"Słowikowa": Nie potrzebuję futer i Mercedesów, bo to wszystko już miałam

10.11.2017 15:07
- Andrzej niczego nie doceniał. W więzieniu bardzo się zmienił, już nie jest tym człowiekiem, którym był kiedyś

- Andrzej niczego nie doceniał. W więzieniu bardzo się zmienił, już nie jest tym człowiekiem, którym był kiedyś (Fot. materiały prasowe)

Była żona szefa mafii pruszkowskiej opowiada nam o szalonych latach 90. i statusie kobiet w mafijnych strukturach. Oraz o długim i trudnym powrocie do normalnego życia.

Kuba Dobroszek: Dzień dobry, pani Słowikowa.

Monika Banasiak: Zapomniałeś dodać, że NIEDOBRA Słowikowa, ta STRASZNA królowa mafii... Przepraszam, ale wolałabym, żebyś się tak do mnie jednak nie zwracał.

Złe wspomnienia?

- Mówię i odpowiadam za siebie, a nie za mojego byłego męża. Człowieka kształtuje całe życie i wybory, których dokonuje. "Słowikowa" kojarzy mi się z Andrzejem i latami z nim spędzonymi.

Jakie to były lata?

- Byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że to był zły czas. Był trudny i niebezpieczny, ale pamiętam go też jako szalony i kolorowy. Lata 90. to okres rozluźnienia po komunizmie, a w moim wypadku jeszcze się to spotęgowało. Pieniądz leżał na ulicy, wystarczyło go podnieść. Pamiętasz Stadion Dziesięciolecia?

Ze zdjęć i z opowiadań.

- Tam nie przychodził urząd skarbowy i nie zbierał podatków. Nie wypełniałeś PIT-ów. Pieniądze zarabiało się na granicy prawa, notabene bardzo źle napisanego.

Czułaś się "królową życia"? Wzięłaś ślub w Vegas, dostawałaś drogie prezenty.

- Na pewno czułam się kochana. W dalszym ciągu chciałabym stworzyć dojrzały związek z właściwym mężczyzną, ciągle jestem na tym etapie. Nie potrzebuję futer, brylantów ani mercedesów, bo przecież już to wszystko miałam. Mimo wszystko jestem zadowolona, że skończyłam po tej stronie, a nie po tamtej.

Po tamtej?

- Po stronie, gdzie diabeł chodzi z obstawą. Po najgorszej stronie piekła.

Masz na myśli areszt śledczy? Spędziłaś w nim 2,5 roku.

- To sztuka, żeby takie miejsce opuścić i żeby nic z niego w człowieku nie pozostało. Często jestem pytana o to, czy więzienie mnie zmieniło. Odpowiadam, że nie zmieniło, za to nauczyło pokory i umiejętności reagowania w najtrudniejszych sytuacjach.

Jak to się stało, że grzeczna dziewczyna, studentka medycyny, wpadła w towarzystwo jednego z najniebezpieczniejszych gangsterów w tym kraju?

- Właśnie dlatego! Moja rodzina zawsze była bardzo ułożona, herbowa wręcz. Z domu wyniosłam obraz rodziny, w której mama i tata się kochają i szanują. Związek to nie tylko trzymanie się za ręce, ale również podążanie w tym samym kierunku, z wszystkimi konsekwencjami tej decyzji.

Wybacz, ale ten obraz nie kojarzy mi się ze "Słowikiem".

- Paradoksalnie ja do samego końca związku z Andrzejem miałam na oczach różowe okulary. Wiesz, jestem osobą, która po raz pierwszy zakochała się już w liceum. Ten chłopak - Wojtek - podobnie jak ja, chodził do Mickiewicza na Saskiej Kępie, czyli jednej z najlepszych szkół w stolicy. Był trzy lata starszy. Po skończeniu liceum zdał na uczelnię w Gdyni, ale mimo to potrafił przyjeżdżać do Warszawy na kilka godzin, żeby tylko się ze mną spotkać. To była wielka miłość, lecz niestety życie zweryfikowało odległość i musieliśmy się rozstać. Po Wojtku był jeszcze jeden facet, któremu zwiałam sprzed ołtarza, a później spotkałam już Andrzeja.

Jak się poznaliście?

- Pracowałam u Wojtka Paradowskiego, który zajmował się handlem mieszkaniami. Byłam jego prawą ręką - dzisiaj nazwaliby mnie bizneswoman. Andrzej przyszedł do nas kupić mieszkanie. Urzekły mnie jego niebieskie oczy, choć na pierwszym spotkaniu nie zachowywał się tak, jak chciałam.

To znaczy?

- Żądał rozmowy z Wojtkiem, zachowywał się arogancko.

Wiedziałaś, z kim masz do czynienia?

- Pamiętaj, że ja nie rozróżniałam wtedy pewnych pojęć. On jeszcze nie był tym "Słowikiem", którego później wszyscy utożsamiali z szefem domniemanej mafii pruszkowskiej. Wszedł do biura bez żenady i mówił, że chce do pana prezesa. Ja mu na to, że może najpierw by się przedstawił, powiedział "dzień dobry" i poczekał tak jak wszyscy. Zrobił się blady, bo to człowiek, którego nikt nigdy nie rozstawiał po kątach. Nienawidził sprzeciwu, nieważne, czy miał rację czy nie. Myślę, że tą niezależnością go zauroczyłam.

Co było dalej?

- Szybko zaczął mi przysyłać kwiaty - ogromne bukiety - i zaproszenia na kawę. Konsekwentnie odmawiałam, tłumacząc mu, że nie mam ochoty na jakąś banalną kawę. No to któregoś dnia przyszedł do mnie i zaprosił na "specyficzną kawę". Wyśmiałam go, bo myślałam, że zabierze mnie najwyżej na ostatnie piętro hotelu Marriott, uchodzące za bardzo ekskluzywne. Ale on zabrał mnie na kawę do Paryża.

W Paryżu zaiskrzyło?

- Tak, choć nie przeżyliśmy tam naszego "pierwszego razu". Zaimponował mi swoją innością. Był trudny, a ja lubię wyzwania. Po powrocie wszystko się rozkręciło - pojechaliśmy na narty do Szwajcarii, spędziliśmy sylwestra w hotelu Victoria. Pierwsze lata u boku Andrzeja to codziennie święto. Nie wiedziałam jeszcze, że życie może być okrutne, nie miałam żadnych obaw. Było po prostu łatwo.

Ile trwało to łatwe życie?

- Wiele lat. On przecież nie latał po ulicach z pałą i nie mordował ludzi. Miał normalną firmę, pracował, a przy okazji robił pieniądze, które w tamtym czasie można było robić.

Ekhm, eufemistycznie mówiąc.

- Wiadomo, że na jakichś spirytusach czy lewych papierosach... Ale ja to traktowałam trochę jako podjazdowe wojny dużych chłopców. Konflikt wołomińsko-pruszkowski, w którym ginęli ludzie, zaczął się trochę później. Dla mnie było już za późno, żeby się wycofać, bo przecież ślubowałam Andrzejowi, że będę z nim na dobre i na złe.

No i byłaś. "Masa" powiedział kiedyś, że wtrącałaś swoje trzy grosze w "sprawy zawodowe" Pruszkowa.

- To uogólnienie. Po prostu wyrażałam swoją opinię, ale niekoniecznie na temat - jak to ujął - "spraw zawodowych", bo ja nie miałam, i nie mam do tej pory, szczegółowej wiedzy na temat mrocznych interesów Andrzeja.

Poważnie? Mąż nigdy nie wracał zmęczony, nie pytał, co sądzisz, jak powinien postąpić?

- No chyba żartujesz! To tak wygląda tylko na filmach. Poza tym on nie należał do wylewnych osób. On mnie kochał i chronił. Myślisz, że te wymuskane laski, które dostały drogie limuzyny w ramach prezentu na walentynki i tankują je kartami kredytowymi swoich mężów, zastanawiają się, skąd ich faceci mają kasę? Nie przypuszczam.

A więc zawód: żona.

- O nie, ja nie byłam breloczkiem do mercedesa! Ludzie naoglądali się filmów i teraz to wszystko upraszczają. Zresztą przecież nawet w "Ojcu Chrzestnym" bohaterowie prowadzili normalne życie, nie strzelali się bez przerwy. Gotowali makaron, chodzili na spacer z dziećmi.

Niby tak, ale ludziom, którzy się tych filmów naoglądali, nie wybuchają bomby pod domem. Ty w wyniku takiego ataku niemal straciłaś życie.

- Wiesz, zawsze jest tak, że dostrzegamy problem wszędzie, tylko nie u nas. Jak się dzieje źle - to u sąsiada. Dopiero sytuacja, kiedy Andrzej ochronił mnie swoim ciałem, uświadomiła mi, w co się wpakowałam. Na szczęście bomba była źle skonstruowana i doznaliśmy tylko niewielkich obrażeń.

Wtedy uczucie przestało się tlić?

- Andrzeja kochałam bardzo długo. Kochałam go nawet wtedy, kiedy się z nim rozchodziłam. Miłość ewoluuje, nigdy nie jest taka sama. Poza tym nie zawsze, kiedy kogoś kochasz, możesz z nim być.

Rozstałaś się z nim z wygody? Bo był więzieniu?

- A skąd! Ja przecież przez osiem lat odwiedzałam go w areszcie, robiłam mu paczki.

Doceniał to?

- On niczego nie doceniał. W więzieniu bardzo się zmienił, już nie jest tym człowiekiem, którym był kiedyś.

Pamiętasz dzień, w którym oznajmiłaś mu, że to koniec?

- Oczywiście. Powiedziałam mu to w miejscu, w którym absolutnie nie powinno się takich rzeczy mówić.

W więzieniu.

W więzieniu. Po latach przeprosiłam go za to, że dowiedział się o moim odejściu w taki sposób, w takich okolicznościach. Teraz stwierdzam, że może powinnam była udźwignąć tę całą sytuację i nie odchodzić od niego.

Chcesz powiedzieć, że gdybyś jeszcze raz była w tej samej sytuacji, to postąpiłabyś inaczej?

- Byłam ciekawa, czy o to spytasz. Na takie pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Biorąc pod uwagę ówczesny stan umysłu, świadomość potrzeb, możliwości i własną dojrzałość, zrobiłam to, co uważałam za słuszne. To, czy zrobiłam dobrze czy źle, jest nie do ocenienia z dzisiejszej perspektywy. Tak widocznie miało być. Swoich upadków nie nazywam klęskami - to tylko doświadczenia. A w życiu nigdy nie przegrywam - ja się uczę. Mój ulubiony bohater filmowy - Jack Sparrow - lubił powtarzać, że problem nie jest problemem. Problemem jest dopiero to, jak do tego problemu podejdziesz.

Co czułaś po opuszczeniu męża? Strach, ulgę?

- Czułam ulgę, że powiedziałam wszystko, co miałam powiedzieć. I to patrząc mu w oczy. Uwierz mi, że to okropne uczucie, kiedy musisz oznajmić mężczyźnie, dla którego jesteś wszystkim, że odchodzisz do innego faceta i zostawiasz go samego w więzieniu. To, że Andrzej zachowywał się później nieelegancko wobec mnie, to już jego sprawa.

Nieelegancko?

- Takie zachowanie wobec mnie jeszcze bym przeżyła. Ale on zachował się fatalnie w stosunku do swojego dziecka! Zostawił naszego syna bez środków do życia, nie zabezpieczył go materialnie. Bardzo negatywnie nastawił go do mnie, mimo że przez 13 lat wychowywałam go właściwie w pojedynkę, bo miał cztery miesiące, kiedy Andrzej trafił do więzienia. Tego mu nie wybaczę, choć nie zamierzam wyciągać konsekwencji.

Czemu?

- Zemsta daje radość, ale tylko na chwilę. Przebaczenie daje spokój na zawsze. I ja zamierzam mu przebaczyć, choć jeszcze do tego nie dojrzałam. Spróbuję o tym wszystkim zapomnieć, choć wiem, że będzie bardzo trudno.

Jaki wpływ miało małżeństwo ze "Słowikiem" na twój następny związek?

- Byłam pewna, że Vadim to miłość na całe życie. Mój późniejszy partner sprawiał wrażenie idealnego. Niestety okazało się, że po raz kolejny byłam idiotką. Muszę jednak przyznać, bo nie byłabym sprawiedliwa, że więzienie przeżyłam nie tylko dzięki sile swego charakteru, ale i dzięki jego pomocy. Był jedynym - obok mojej mamy - człowiekiem, który o mnie nie zapomniał. Regularnie przesyłał mi pieniądze, które umożliwiały mi tam godnie żyć. Robił dla mnie paczki żywnościowe, wysyłał lekarstwa, ubrania. Woził moją mamę na widzenia. Nigdy o tym nie zapomnę i on na zawsze pozostanie w moim sercu. Nie tylko za to.

Może to po prostu nie był wasz czas?

- Doszłam do wniosku, że faceci, z którymi się wiązałam, do końca mnie nie unieśli. Nie potrafili mnie kochać. A może to ja jestem zbyt trudna? Ciągle zadaję sobie to pytanie.

Dostrzegałaś jakieś podobieństwa między byłym mężem a późniejszym partnerem?

- Obaj teoretycznie byli silni. Mnie od zawsze kręciła władza, zwłaszcza ta posiadana przez mężczyzn. Rozumiem ją jako wysublimowaną umiejętność, której nie ma każdy. I mnie się wydawało, że zarówno Andrzej, jak i Vadim taką władzę mają. To było mylne wrażenie, bo zdobyć władzę jest łatwo. Sztuką jest ją utrzymać w swoich rękach. Dlatego uważam, że najlepszym politykiem jest Władimir Putin. Jest skurwysynem, ale w utrzymywaniu władzy nie ma sobie równych.

Aha.

- Spokojnie, grzeczne dziewczynki idą do nieba, a ja chodzę tam, gdzie chcę. Polityki trzeba się nauczyć, do tego trzeba mieć charakter. Jeśli chodzi o polskich wytrawnych polityków, to szukałabym raczej w naszej historii. Moim zdaniem wprost niewiarygodny był Józef Piłsudski.

Pewnie poznałaś wielu polityków, zwłaszcza z tzw. obozu postkomunistycznego. Sporo mówi się o spotkaniach ówczesnej władzy z gangsterami.

- Powiem tak: mnie na takie spotkania nie zapraszano.

Czy pobyt w więzieniu zmienił twoje pojmowanie władzy? Osadzenie ciebie w areszcie śledczym było, że się tak wyrażę, dosyć kontrowersyjną decyzją tych z góry.

- Mnie się w kilka sekund wszystko zawaliło. Dwie minuty przed szóstą było jeszcze wszystko w porządku, dwie po szóstej byłam już wrakiem.

Przeczuwałaś coś?

- W życiu. Nie zrobiłam nic takiego, żeby "czarni" musieli mi wjeżdżać do domu o szóstej rano. To była potworna trauma, wiedziałam, że nie poradzę sobie z tymi absurdalnymi zarzutami. Przypomnę, że oskarżono mnie o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Miałam wtedy problemy finansowe, starałam się stanąć na nogi... Dziwnym trafem zatrzymali mnie trzy miesiące przed wyjściem z więzienia Andrzeja.

Podobno chciano cię chronić.

- Ja to widzę inaczej. Nie mam żadnej wiedzy, którą mogłabym się podzielić z prokuraturą. Albo nie taką, jakiej oczekiwałaby ode mnie prokuratura. Nie należałam do męskiego świata. Spójrz na mnie - czy uważasz, że taka mała dziewczynka mogła szefować jakimiś złym chłopcom?

Mogę nie odpowiadać?

- Ech... Inna sprawa, że ludzie lubią koloryzować, jak to wjechałam na kryminał jako królowa mafii. Ja po prostu zostałam osadzona w areszcie na ul. Józefa Chłopickiego. OK, poszła fama, że jestem "tą Słowikową", ale za tym nie szły żadne profity. No, może było mi nieco łatwiej.

To znaczy?

- Wszyscy odnosili się do mnie z szacunkiem. I strażnicy, i współwięźniowie. Zresztą nie mieli żadnego powodu, żeby mnie nie szanować, bo ja się dosyć szybko dostosowałam do zasad tam panujących, z jednej i z drugiej strony, a uwierz mi - nie było to takie łatwe. Nie wiem, jak bym skończyła, gdyby nie mój kręgosłup moralny...

Często płakałaś?

- Bardzo często. Zamknęli mi ciało, ale głowy nie zamknęli. Jestem bardzo skaleczona tym miejscem, ale mimo to udało mi się ocalić siebie.

Możesz teraz z czystym sumieniem powiedzieć, że stanęłaś na nogi?

- Nie. Choć tak to może wyglądać: piszę książki, prowadzę salon kosmetyczny, niedługo zajmę się coachingiem, zamierzam kupić udziały w pewnym wydawnictwie prasowym...

W wydawnictwie?!

- Od mojej wieloletniej przyjaciółki Ewy Domżały, która podobnie jak ja miała barwne, ale równie niełatwe życie. Obie mamy dużo do powiedzenia i zamierzamy przyciągnąć tym przyszłych czytelników. Tytuł gazety to jeszcze tajemnica. Powiem tylko, że wydawnictwo istnieje od 2000 r. Jak widzisz, staram się żyć pełnią życia.

A o czym marzysz?

- Żeby mieć na chleb z masłem i czasem z szynką, zbudować relacje z synem, doczekać wnuków... Wzrasta we mnie zapotrzebowanie na święty spokój. Chcę godnie, ale wciąż ciekawie żyć, z ukochanym mężczyzną. Nie twierdzę, że nie ma mężczyzn, którzy mnie nie kochają, ale ci, którzy mnie kochają, a zwłaszcza ten jeden, jest cały czas w drodze do mnie...

"Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz"
On - jeden z najbardziej wpływowych polskich gangsterów. Ona - żona słynnego bossa, po upadku grupy pruszkowskiej oskarżona o kierowanie nią. Dziennikarz Artur Górski rozmawia z ludźmi, którzy próbują odnaleźć drogę w normalnym świecie. Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Książki o Masie są dostępne w formie ebooków na Publio.pl. Sprawdź >>

ZOBACZ WIDEO

Komentarze (155)
"Słowikowa": Nie potrzebuję futer i Mercedesów, bo to wszystko już miałam
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar
  • avatar

    Gość: Anna

    Oceniono 172 razy 160

    Może dla odmiany zaczniecie promować rozum i uczciwość?
    Ale z was tępe ch@je!

  • avatar

    justas32

    Oceniono 143 razy 137

    Mafia - nowi celebryci. Upadek wartości w dziennikarstwie - liczy się już tylko pieniądz ...

  • avatar

    zielona-galazka

    Oceniono 129 razy 125

    Ja bez żadnego trybu. Słowikowa twierdzi że ma kręgosłup moralny. Ciekawe.

  • avatar

    grenlandzki-opos

    Oceniono 101 razy 95

    Kiedy myślisz że portal osiągnął już dno, przychodzi kolejny dzień i ustala się nowy, jeszcze niższy poziom.

  • avatar

    cymesgeszefciarz

    Oceniono 77 razy 75

    Czekam na dzieło pod tytułem popek, słowikaowa, masa i stonoga wyjaśniają jak żyć ...

  • avatar
  • avatar
  • avatar

    Gość: tomi

    Oceniono 57 razy 51

    Czy ona wam płaci, czy macie udziały w zysków ze sprzedaży "książki" tej pani?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy