Michał Kempa: Nienawidzę kawałów. Wolę anegdoty

03.11.2017 16:00
- Ksiądz mi na religii kiedyś powiedział, że jak tak sobie czasem "kurwą" rzucę, to dobrze, bo złość rozładuję... - jeden z najpopularniejszych polskich komików rozmawiał z nami o poczuciu humoru, swoim i rodaków. I o tym, że polski stand-up to wciąż raczej ławka pod blokiem niż na uniwersytecie.

Alek Hudzik: Pojawiłeś się na scenie, kreując postać antyśmieszną. Czy to dlatego, że już na wstępie byłeś zmęczony tym polskim kabaretem, kiepskim humorem?

Michał Kempa: Szczerze mówiąc, bardziej mnie wkurzał polski stand-up - dopiero raczkował. Na każdym przesłuchaniu ludzie mówili to samo, żarty zaczynały się od: "Ej, a macie tak, że...?", dalej narzekanie na rzeczywistość, trochę taniej publicystyki. Ledwo się wszystko zaczęło, a już formuła była powtarzalna i nie miała specjalnej jakości. Chciałem się jakoś odróżnić, a poza tym taki nieśmieszny i wystraszony człowiek to wygodna postać dla debiutanta. Nie wymyślałem jej miesiącami. Gdy stanąłem pierwszy raz na scenie, ucieczka w postać nieśmiałą była dość naturalna.

To teraz o tym, co cię śmieszyło w dzieciństwie.

- Dość szybko zacząłem oglądać komedie, miałem takiego pana od kaset wideo, pożyczałem filmy z kategorii "kino amerykańskie, familijne". Zazwyczaj z aktorami, którzy grali łącznie w jednym, może dwóch filmach, jeden był gruby, a drugi chudy. Albo grali w nich Leslie Nielsen lub O. J. Simpson. Pamiętam też głupkowate seriale. Wracałem ze szkoły i oglądałem "Świat według Bundych", może 10 lat wtedy miałem. Nawet "Świat według Kiepskich" mnie śmieszył, no ale potem z tego wyrosłem.

Dobry przykład. "Kiepscy" to jest probierz naszego poczucia humoru. Z tym że wielu nie patrzy na nich jak na krzywe zwierciadło, a raczej jak na usprawiedliwienie swoich przywar.

- Poczucie humoru to jest jakaś wypadkowa wrażliwości tego, co słuchasz, jakie filmy oglądasz, jakie książki czytasz - jeśli czytasz... Zgodzę się, że to oglądanie "Kiepskich" może być bezkrytyczne i wtedy nie jest niczym mądrym. Dla mnie to był etap rozwoju.

Nas w kwestii tego, co śmieszy, ukształtował internet.

- Oj tak, internet to spore wydarzenie - tzw. internet przed YouTube'em. Wtedy słuchałem empetrójek na Joe Monsterze - nagrań śmiesznych telefonów w stylu klasycznego "Babcia niedosłyszy" [zguglaj, jeśli nie znasz, polecamy! - przyp. red.]; to dzisiaj kultowe rzeczy. Pamiętam też doskonale pierwsze memy, chociaż to się wtedy inaczej nazywało. Z Osamą bin Ladenem - pojawiły się po atakach na World Trade Center. YouTube to dla mnie nadal naturalne środowisko humoru, ale ja oglądam raczej Andrzeja Gołotę odpowiadającego na pytania dziennikarzy niż kolejne produkcje youtuberów.

A w domu miałeś kawalarzy?

- Wujkowie może i tak, ale rodzice raczej nie mają poczucia humoru. Mój tata lubi takie gagi, gdy ktoś się potknie i wywróci. "Głupie takie, że aż śmieszne" - mówi.

Klasyczne "Śmiechu warte".

- Bo to jest coś, co wielu Polaków autentycznie śmieszy. Mam wielki sentyment do takich ludzi, jak Marcin Daniec, Jerzy Kryszak czy Tadeusz Drozda. Chociaż jako stand-uper powinienem ich hejtować, bo to niby stare dziady, a ja to nowa fala.

A ty byłbyś dobrym kawalarzem?

- Nienawidzę kawałów. Nie cierpię też, gdy ktoś mi opowiada kawały. Wolę anegdoty, bo wtedy historia jest prawdziwa.

Myślałem, że powiesz coś innego, że ty to lubisz, na przekór, bo chyba nikt już kawałów nie opowiada.

- Po występach co rusz podchodzi do mnie ktoś, kto ma mi jakiś "świetny dowcip" do opowiedzenia.

Często występujesz?

- Pewnie mógłbym częściej, ale mam takie momenty, że mi się nie chce.

Występujesz przed ludźmi i w Warszawie, i na prowincji. Jest jakieś stand-upowe "Despacito", które bawi ogół?

- Udawanie głosów jest śmieszne. Albo dowcipy o tym, jak bardzo najebałem się na imprezie. Jest taka baza tematów, które działają na ogół. Ale nie ma jednej publiczności. Nawet w Warszawie w Klubie Komediowym przy placu Zbawiciela jest inaczej niż na stand-upach nad Wisłą.

A przekleństwa?

- Wyrobiona publiczność nie będzie się już śmiać przy każdej "kurwie" - ani oburzać. Lecz ta, powiedzmy, "pokabaretowa" jest na tym punkcie wrażliwa. W dwójnasób - jedni będą się zaśmiewać, drudzy - oburzać. Ja przeklinam dużo, ale to nie ma żadnego celu. Ksiądz mi na religii kiedyś powiedział, że jak tak sobie czasem "kurwą" rzucę, to dobrze, bo złość rozładuję...

A w telewizji kabarety chyba dalej Polaków śmieszą?

- Ale kto to ogląda? Stand-up zżarł kabaret, kabaret już prawie nie istnieje. Na Pakę - kiedyś wielki i ważny festiwal kabaretowy - nikt się nie zgłasza, a na pewno nie kabarety. A stand-up jest wśród młodych ludzi rozrywką mainstreamową.

To kabareciarze stworzyli "Ucho Prezesa".

- I muszę "Ucho Prezesa" pochwalić. Przejawem pozytywnego przyjęcia jest to, że podoba się członkom rządu - a to niełatwo osiągnąć. Na początku pojawiały się nawet głosy, że niektóre postaci są sympatyczniejsze i milsze niż w rzeczywistości.

Dowcip polityczny to w Polsce niełatwa sprawa.

- Stand-up tworzył się w kontrze do kabaretu, a kabaret często był bezpośrednio polityczny, więc stand-uperzy od politycznych żartów stronią. Poza tym to jest ryzykowne. Polacy nie mają dystansu do polityki.

Oglądasz "South Park"?

- Jestem z "team Family Guy" - i to dla mnie jest rozróżnienie typu humoru. Stand-up jest dosłowny jak humor z miasteczka "South Park", a ja wolę taki humor abstrakcyjny jak "Family Guy". Wpadam czasem przez to w pułapkę niezrozumienia. Robię coś, co wydaje mi się zupełnie nieśmieszne, a ludzie się z tego śmieją. Albo na odwrót. Częściej na odwrót.

Pytam dlatego, że "South Park" wiąże słowa "beka" i "ironia", które dzisiaj zastąpiły chyba to kawalarstwo?

- "Beka" to jest pozytywne słowo. Mam takie metafizyczne poczucie, beka po prostu unosi się nad grupą bardzo dobrych znajomych, wśród kolegów, bliskich, którzy razem potrafią się z czegoś wspólnie śmiać, "mieć bekę". Tego akurat trochę brakuje mi w stand-upie, bo tam ktoś siedzi nad kartką i wymyśla.

Roasty, porozmawiajmy o nich. Nie rozumiem fenomenu.

- W samych roastach nie ma nic złego, ale nam spowszedniały. W Stanach Zjednoczonych, gdzie stand-up jest po prostu czymś tak popularnym jak występy muzyków, ludzie czekają na roast jak na wigilię, jest wspólnym występem. Świętem. W Polsce jest do góry nogami, ludzie myślą, że my tylko roasty robimy.

Stany to chyba nieosiągalny wzorzec?

- Niedawno byłem w Chicago i Nowym Jorku, chodziłem po klubach, stand-up to naturalny element miejskiej rozrywki. Pokusiłbym się nawet o porównanie różnych typów stand-upu do różnych rodzajów muzyki. Idziesz na country, koncert disco albo jakąś alternatywę. W Polsce to najbardziej przypomina hip hop. Vox populi, raczej ławka przed blokiem niż na uniwersytecie, sporo gniewu. No i to wciąż jest bardzo męska rozrywka.

Jest coś takiego jak polskie poczucie humoru?

- Nie.

Nawet stereotypowo? Jak angielskie?

- Ale gdzie jest ten angielski humor? "Jaś Fasola" - slapstickowy żart, tu myje zęby i się brudzi, tam w coś wpadnie, "Monty Python" i żart językowy. Tego nie da się porównać. Nie generalizujmy, bo masz "Abstrahuje" w internecie, masz stand-upy, masz stare kabarety i polskie komedie. No i stare polskie komedie. Nic się tu z niczym nie łączy.

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Michał Kempa: Nienawidzę kawałów. Wolę anegdoty
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy