Naval: Jestem patriotą, ale nie jestem gotów oddać życia za ojczyznę

21.11.2017 14:21
Naval

Naval (Fot. archiwum prywatne)

O swoich przeżyciach, Naval, były szturmowiec GROM-u, pisze w książce "Zatoka" bez patosu i zadęcia. Choć to wspomnienia żołnierza, bo przecież nim właśnie był, nie wyłania się z nich obraz bezdusznego trybiku machiny wojennej. Poznajemy człowieka, na oczach którego rozgrywają się wojny XXI w.

Paweł Wiejas: Skakałeś ze spadochronem, nurkowałeś, latałeś helikopterem, strzelałeś, ile dusza zapragnie. GROM to najwyraźniej miejsce, w którym każdy facet może spełnić swoje marzenia.

Naval: Rzeczywiście podczas ćwiczeń, każdego dnia czekają na ciebie często nowe szkolenia, bo to wspaniała praca. Przy takiej wyliczance łatwo zapomnieć o tym, że wszystko robisz po to, żeby wykonać zadanie i nie dać się zabić. A w wojnie nie ma nic poetyckiego. Owszem, w mojej książce pojawiają się jakieś akapity o oszałamiającym wschodzie słońca na morzu lub na pustyni, ale zawsze dzieje się to w momencie, w którym właśnie wyruszamy zrealizować konkretną robotę. W moich wspomnieniach niczego nie ubarwiam, nic nie jest ani białe ani czarne. Jest takie, jakim to zapamiętałem. Opisuję tylko i wyłącznie fakty. Sam nigdy nie robiłem z wojny poezji i przestrzegam przed tym innych. Naprawdę nie znam niczego bardziej ohydnego niż wojna.

Czyli empatia, którą odczuwasz wobec ludzi na tankowcach zatrzymywanych w poszukiwaniu ropy przemycanej z Iraku, była jak najbardziej prawdziwa?

- Bywało, że na wodach Zatoki Perskiej zatrzymywaliśmy niemal rozlatujące się tankowce trupy, których załogi ryzykowały życie, próbując zapewnić byt swoim rodzinom. Dookoła działała wielka machina wojenna, w którą zaangażowane były niewyobrażalnie wielkie pieniądze, a my dokonywaliśmy na te statki abordażu i natrafialiśmy na zwyczajnych ludzi, którzy tylko walczyli o przetrwanie. Po dokonaniu abordażu widziałem ich przerażenie i niepewność na twarzach: "Co z nami zrobicie?". Wtedy przypominałem sobie, gdy jako nastolatek próbowałem przemycać z Czech do Raciborza kilka butelek wódki i jak trzepali nas celnicy, a w tym czasie do Polski wjeżdżały tiry wypełnione po brzegi lewą wódą. Z tamtymi marynarzami było podobnie. Współczułem im, ale taka robota.

Jak na komandosa brzmi to bardzo pacyfistycznie.

- Byliśmy żołnierzami i wykonywaliśmy rozkazy, ale przede wszystkim jesteśmy ludźmi, a od myślenia człowieka nic nie zwalnia. Ale po akcjach dzieliliśmy się z chłopakami przemyśleniami i zadawaliśmy sobie podobne pytanie: "Czy to na pewno jest nasza wojna?". Z perspektywy czasu. Saddam Husajn zabił kilka tysięcy swoich rodaków, a odkąd zginął, życie straciło około miliona ludzi. Podejrzewam, że gdyby dziś zapytać Irakijczyków, czy cieszą się z demokracji, to odpowiedzieliby, że dawniej żyło im się lepiej, a przynajmniej nie musieli się bać o to, że ich dzieci zginą od wybuchu miny w drodze ze szkoły do domu.

Zaskakuje nie tylko twoje spojrzenie na tamtą wojnę. W "Zatoce" dostaje się od ciebie również politykom, i generałom. Nie przesadzasz?

- Pierwsi uwielbiają pokazywać się wśród żołnierzy i chwalić się ich zasługami. Zdjęcia z nami czy "setka" w telewizji fajnie wyglądają, ale nie rozwiążą przecież problemów jednostek bojowych. Najwyraźniej politycy, choć nie wszyscy oczywiście, cierpią na taką przypadłość kochania wojska, ale wielu z nich, gdy był na to czas, do wojska nie chciało pójść. Z kolei niektórzy generałowie często zapominają jak wygląda życie żołnierza. Szacunek u żołnierzy zdobywa się dzięki fachowości, więc zawsze najlepiej sprawdzali się dowódcy, którzy przychodzili bezpośrednio z jednostek bojowych. Ci z nadania na ogół są oderwani od rzeczywistości.

Najbardziej obrywa się jednak logistykom. Czytając twoje wspomnienia, trudno oprzeć się wrażeniu, że to cud, że szturmowcy GROM-u jak równy z równym mogli współpracować z komandosami Navy SEAL-s.

- Patrząc historycznie, to na przestrzeni wieków najwięcej żołnierzy zginęło przez złą logistykę. Teraz chłopaki w "Firmie" mają już najlepszy sprzęt, ale nie zawsze tak było. Czasami któryś z kumpli gonił po placu logistyka i wygarniał mu, że kamizelki taktyczne czy hełmy, które dostaliśmy, są do dupy. W zwykłej jednostce to nie do pomy- ślenia, żeby tak zachowywać się w stosunku do starszego stopniem, na szczęście u nas rozumiano te emocje i to, że od sprzętu zależy nasze życie, więc pretensje są uzasadnione. A jak coś nam nie pasowało, to zaczynaliśmy sami ulepszać sprzęt. Wielu z nas stało się na przykład mistrzami igły i niejeden krawiec mógłby się od nas uczyć. Brakowało jakiejś kieszeni? Co za problem, doszyję ją sobie. Kolor hełmu nie taki? Od czego jest spray. Kamizelka ma szybko rozpinać się w wodzie? Dorobię inne klamry.

Wiem, że niektóre grupy rekonstrukcyjne próbują odtworzyć jednostki GROM. Pozdrawiam rekonstruktorów i szczerze współczuję wyzwania (śmiech).

Żołnierz przerabiający sprzęt? To chyba niezbyt regulaminowe?

- W GROM-ie panowało specyficzne podejście do regulaminu. Ważniejsza jest skuteczność i zdrowy rozsądek.

Pamiętam, jak kiedyś pobrałem rano 2 tys. sztuk amunicji. Wystrzelaliśmy ją na poligonie podczas kontaktów, powinienem oddać do magazynu 2 tys. łusek. Wracam, a tu magazynier świeżak mówi: "Musimy to przeliczyć". Liczy raz, drugi, dziesiąty i za cholerę mu się nie zgadza. W końcu zrozpaczony gość wpadł na pomysł, że odtąd będzie je ważył. Inaczej pewnie do dziś liczyłby te łuski. A z absurdami trzeba walczyć.

Nie wykluczam jednak, że do dziś są jednostki, w których żołnierze muszą się rozliczyć z każdej sztuki. Biurokracja ważniejsza od szkolenia? Bzdury.

Wracając do SEAL-sów. Patrząc na ich ekwipunek, musieliście im cholernie zazdrościć.

- W Camp Doha w Kuwejcie, skąd operowaliśmy, zakwaterowano nas z nimi na pół roku w jednym hangarze. Oczywiście SEAL-si mieli wszystko to, co najlepsze, ale akurat tego się spodziewaliśmy. Najbardziej fascynujące było zobaczenie, jak Ameryka traktuje swoich żołnierzy. Z samego szacunku do nich, dlatego że zdecydowali się narażać życie dla swojego kraju, obowiązuje zasada: żołnierz ma się czuć w bazie jak w domu. Dlatego zanim gdziekolwiek pojawią się ich oddziały, najpierw pojawiają się logistycy i przygotowują minimiasteczka, w których "amerykańscy chłopcy i dziewczyny" znajdą wszystko co jest im potrzebne. To coś, czego zazdrościć im może każda armia świata.

A jak wypadło porównanie waszych umiejętności z amerykańskimi komandosami?

- Z czasem załogi MK V i RIB-ów (jednostki, które dowoziły komandosów na abordaż), zaczęły traktować nas podczas roboty na równi z amerykańskimi komandosami. A z SEALS-ami zaprzyjaźniliśmy się do tego stopnia, że gdy po kilku latach twórcy "Medal of Honor" zapytali ich, jaka jednostka powinna znaleźć się w grze, wskazali na GROM. Do projektu zaproszono więc GROM.

Robota jednak była ważniejsza: na przykład zostaliśmy wyznaczeni do przeprowadzenia akcji z pokładu lotniskowca USS "Washington". Nawet w  marzeniach nie widziałem siebie w takim miejscu. A nas, żołnierzy sojuszniczego, ale jednak obcego państwa, wpuścili na pokład z pełnym uzbrojeniem. Był to prawdopodobnie, jeśli nie pierwszy, to jeden z pierwszych przypadków w historii. Chyba każdy, kto oglądał "Top Gun" z Tomem Cruise'em, chciałby choć raz znaleźć się w sali odpraw lotniskowca. A my nie tylko usiedliśmy w niej, ale graliśmy główne role. Dobrze, że po skończonym zadaniu szybko przetransportowano nas na ląd, bo niemal każdy marynarz, którego napotkaliśmy, chciał mieć od nas coś na pamiątkę - naramiennik, plakietkę lub choćby guzik. Głupio byłoby wracać do Camp Doha w slipkach (śmiech). Przy okazji dowódca USS "Washington" nieopatrznie powiedział dziennikarzom, że w  akcji brali udział szturmowcy GROM-u, a przecież nas tam oficjalnie w ogóle nie było.

Pod względem fizycznym trudno wytrzymać misję, w czasie której praktycznie cały czas trzeba być w gotowości?

- Na kondycję fizyczną w "Firmie" właściwie nikt nie zwraca uwagi. Jeśli ktoś przeszedł selekcję, a potem roczny kurs podstawowy, to wiadomo, że jest ona więcej niż bardzo dobra, a dbałość o nią jest tak naturalna, jak codzienne zjedzenie śniadania. Nikt nie pyta, czy jesteś w stanie zrobić to czy tamto, bo wiadomo, że jesteś. GROM początkowo wchodził w skład MSW, dopiero potem przeszedł do MON. A ponieważ każdy zawodowy żołnierz musi przejść coroczne testy sprawności, ktoś u góry zaczął z podejrzliwością patrzeć na nasze wyniki. Przyjechała więc na inspekcję jakaś szycha. Pamiętam, że najpierw w drzwiach sali pojawił się brzuch, po kilku minutach jego właściciel. Gdy nas zobaczył, resztę egzaminów obserwował przez szybę, schowany w kanciapie.

W swoich wypowiedziach wielokrotnie podkreślasz, że jesteś patriotą. Jak właściwie to definiujesz?

- Zacznę od tego, czym według mnie nie jest patriotyzm. To nie wielkie hasła, wymachiwanie flagą, a potem napieprzanie kamieniami w policję. Patriotyzm na codziennym poziomie to dbanie o innych, bycie po prostu przyzwoitym człowiekiem. W przypadku żołnierza to gotowość walki za kraj i pomoc współobywatelom. A jeśli pytasz, bo każdy o to pyta, czy jestem gotów oddać życie za kraj, to bez zastanowienia mogę odpowiedzieć, że nie, ja chcę żyć. Żołnierza trzeba szkolić, tak by zwyciężał i żył, a nie by umierał.

Jak sobie radzicie z ciągłym narażaniem życia?

- Kiedyś takie pytanie zadała mi wojskowa psycholog. Po długiej rozmowie doszła do wniosku, że my sami jesteśmy dla siebie najlepszą grupą wsparcia. Bo w "Firmie" już od początku dają ci odczuć, że to wspaniale, że tu trafiłeś. Wśród takich ludzi łatwiej znieść stratę. Nie pogodzić się z nią, nie zapomnieć, ale przetrwać najtrudniejszy okres. Chłopaki, które odeszły, zawsze są ze mną. Masz poczucie, że jesteś częścią rodziny, że jesteś potrzebny.

A może sam GROM niedługo nie będzie już potrzebny? Mamy przecież Wojska Obrony Terytorialnej.

- Jeśli miałbyś chore serce, to wolałbyś, żeby operował cię kardiochirurg czy paramedyk? Silnik naprawisz w wyspecjalizowanym warsztacie czy w szopie u samouka? Politykiem może zostać każdy, ministrem może zostać każdy, ale w pełni przydatnym żołnierzem stajesz się po wielu latach służby i codziennym, a nie okazjonalnym szkoleniu. Obrona kraju to nie najlepszy temat do żartów.

To nie żartując - wojsko nie za łatwo rezygnuje z takich ludzi jak ty?

- Z nas się nie rezygnuje, to my odchodzimy. Ale fakt, ostatnio z wielu wartościowych żołnierzy politycy zrezygnowali. A ja po prostu poczułem sam, że zrobiłem swoje i czas na mnie. Gdybym miał to porównać do sportu wyczynowego, to było tak jak z Adamem Małyszem. Jeszcze mógłby skakać, ale pewnie nie dawał już sobie gwarancji na zdobywanie najwyższych trofeów.

Pamiętasz pierwszy dzień po odejściu do cywila? Budzisz się, automatycznie wykonujesz czynności, których nauczyłeś się przez lata, i nagle przypominasz sobie: już nic nie muszę.

- Pobiegałem, zjadłem śniadanie i poszedłem na siłownię. Pod tym względem moje życie cywila wygląda tak samo jak życie żołnierza. Przecież nagle nie przestanę dbać o kondycję. Zafascynowały mnie ultramaratony.

Odkryłeś też w sobie talent aktorski i poprowadziłeś emitowany przez Discovery survivalowy program "Ekspedycja - odkrywcy drugiej natury".

- Czy talent aktorski, to nie wiem, występowania przed kamerą też trzeba się nauczyć i nie jest to błahostka. Spodobał mi się za to nieco sentymentalny powrót w Bieszczady, w których przechodziłem selekcję do "Firmy".

Brzmi jak zapowiedź narodzin nowego Beara Gryllsa.

- Czy ja wiem? Życie pokaże, ale na pewno pozostanę sobą.

Czytelnicy twoich książek czekać więc będą z niecierpliwością. A przy okazji, MON powinno ci chyba płacić za werbunek do GROM.

- Nie ukrywam, że kilku chłopaków po ich przeczytaniu zdecydowało się na selekcję i chcą dostać się do jednostki specjalnej. Ale to nie jest tak, że pisząc namawiam kogokolwiek, żeby spróbował swoich sił. Każdy musi samodzielnie wybrać swoją drogę. Musi to być jednak jego i tylko jego w pełni przemyślana decyzja. Jeśli ktoś myśli, że jest za niski albo za słaby, to niech zapamięta, że warunki fizyczne nie są przesądzające. Na pewno pierwszym krokiem jest uwierzenie w siebie i swoje możliwości, bo wszystkie ograniczenia znajdują się jedynie w naszych głowach. Widziałem wielkich, silnych facetów, którzy rezygnowali, porządnie sponiewierani choćby brakiem snu, głodem lub bólem. Jeśli dobrze oceniasz własne możliwości, to spróbuj. Tylko tyle lub, jak kto woli, aż tyle.

A czy MON płaci mi za werbunek? No, przyjąłbym taką gotówkę, ale raczej się na nią nie zanosi (śmiech).  

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Naval: Jestem patriotą, ale nie jestem gotów oddać życia za ojczyznę
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy