekarz, policjant, nauczyciel. Ja z pasji i ciekawości świata uczyniłem swój zawód, dobrze się bawię i tak mi się poszczęściło, że mi za to płacą.

A propos bawienia się. Ludzie w rozrywce dzielą się z grubsza na dwie grupy: ludzi autentycznie pozytywnych i głupich chujów, którzy przez żarty mszczą się na świecie za to, że się na nich nie poznał.

- Wszystko zależy od nastroju. Jak wstanę na śmiesznie, to jest na śmiesznie, jak wstanę na smutno, to jest smutno, a jak wstanę refleksyjnie, to mnie nachodzi na taki materiał, żeby dać ludziom do myślenia.

Jak ten społeczny "Ile to jest dużo pieniędzy", kiedy zapytałeś Polaków, na ile wyceniają bogactwo?

- Właśnie, dokładnie to. Nie wszystkie te materiały to robienie sobie jaj. Czasem znaczą coś więcej.

A nie przeszkadza ci rola "etatowego śmieszka". Trudno być zabawnym 24/7?

- Jeśli ktoś idąc ulicą, nagle na mój widok zaczyna wentylować pełną gamę uzębienia, to się tylko z tego cieszę i też się szczerzę. To fajne, kiedy wywołujesz takie reakcje. Zresztą ja się nigdy nie zmuszam. Jak coś mnie bawi, to autentycznie bawi, jak wnerwia, to też to widać, nigdy nie szukam emocji na siłę. Ostatnio na stole był temat wideo z nocy poślubnej. Nie poczułem chemii i nie zrobiłem.

A nakręciłbyś takie video?

- Nie. Ja prosty chłopak jestem, bez udziwnień. Jakieś "chińskie osiem" na scheisse video. To nie dla mnie.

W tobie nie ma w ogóle celebryctwa. Nie ma cię na ściankach, nie ma cię na okładkach, prezentacjach nowego kremu do stóp...

- To by się akurat przydało.

A, rozumiem, zbierasz na dom.

- Nie, mówię o kremie do stóp, zrogowaciała pięta to nic dobrego.

Wracając do celebryctwa. Wiele osób uważa, że to część pracy. Ty nie.

- Tak jest, jeśli taki jest twój model biznesowy. Stanie na tych ściankach to nie jest nic przyjemnego. Raz przechodziłem obok, to widziałem.

Ja raz widziałem z bliska ściankę trzecioligowych celebrytów. Takiej okręgówki...

- Wydaje mi się, że to nie jest przyjemne. Przyjemnie to jest usiąść przy łyskaczu z kumplami, pójść do lasu z psem albo pobawić się z dzieckiem na placu zabaw. Sterczenie jak smutny pędzel na takiej imprezie nie bardzo, wciąganie brzucha, to miażdży te jelita, potem zaparcie, stary... Ale taki jest biznes: pojawiasz się na ściance, jesteś w portalach, potem w gazecie, to już elita, a dzięki temu dostajesz rolę w serialu, a dzięki temu masz kontrakty reklamowe. Na całe szczęście nie muszę tego robić.

Czyli trzeba pokazać się na ściance.

- Jak widzisz, nie zawsze.

Ale faceci nie mogą właściwie niczego pokazać. To byłby już skandal.

- W ogóle faceci mają trudniej. Porównaj sobie fanów na Instagramie.

Rzeczywiście, dużo gwiazd kobiecych robi taką pozę tyłkiem. Taki dziubek tyłkiem, i to wystarczy.

- Mnie rozwaliło coś, co się nazywa mirror selfie. Po to kupujesz puste pudełka po butach Louis Vuitton za 500 zł, żeby one się odbijały w lustrze, gdy robisz sobie selfie. Nikt ci nie sprawdzi, czy coś jest tam w środku. Gdy eks-Wodzianka wystawiła pudełka na Allegro, rozeszły się wszystkie. Właśnie do mirror selfie. Status społeczny level up. I teraz wytłumacz to emerytkom, które muszą przeżyć od emerytury do emerytury. I często te historie dzielą dwa bloki w tym mieście.

FILIP I DOBRY

Właśnie. Skąd u ciebie jest pozytywna jazda na pomaganie staruszkom? Nieważne, czy to bohaterowie powstania czy bohaterka, która kupuje leki, a z tego, co zostaje, oddaje część bardziej potrzebującym?

- Zupełnie o nich zapomnieliśmy, a to jest nasze dziedzictwo, ludzie, którzy budowali ten kraj, nieważne, w jakich czasach przyszło im żyć. To dzięki nim mamy teraz ciągle fajną do życia Polskę, mimo że politycy codziennie urządzają tu Sajgon. A może tam ich miejsce?

Nie możemy tego zrobić Wietnamowi. Macie tu 40 proc. poparcia, rozwalcie to w dwa tygodnie. Ale wróćmy do prawdziwych bohaterów.

- Państwo i ludzie o nich zapomnieli. Mamy fantastyczny program 500+, ludzie, których spotkałem nad morzem, są super uśmiechnięci, cieszą się, dzieciaki jedzą lody, grają na swoich smartfonach. Nigdy w życiu nikt czegoś takiego nie dał polskiej rodzinie. Natomiast jak na razie zapominamy o starszych ludziach. Oni nie przepieprzyliby tego na głupoty. To jest też świetna historia z powstańcami, gdy dział socjalny organizacji, z którą współpracuję, dzwoni do nich i pyta, ile mają pieniędzy i czy potrzebna jest im pomoc, to oni mówią zawsze: jeśli zapłacę już wodę, czynsz i leki, to mam na miesiąc 400 zł. I często dochodzi zdanie "Ale mnie to wystarczy, na pewno są tacy, którzy potrzebują bardziej. 50 powstańców należących do światowego związku żołnierzy AK odmówiło przyjęcia pomocy, bo uznali, że innym potrzeba bardziej!

Kiedy to pomaganie ci się zaczęło?

- To było po jakimś mocnym internetowym hejcie, tak po rodzinie, po wszystkim, i pamiętam, że wpadłem w małą depresję. I w setkach wiadomości, jakie wtedy dostałem, był e-mail od mamy dziewczynki, która jest niewidoma, ale strasznie chciałaby, żebym jej poczytał książkę. Wsiadłem w samolot, poleciałem do Rzeszowa i przeczytałem jej tę książkę. "Mikołajka", najlepszą książkę mojego dzieciństwa... I tak mi to dobrze zrobiło, że zapomniałem o tym całym bagnie, wtedy postanowiłem: trzeba to robić częściej. Sprawianie dobra uzależnia.

Czyli to nie było tak, że byłeś samym dobrem od dziecka. Że jako trzylatek ratowałeś biedronki.

- Nie ratowałem, urywałem chrabąszczom skrzydła.

A potem wydarzyła się historia z powstaniem.

- Jak jesteś warszawiakiem od kilku pokoleń...

To nie ja. Ja się wżeniłem dopiero w taką rodzinę.

- Fajnie, że się udało (śmiech). Ja mam Warszawę we krwi, idziesz po tych ulicach i czujesz, że ta historia, ta przelana krew ciągle tutaj pulsuje. Zawsze uczestniczyłem we wszystkich uroczystościach, ten etos jest mi bliski. Przeczytałem rok temu na wakacjach historię pani, która napisała list do Stoenu. To była uczestniczka Powstania Warszawskiego. Bardzo prosiła w nim o umorzenie tysiąca złotych długu... Pomyślałem sobie, że tak nie może być, to ludzie, którzy przelewali krew za naszą ojczyznę, za demokrację. Spontanicznie napisałem posta na Facebooku. Zajęło mi to jakieś dwie minuty. Zebraliśmy 300 tys. zł. W tym roku powtórzyłem akcję... jest o milion więcej.

Jesteś jednoosobowym ministerstwem dobra. Filip I Dobry.

- To ministerstwo dobra codziennie objawia się na moim e-mailu. Codziennie dostaję kilkadziesiąt e-maili. Kojarzysz taką scenę z "Bruce'a Wszechmogącego"? On siedzi i próbuje wszystkim odpisać.

Nie przytłacza cię to?

- Tu podchodzę zdroworozsądkowo: rób, ile możesz, ale nie zbawisz całego świata. Bez szans. Oczywiście zdarzają się też e-maile pt. "Popłynąłem w kasynie, Filipie, czy przelejesz mi 10 tys. zł".

A nie chciałeś tego sformalizować? FilipChajzer.org?

- Ale wtedy musiałbym zrezygnować ze wszystkiego, a uwielbiam swoją pracę. Urodziłem się robić to, co robię.

Wytłumacz, co robisz.

- Maluję świat na swój telewizyjny sposób.

Filip Chajzer
Fot. Michał Mutor

PANIE CHAJZER, BĘDZIEMY NAPIERDALAĆ KAMIENIAMI

Jak to u ciebie jest, skąd bierzesz tematy? To jakieś wkurzenie, emocje, czy wychodzisz na świat i naiwnie się zachwycasz, widząc od razu 100 tematów? Że na każdym rogu jest historia.

- Ale kurde, tak jest. Wiem, że to brzmi jak gówno, jak tekst dla studentów pierwszego roku, ale niestety dokładnie tak jest. Ja z wycieczki rowerowej wracam z czterema tematami, które już sobie układam w głowie, o połowie zapominam, ale resztę realizuję.

A jak tak przeglądam twoje materiały, nie ma tam hard tematów, nie ma ONR-owców...

- Chodziłem, Panie, jak ja chodziłem! Ale już ten etap mam za sobą. Chodziłem na 11 listopada, próbowałem zrozumieć jednych, drugich, biegałem między cegłówkami. Te wszystkie hardcory mam za sobą. Kiedyś była ładna sytuacja. Stoję z tymi narodowcami i naprzeciwko policjanci. I jeden z narodowców mówi: panie Chajzer, proszę się odsunąć, będziemy napierdalać kamieniami (śmiech). To był ostatni marsz, na którym byłem bez kasku.

A jak ludzie reagują dziś na TVN?

- Ostatnio euforycznie. Przed 2015 r. często słyszałem za plecami: reżimowa telewizja. A teraz ludzie podchodzą jak do Radia Wolna Europa. Jakie to wszystko jest względne...

Kiedyś, zapytany o zawodową przyszłość, odpowiedziałeś, że chciałbyś wieczorem i na żywo.

- Może bym i chciał...

Bo jesteś w tym "Dzień Dobry"... 

- Uwielbiam "Dzień Dobry", mam tu pełną dowolność w wyborze tematów, poza tym mogę zająć się dosłownie wszystkim, bo ludzie rano są bardzo ciekawi świata, ale ranek ma też swoje ograniczenia. Brzydkich słów raczej nie używamy, a czasem pokusa jest.

Jest jeden program na żywo i wieczorem, który ciągle szuka ludzi. To "Wiadomości" TVP.

- Nie, dzięki.

A oglądasz to czasem?

- Pewnie, że oglądam. Schemat zawsze ten sam - Petru, Schetyna, sukces gospodarczy, Petru, Schetyna, sukces gospodarczy, Petru. Taka tępa siekiera, nie jest to żaden skalpel. Zero finezji.

Jak w starych bijatykach. Był jeden przycisk na wszystkie ciosy.

- Tak, była taka gra "Franko", pamiętasz?

Co to za pytanie. Oczywiście!

- Sceneria była z Gdańska, z tego, co pamiętam.

Ale co byś chciał wieczorami w telewizji robić?

- Mam swoje marzenia, ale wolałbym o nich rozmawiać z dyrektorem Miszczakiem. A propos telewizyjnych marzeń. Mój ojciec, jak malował pokoje w Niemczech w latach 80., oglądał sobie tam telewizję. I tam leciał program. Wiesz jaki? "Idź na całość". I on w tej czapeczce malarza ściennego ogląda sobie program i sobie myśli, ale to jest fajne, jak ja bym chciał kiedyś coś takiego poprowadzić. I masz.

Ja cię widzę trochę inaczej. Zobacz, serwisy informacyjne, nieważne, czy reżimowe czy nie, prowadzone są z kijem w tyłku, tam jest używany język, którym nikt nie mówi. A tu wjeżdżasz ty, ze swoją narracją i nerwem.

- Nie wiem, czy nie pokładasz za dużo nadziei we mnie, ale to jest właśnie late night show: sprzedanie poważnego newsa w sposób najbardziej bliski człowiekowi, bo mówiący jego językiem. Kropka.

I stąd te "fucki" na wizji. Pytanie, czy polska telewizji dojrzała do rzucania "kurwami" na antenie. U Colberta to brzmi. A u nas?

- To wszystko zależy od klimatu i potrzeby. Ale ludzie klną. Klną cały czas.

Nawet ci, co potem udają tych z kijem w tyłku.

- A weź sobie obejrzyj "Na Wspólnej" albo "Klan". Ile by to uroku dodało. "Bożenka, kurwa! Ale zjebałaś" (śmiech). A misja wyciągania Maćka z łazienki? Wyobrażasz sobie, żeby się to odbyło bez jednego "ja pierdolę?". No jak?

I dlatego, jak mi się wydaje, tak trudno ogląda się dzisiaj telewizję. To sztuczny świat. A ty oglądasz?

- Oglądam. Mam ogromny telewizor.

Filip Chajzer
Fot. Michał Mutor

DZIEŃ DOBRY FETYSZE

To też moje marzenie, ale mamy za małe mieszkanie.

- Przestań. Nie ma za małych mieszkań, co prawda mój telewizor na mojej ścianie w wygląda irracjonalnie...

Ile ma cali?

- Prawie 70. Wzięliśmy go na raty 0 procent. Ludzie mają takie irracjonalne marzenia z dupy. To było moje. A potem ktoś mi powiedział, że są rzutniki. Ale każdy głupi może mieć rzutnik, a nie każdy głupi potrafi wnieść na piętro 70-calowy telewizor (śmiech).

A jak przekonałeś partnerkę?

- To był też jej pomysł. Wzięliśmy ten kredyt na spółkę.

A, to wiąże. Tak na 30 lat. Jesteśmy przy gadżetach, co masz jeszcze gadżetowego? Te samochody?

- Lubię samochody.

Niemieckie?

- Również, ale mam też polski.

I co ty z nimi robisz? Jesteś fetyszystą wchodzącym do środka, żeby wąchać zapach vintage'owej skóry?

- Mam poloneza, bo lubię mieć poloneza. Z gumowym zderzakiem. Bo jest prawdziwy. Tacy byliśmy, takie było nasze dzieciństwo. Wyobraź sobie, że ten polonez pachnie w 2017 r. jak polonez z 1989, kiedy jechaliśmy z rodzicami nad morze. To jest ten sam zapach.

Zapach czarnej, nagrzanej dermy?

- Zupełnie jakbyś tam wsiadł.

Co masz jeszcze?

- Mustanga.

Takiego jak Jason Priestley w "Beverly Hills 90210"?

- Prawie. Przejażdżka po Warszawie w letni wieczór z otwartym dachem to jest feeria zapachów, barw, klimatu tego miasta. Uwielbiam.

A nie niszczy ci to słynnej Chajzerowej grzywki?

- Stary, ona jest tak osprejowana, że mógłbym 10 razy założyć i zdjąć czapkę i nic by się z nią nie stało (śmiech).

Co tam jeszcze stoi?

- Stoi motor, jeden taki bardziej terenowy, bo fajnie jest się uwalać błotem...

Ale jakieś enduro czy tatusiowata honda transalp, która byłaby też moim pierwszym wyborem?

- (Śmiech) Honda Africa. Byłeś blisko, ale idzie w teren. Jest też chopper, Indian roadmaster. Wiesz, że przed wojną indiany były produkowane w Polsce, pod Toruniem. Polska policja jeździła na indianach przed wojną.

A skąd ci się wzięły te samochody?

- Ja lubię wszystko, co ma silnik i jeździ. Nie potrafię tego wytłumaczyć.

Ale z tego, co mówisz, jesteś raczej fetyszystą, który woli delikatny powiew wiatru przy przepisowej prędkości niż palenie gum na parkingach pod marketami.

- Absolutnie. Jestem fetyszystą slow life, jeśli chodzi o motoryzację, czyli ma mi to sprawiać przyjemność, a nie jakieś emocje na granicy samobójstwa.

Ale na pewno jako gwiazda TVN siedziałeś w nowoczesnych samochodach. Nie ma żadnego z nich w twoim katalogu. Nie ma jakiejś superhybrydy.

- Ale mam superdiesla. Moim pierwszy motoryzacyjnym wyborem, poza fetyszami, był zawsze volkswagen. Tak żeby wsiąść i normalnie dojechać do pracy.

TDI?

- Oczywiście! "TDI, marzenie całej wsi".

A miałeś takiego z bakiem sto litrów do szmuglowania paliwa z Kaliningradu?

- Stary, ile tam wchodzi w te baki, to się w pale nie mieści. Nie musisz co trzy dni jechać na stację. A jak pojedziesz za granicę to i zarobisz, gdy będzie trzeba. Miałem trzy passaty, ale na starość liczy się wygodne wsiadanie. To trzeba docenić. Stąd nieco wyższy tiguan.

Ale nie brudzą ci się nogawki od wysokich progów?

- Nie, nigdy, ale jak o tym wspomniałeś, to zaczną.

Kiedyś ujawniłeś, że lubisz grać w FIF-ę na Playstation. Jesteś konsolowcem?

- Jestem ortodoksyjnym graczem pecetowym. Nienawidzę padów. Celowanie z pada jest dla nienormalnych ludzi. Dlaczego nikt nie wymyślił prawilnej myszki do konsoli? Jedyna gra, która podchodzi mi na konsoli, to "FIFA", bo to sterowanie ogarnąłem i jest megasocjalna.

A co masz na tym pececie?

- Wszystkie "Battlefieldy".

Battlefieldowiec! Super. Mój pierwszy to była dwójka.

- O, świetny był.

I ostatni, gdzie można było grać siłami Bliskiego Wschodu. Dumna Koalicja Środkowowschodnia. I nie terroryści, tylko Irakijczycy, Saudowie, normalne wojska.

- Właśnie, Amerykanie, Chińczycy i Bliski Wschód! Ale ja mam własny pomysł na grę. Jak bym miał 10 milionów, to bym to wydał.

Dajesz.

- Wymyśliłem, że oddział GROM-u walczący w Iraku czy Afganistanie trafia przez gwiezdny portal do 1944 r., do Warszawy. Świat by oszalał. Nie zagrałbyś?

Pewnie, że bym zagrał.

- To jest tak uniwersalne. Nowoczesny oddział z superuzbrojeniem, te lasery, te RPG i stajesz naprzeciwko kilkudziesięciu tysięcy Niemców wyposażonych w mauzery. Miażdży łeb.

Tylko nie trafiłaby do sprzedaży w  Niemczech. No, może, gdyby zamiast Niemców była Koalicja Pólnocno-Pruska.

- Nie, nie, ja zawsze jestem za nazywaniem rzeczy po imieniu. Niemcy to Niemcy.

No dobrze, ale kiedy ty w ogóle grasz? Masz na to czas?

- W nocy, najdłużej schodzi z "SimCity". Do dzisiaj mi to zostało.

Zawsze wykładałem się na kładzeniu linii metra. Nie potrafiłem tego zrobić. Moje miasta miały wszystkie możliwe awarie.

- A "Need for Speedy"? Pierwsze były genialne. Trasa "autobahn" w porsche 911...

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Filip Chajzer: Wyjmijcie kije z tyłków!
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy