Żyła: Szczerze? Skoczkowie mają nudne życie

28.11.2017 12:38
Na nartach szybuje na odległość 245,5 metra. Skoki do wody z 10-metrowej wieży to dla niego pestka. Kiedy wygrał kufel do piwa, babcia zaczęła się o niego martwić. Ale Piotr Żyła w rozmowie z "LOGO" przekonuje, że życie ma całkiem spokojne.

Z Piotrem Żyłą spotykam się w Ustroniu - małej miejscowości na Śląsku Cieszyńskim. Pochodzę z tego regionu, mam z nim wiele wspaniałych wspomnień. Podobnie jak nasz popularny skoczek, który pomimo wczesnej pory dociera na miejsce punktualnie. Ubranego w ortalionowy dres i nieuczesanego Piotra zagaduję jeszcze przed wejściem do kawiarni, w której się umówiliśmy.

Kuba Dobroszek: Ech, Ustroń... W liceum była taka jedna Ania, mieszkała tu niedaleko. Byłem w tym mieście częstym gościem.

Piotr Żyła: He he he... Ja dużo lepiej wspominam Wisłę, bo to w niej spędziłem praktycznie całe dzieciństwo. No i Szczyrk, gdzie chodziłem do szkoły sportowej.

Jakieś konkretne miejsce wspominasz szczególnie?

- W Szczyrku mieszkałem w internacie, więc za bardzo nie było możliwości na szwendanie się po różnych dziwnych melinach. Mało wolnego czasu, dużo zajęć. Najlepiej pamiętam chyba... boisko!

Piłkarskie?

- Tak! Powiem ci, że byłem całkiem niezłym piłkarzem, strzelałem sporo bramek. Futbol sprawiał mi na tyle dużo frajdy, że nawet grałem w amatorskiej lidze w Wiśle.

Kto był twoim futbolowym idolem?

- Zdecydowanie Leo Messi. Zawsze mi imponował, bo jest trochę taki jak ja - niepozorny, ale jak trzeba, to potrafi przyspieszyć. Teraz najbardziej kibicuję oczywiście Robertowi Lewandowskiemu, który - moim zdaniem - jest obecnie jednym z najlepszych piłkarzy na świecie.

Zamiłowanie do futbolu rozwijało się niezależnie od pasji do skoków?

- To się działo równolegle. Kiedy zaczynasz przygodę ze sportem, uprawiasz wiele ogólnorozwojowych dyscyplin, takich właśnie jak piłka nożna. Przed treningiem narciarskim naszą rozgrzewką często były zabawy z futbolówką. W czasach, kiedy ja zaczynałem skakać, na skoczniach mało się skakało, bo obiekty były zwyczajnie kiepskie. Co chwilę coś się psuło albo ktoś coś niszczył.

Już na tych rozpadających się najmniejszych skoczniach były obowiązkowe "garbik" i "fajeczka"?

- To przyszło jakoś w 2011 r., kiedy miałem gorszy okres: słabe wyniki, brak powołań do kadry. Zastanawiałem się nawet, czy wyczynowy sport aby na pewno jest dla mnie odpowiednim zajęciem, czy może lepiej rozejrzeć się za czymś innym...

Aż tak się zniechęciłeś?

- Na szczęście w porę się pozbierałem i zacząłem ciężko nad sobą pracować. Wróciłem do korzeni, bo chwilowo trenowałem z dawnym trenerem klubowym - Jasiem Szturcem. Sporo pomógł mi również Adam Małysz, od którego dostałem narty. Wtedy właśnie, podczas prób na rozbiegu, narodziły się słynne "garbik" i "fajeczka".

Adamowi chyba w ogóle wiele zawdzięczasz?

- To prawda - jego pierwsze sukcesy, jeszcze te odnoszone w latach 90., popchnęły mnie w skoki narciarskie. Ponadto swoje zrobiło wychowanie w tej okolicy - góry, stoki, jakieś podstawowe obiekty... Pewnego razu przyszedł do nas do szkoły Jasiu Szturc i zorganizował nabór. Od zawsze lubiłem jeździć i skakać na nartach, pierwsze skocznie budowałem koło domu jeszcze jako kilkulatek. No to się zgłosiłem.

Rodzice nie oponowali?

- Zgodzili się bez problemu! Dziadek oglądał w telewizji pierwsze zwycięstwo Adama w 1995 r., więc też się bardzo ucieszył, że się zdecydowałem.

Piotr Żyła
Fot. Michał Mutor

Podobno dzięki Małyszowi było tylu chętnych na treningi, że sprzętu brakowało?

- Adam pociągnął za sobą mnóstwo dzieciaków. Z czasem jedni się wykruszali, ale przybywali następni. Gdy ja zaczynałem, było nas chyba 40, a została bodaj piątka.

Sport przeszkadzał ci w nauce?

- Powiem tak: nigdy nie byłem orłem. Ponadto zawsze sport stawiałem wyżej niż naukę. Nie lubiłem się uczyć, zdawałem przedmioty niewielkim nakładem sił. Choć muszę się przyznać, że były lekcje, które bardzo lubiłem.

Niech zgadnę: WF...

- Do pewnego czasu fascynowała mnie matematyka! Była prosta, łatwo mi się rozwiązywało te wszystkie działania. No ale później, z racji coraz częstych zgrupowań i wyjazdów, zacząłem opuszczać sporo zajęć, robiły się zaległości, więc i ta matematyka robiła się trudniejsza, systematyczności brakowało... Ale maturę zdałem, studia skończyłem, więc trenerem mogę być.

Nauczyciele cię pamiętają?

- Oj, z pewnością.

Byłeś klasowym zgrywusem?

- Lubiłem sobie pożartować, ale nigdy nie przeginałem! U dyrektora rzadko gościłem. Zawsze miałem paczkę znajomych, z którymi trzymaliśmy się razem i z którymi lubiliśmy robić różne kawały. Pomagaliśmy sobie, fajnie było. Trochę brakuje przyjaciół, bo z tymi z podstawówki rzadko się widuję. Gdzieś na ulicy się spotkamy przypadkiem, to pogadamy. Wolny czas wolę spędzać z rodziną.

Kiedy poczułeś, że w skoki wsiąkłeś na poważnie?

- Szczerze? Od pierwszych wejść na prawdziwą skocznię. Od pierwszych momentów, kiedy marzliśmy w kolejce do zeskoku, bo było za dużo chętnych, a za mało sprzętu, więc musieliśmy się wymieniać. Zawsze chciałem być dobrym zawodnikiem, a trenowanie po prostu sprawia mi przyjemność. Rygorystyczny styl życia bardzo mi odpowiada: nigdy się nie spóźniałem, nigdy nie opuszczałem treningów.

Nigdy?!

- Nawet jak byłem chory, to ściemniałem, że nie jestem. Kiedyś przed zawodami w Japonii dostałem 40 stopni gorączki. Ale i tak zebrałem się na skocznię i to już na pierwszy oficjalny trening. Dopiero jak trener mnie zobaczył, to musiałem wrócić do ośrodka. Próbowałem w swoim życiu wielu ekstremalnych rozrywek, ale i tak to skoki narciarskie pozostały całym moim życiem.

Jakich rozrywek?

- Lubię się pościgać samochodami na profesjonalnym torze. A za młodu skakałem do wody, w Wiśle mieliśmy fajny basen z całkiem wysoką, bo 10-metrową, wieżą. Kiedyś - już na zgrupowaniu kadry - w jednym z ośrodków za granicą też był basen z taką okazałą wieżą. Chłopaki jeszcze nie zdążyły się rozpakować, a ja już stałem w kąpielówkach na tej wieży. Podpuszczali mnie, żebym robił możliwie jak najbardziej spektakularne triki. No to skakałem, ale jak raz spadłem na plecy, to nieźle piekło. Dwa i pół salta potrafię wykręcić.

Wciąż poszukujesz innych ekstremalnych rozrywek?

- Odkąd prawie rozwaliłem się na skuterze wodnym, to już mniej. Jak to się rozwaliłeś?! Wydawało mi się, że na skuterze nie da się rozwalić, ale jednak się da. Mam twarde kości, więc nic sobie nie złamałem, lecz podejrzewam, że niejedna osoba mocno by ucierpiała.

Kiedy to było?

- Jakiś czas temu. Jedna z firm elektronicznych zaprosiła mnie na swój event nad polskie morze. I tam były takie szybkie skutery. Pożyczyłem jeden i popływałem przy brzegu. Fale były gęste, nie dało rady się rozpędzić, nuda, ileż można? To ruszyłem dalej w morze, na pełnym gazie. Na jednej z większych fal chciałem się jak najmocniej odbić. Trochę mnie wyrzuciło, oderwało mi od maszyny nogi i ręce. Chciałem wpaść do wody na główkę, ale przeszkodził mi w tym skuter. Nieznacznie uszkodziłem tę maszynę... Dopiero jak wyszedłem z zimnej wody, to zaczęło mnie solidnie boleć. Takiego bólu, jak wtedy, to jeszcze nigdy wcześniej nie czułem.

Rozumiem, że to było w czasie poza treningami i zawodami?

- No właśnie kilka dni potem był konkurs letniego Grand Prix. Fizjoterapeuta bardzo szybko mnie zregenerował i udało mi się wtedy wywalczyć drugie miejsce. Tego typu przykrych historii na szczęście było mało. Owszem, sporo razy upadałem w myśl zasady, że "jak się nie przewrócisz, to się nie naumisz". Ale poważniejsze kontuzje to wyłącznie złamany obojczyk i złamana ręka. Gdy złamałem obojczyk, to upadłem dość konkretnie. Aż mi się gwiazdki przed oczami pokazały.

A złamana ręka?

- Byłem jeszcze juniorem, trenerem kadry juniorskiej był Stefan Horngacher. Poszedłem sobie raz treningowo skoczyć, a akurat gęstego śniegu nasypało. Przytrzymało mnie na zeskoku, przekoziołkowałem do przodu. Ręka mnie od razu zaczęła boleć, więc szybko przewieziono mnie do szpitala. Okazało się, że w nadgarstku miałem poprzestawiane niemal wszystkie kości. Doktor Winiarski włożył mi do gipsu całą ręką, aż po ramię.

Dlaczego, skoro tylko nadgarstek ucierpiał?

- No więc słuchaj dalej! Wracam do hotelu, a Stefan tak patrzy na mnie i pyta: "Co to masz?!". Ja mówię, że nic. Jak się dowiedział, że mam złamany tylko nadgarstek, to szybko pojechał z drugim trenerem po taki plastikowy gips, można go kupić w każdej aptece. Zdjęli mi opatrunek założony w szpitalu, a założyli nowy, tylko nad dłonią. Następnego dnia już skakałem. Koledzy pomagali mi zakładać kombinezon i zapinać narty, ale w powietrzu radziłem sobie sam.

Piotr Żyła
Fot. Michał Mutor

Takie wypadki cię nie zniechęcały? Nie miałeś wrażenia, że siadając na belce, podejmujesz zbyt duże ryzyko?

- Nie uważam, że skoki narciarskie to niebezpieczny sport. Miałem sporo upadków, ale poza tymi dwoma incydentami nie przytrafiło mi się nic naprawdę groźnego.

Nie kokietujesz?

- Taki po prostu jestem. Nie skaczemy codziennie, a adrenaliny czasem brakuje. Trzeba jednak hamować zapędy, bo do swojego zawodu staram się podchodzić całkowicie profesjonalnie. Dlatego, tak jak mówiłem, teraz szukam już raczej spokojniejszych rozrywek. Czasem potrzebuję odpoczynku, nie wszystko też nam, skoczkom, wolno robić. Szczerze? Nasze życie jest zwyczajnie nudne.

Bez jaj...

- No poza skokami to ja teraz czasem przejadę się samochodem, a tak to książki, kino, karty, konsola. Nawet z posiłkami nie mogę za bardzo szaleć, bo mamy ścisłą dietę. Zdarzą się czasem niezdrowe zdrowe kanapki na jakimś postoju w drodze na zgrupowanie, ale nie jest tego zbyt wiele.

Jaki fajny film widziałeś ostatnio?

- Ja to raczej na bajki z dzieciakami chodzę. Syn ma dziesięć lat, nie wezmę go przecież na jakąś sensacyjną strzelaninę.

W dubbingu byś się sprawdził.

- Zawsze chciałem wystąpić jako Sid z "Epoki lodowcowej", ale Cezary Pazura nie ma sobie równych.

Ty masz w sobie jeszcze sporo z dziecka, prawda?

- Każdy powinien trochę mieć. Czasem trzeba rozładować atmosferę żartem, nie można życia cały czas brać całkiem na poważnie. Chyba dlatego w kadrze bardzo zaprzyjaźniłem się z Maćkiem Kotem. Pod wieloma względami jest bardzo do mnie podobny. Na zgrupowaniach mamy wspólny pokój.

Z zagranicznymi zawodnikami trzymasz sztamę?

- Pewnie, zresztą wszyscy się raczej przyjaźnimy. To indywidualny sport, każdy z nas rozumie rywalizację, ale nie jest tak, że sobie dogryzamy czy coś. Owszem, zdarzają się wyjątki, ale nie chcę o nich mówić. Bardzo fajny kontakt mam z Niemcem Markusem Eisenbichlerem. Często osiągamy podobne wyniki, lądujemy na podobnych miejscach w tabeli. Zabawna sytuacja. No i z Czechami dobrze się rozumiem - specyfika przygranicznych miejscowości. Ostatnio wymieniliśmy narty na takie, z których korzysta właśnie czeska reprezentacja. Roman Koudelka pytał się mnie, ile nam zapłacili za zmianę. Lubię też Japończyków, oni na każde zawody przywożą własne jedzenie. Te wszystkie swoje specyficzne przyprawy, nie tykają europejskich. Ale ja na ich miejscu pewnie robiłbym podobnie.

Imprezujecie?

- Skoczkowie są rzeczywiście bardzo towarzyscy, ale na imprezy nie mamy za bardzo czasu. Góra trzy razy w roku zdarzają się okazje, to gdzieś wspólnie idziemy. Po tym, jak zająłem drugie miejsce w ostatnim Turnieju Czterech Skoczni, dostałem dwa szampany od organizatorów. Trener łaskawie pozwolił mi wypić kilka łyków.

Skandynawowie wciąż mają kiepskie mniemanie o Polsce?

- Nie, czasy kiedy uważali, że u nas to tylko czołgi i puste półki w sklepach, już dawno się skończyły. Oni teraz - gdy przyjeżdżają na zawody do Polski - żyją jak królowie, bo dla nich u nas jest strasznie tanio. Pamiętam imprezę z okazji zakończenia kariery Adama Małysza. Po jego ostatnim skoku poszliśmy się trochę pobawić. Norwegowie akurat w tamtym dniu mieli krajowe zawody, więc do Polski oddelegowali wyłącznie Bjorna Einara Romorena. Nad ranem dzwonił do kolegów, opowiadając, jaki to ich wspaniały melanż ominął.

A ty gdzie lubisz jeździć na zawody?

- Nie mam jakiejś ulubionej skoczni. Jako że uwielbiam mamuty, kiedy latamy ponad te 200 m, zawsze cieszę się na konkurs w Planicy. Tam też jest zupełnie inna atmosfera - te zawody kończą cały sezon, więc jest trochę, że tak powiem, luźniej. Masz poczucie, że to już ostatni wysiłek i chwila oddechu. Poza tym tam, w Planicy, poszczególne drużyny organizują takie swoje "targi" - możesz do każdego stoiska podejść i spróbować przysmaków charakterystycznych dla danego regionu.

Kurczę, to życie nie wygląda na nudne, jak stwierdziłeś wcześniej.

- Pewnie, że bywa wesoło. Ale - poza zawodami - w dużej mierze jest po prostu wciąż tak samo. Pamiętaj, że sport zawodowy to nie tylko miłe chwile i sukcesy. To również - a może przede wszystkim - porażki.

Co było twoją największą porażką?

- Trudno jednoznacznie ocenić. Wiadomo, że każdy zły wynik boli. Ale szczególnie źle się czułem po igrzyskach olimpijskich w Soczi, gdzie zawiodłem.

Siebie czy innych?

- Przede wszystkim siebie.

Wybacz szczerość, ale swego czasu miałem do ciebie dość negatywny stosunek. Zamiast skupić się na skakaniu, robiłeś wszystko obok - grałeś w reklamach, występowałeś w telewizji. A wyników brakowało.

- Ludziom łatwo się ocenia. Nie zawsze samymi dobrymi chęciami osiągnie się wybitne wyniki. Czasem po prostu czegoś brakuje. Skoro miałem okazję zarobienia fajnych pieniędzy, to dlaczego miałbym z niej nie skorzystać? Gwarantuję ci, że przez współpracę reklamową nie zawalałem treningów, bo wszystko, co robię oprócz skoków, robię w swoim wolnym czasie. W zeszłym sezonie również miałem sporo tego typu aktywności, PZN nas wykorzystuje do promocji tej dyscypliny, to normalne. No i pamiętajmy, że skoczkowie nie zarabiają nie wiadomo jak dużych pieniędzy. Żyjemy godnie, ale bez przesady. Może lepiej opowiem ci o sukcesach? Wiesz, że kiedyś w Goleszowie [wieś leżąca w sąsiedztwie Ustronia - red.] wygrałem kufel do piwa?

Piotr Żyła
Fot. Michał Mutor

No, to fest nagroda! Kiedy to było?

- Jakieś tam pierwsze zawody dla młodzików. Oczywiście nagrodę oddałem tacie, choć babcia bała się, co to ze mną będzie, skoro już za małego wygrywam kufel do piwa. Fajnych momentów w karierze było naprawdę mnóstwo. Świetnie wspominam zwłaszcza dalekie loty na skoczniach mamucich. W zeszłym sezonie dwa razy poprawiłem swój rekord życiowy, kapitalne uczucie!

Kiedy czułeś większą dumę - gdy wygrywałeś po raz pierwszy w zawodach Pucharu Świata, czy gdy zajmowałeś drugie miejsce w Turnieju Czterech Skoczni?

- To dwa różne, osobne momenty. Pierwsze zwycięstwo w zawodach przyszło niespodziewanie. Byłem zadowolony, choć w totalnym szoku. Natomiast na wysoką lokatę w Turnieju Czterech Skoczni trochę liczyłem. Skakałem wówczas bardzo dobrze i stabilnie. Emocje mi towarzyszyły, ale inne.

Myślisz, że najlepsze dopiero przed tobą?

- Tego nie wiem. Wspaniałe na pewno już za mną. Z wiekiem staję się spokojniejszy. Staram się nie robić nikomu krzywdy ani nie wchodzić innym w drogę. Kocham Wisłę, uwielbiam te okolice, mam nadzieję, że będę mógł bywać tu częściej.

Może i ja odwiedzę koleżankę z dawnych lat?

- He he he, może?

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Żyła: Szczerze? Skoczkowie mają nudne życie
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy