Jastrzębowski: Czytał Pan moją książkę? To współczuję

Sławomir Jastrzębowski

Sławomir Jastrzębowski (Fot. Maksymilian Rigamonti/Forum)

Tę książkę odrzuciło 5 wydawnictw, mówiąc, że jest zbyt brutalna i zbyt wulgarna. Jedna z recenzentek stwierdziła, że poczuła się tą powieścią zgwałcona, a Patryk Vega uznał, że nigdy w życiu nie czytał nic równie chorego, dlatego... na jej podstawie chce kręcić serial. "Toksyna" to debiut literacki Sławomira Jastrzębowskiego, redaktora naczelnego "Super Expressu".

Sławomir Jastrzębowski: - Czytał pan moją książkę?

Marek Krześniak: - Tak.

To współczuję (śmiech).

Dlaczego?

- Oczywiście trochę żartuję, ale książka jest trudna, ciężka. Moi znajomi, którzy ją czytali, mówili, że podczas lektury cały czas mieli napięte mięśnie albo zaciśnięte zęby. Nie jest to książka, którą się czyta z dużą przyjemnością. W sensie relaksu. To pozycja, z którą trzeba się zmierzyć. Walczyć z nią albo ją przetrawić.

Moja znajoma wyrzuciła książkę po scenie, kiedy bohater bije dzieciaka na wózku inwalidzkim. "Ty jesteś nienormalny! Jak mogłeś coś takiego wymyślić!" - stwierdziła, ale dodała: "Zaraz jednak sięgnęłam po nią z powrotem, żeby zobaczyć, co będzie dalej" (śmiech). Jest coś takiego, że czytelnik zastanawia się: "Co ten debil, Sławciu, jeszcze wymyśli?"... 

Bohaterem książki jest współwłaściciel dużej warszawskiej agencji PR. Ale to raczej antybohater.

- Chciałem stworzyć bohatera, którego nie można pokochać ani polubić. To postać, która ma wszystkie wady. Jest sterydziarzem, alkoholikiem, narkomanem, seksoholikiem, mizoginem, rasistą, homofobem i wreszcie mordercą czy raczej człowiekiem planującym morderstwa. W zasadzie nie ma żadnej zalety. Chciałem stworzyć sytuację, w której czytelnik wchodzi mu w głowę (tak jak w grach gry komputerowych, w których stajesz się np. żołnierzem), tkwi tam, widzi świat jego oczyma i widzi to relatywizowanie - dobrze zrobił albo niedobrze. I wiedząc, że musi odrzucić tego bohatera - bo to jest obrzydliwy koleś - w paru miejscach tej powieści bierze jego stronę, np. w sytuacji kiedy razem z gangsterem w zasadzie gwałcą szefową z korporacji, tyle że ta kobieta wcześniej zniszczyła czyjeś małżeństwo tylko dla zabawy, więc myślimy "Dobrze ci tak, k...a". Ale kto się na niej mści? Człowiek, którego nie akceptujemy.

Takich drastycznych scen jest pełno. Ciekaw jestem, kto był pierwszym recenzentem pana książki. I co powiedział?

- Chyba dwóm osobom pokazałem tę książkę w miarę jednocześnie: swojej żonie, którą poznałem jeszcze podczas naszych studiów na filologii polskiej i do której mam zaufanie, gdyż pochłania mnóstwo książek, oraz Patrykowi Vedze, z którym mam bardzo dobre relacje. I dostałem dwa sprzeczne komunikaty. Pierwszy - "Ta książka jest bardzo dobrze napisana, genialna, ale nigdy bym jej nie przeczytała, gdyby nie ty, zrobiłam to tylko dla ciebie. Gdyby to nie była twoja książka, odrzuciłabym ją po pierwszych 10 czy 20 stronach. Ja nie chcę wiedzieć, że taki świat jest. Wiem, że gdzieś się z takim światem spotykasz, że o taki świat się ocierasz, ale ja nie chcę wiedzieć, że on taki jest". To była opinia żony. Natomiast Patryk Vega powiedział z rodzajem podziwu: "Sławciu, k...a, wydawało mi się, że ty jesteś takim miłym facetem, a tu coś takiego" (śmiech).

Podobno stwierdził, że to tak chore, iż chce to nakręcić?

- Chce zrobić serial, cztery odcinki. Jak pokończy swoje inne projekty, to usiądziemy, żeby zrobić z tego scenariusz. On twierdzi, że to jest genialne, i nie wierzy, że te historie są tylko inspirowane życiem, bo są zbyt prawdziwe. Patryk obraca się wśród gangsterów i mówi, że to ich prawdziwy język. Zapewniałem go, że to tylko kwestia mojego pochodzenia, bo wychowałem się w robotniczej dzielnicy.

Dlaczego bohater ma na imię Sławek, jak pan?

- Sławciu! (Autor się rozpromienia). To absolutnie celowy zabieg i prowokacja z mojej strony. Zabieg prosprzedażowy - nie ma co tego ukrywać. Ja dam mu kilka swoich cech: że jest łysy, chodzi na siłownię, jest przypakowany, jeździ bmw - ja też jeżdżę bmw (śmiech)...

I bierze pan 190 kg na klatę?

- Nie, 170 to mój rekord. Ale on ma 35 lat, a ja mam 49. Także to nie jest przełożenie jeden do jednego. Wstyd powiedzieć, ale zrobiłem to z całkowitą premedytacją. Nadałem bohaterowi kilka swoich cech, żeby ktoś się złapał w tę pułapkę, żeby ludzie zastanawiali się: "Czy naczelny tabloidu jest częścią tego świata, czy nie, czy on robił takie rzeczy?". Jest tam natomiast kilka przemyśleń bohatera, z którymi ja się zgadzam, np. dotyczących Kościoła.

Przemyślenia dotyczące polskiej literatury również?

- Tak! Ja nie jestem pisarzem. Wychowałem się na robotniczym osiedlu w Łodzi i to mi zostało na całe życie. Moi rodzice byli robotnikami z bardzo twardym kręgosłupem etycznym - to ci wolno, tego nie wolno; to jest złe, to jest dobre. To mnie poniekąd uchroniło, nie stoczyłem się, nie zostałem bandytą, nie trafiłem do więzienia jak większość moich kolegów z osiedla, tylko ugrzęzłem w Biblii, w literaturze itp. Na filologię polska poszedłem, wiedząc, że nie będę nauczycielem, bo to nie dla mnie, ale tam mogłem dużo czytać. Na 5 lat mogłem się zatopić w książkach, w jakich chciałem. Odstawałem od tych natchnionych ludzi w wyciągniętych swetrach - w tym się nie odnajdywałem. Wolałem sobie poczytać, a potem iść się wódki napić. Ale pochłonąłem mnóstwo książek.

I teraz będąc wyczulonym na słowo, dostając od różnych wydawnictw kilka razy w tygodniu książki z prośbą o recenzję, ja je czytam. I powiem panu, że zdecydowana większość literatury polskiej - moim subiektywnym zdaniem - to jest kompletne dno.

Zacytuję pana: "Siedzi sobie najpierw jakiś mięcioch autor, siedzi. I już go dupa boli, boli od siedzenia, i mózg ma zmęczony przez dupę siedzącą. Głowi się i męczy się, i poci się, i ja czuję potem to jego bezpłodne zmęczenie, ten zmęczenia smród w literach, w tej polskiej literaturze współczesnej".

- A jak już autor wymyśli jakąś historię, to ją potnie na kawałki, inwersję zrobi czasową albo terytorialną, albo dokształca się z dziedziny linii papilarnych i potem przekaże ci wiedzę na temat linii papilarnych. K...a, na co mi wiedza o liniach papilarnych? I to jest takie umęczone. Niepotrzebne mi. Nieangażujące moich emocji. Uważam, ze sztuka w ogóle, a literatura przede wszystkim, musi zaangażować moje emocje. Bo jak czytam książkę i siedzę na krześle lub w fotelu, to znaczy, że to zła książka. Jak jest dobra, to ja jestem w tej książce, a nie w fotelu. Mnie nie ma tutaj. Tak samo na dobrym filmie w kinie nie jestem w fotelu, tylko zahipnotyzowany jestem tam, na ekranie, a gdy zapalają się światła, nie wiem, co się dzieje. To musi mnie porwać, a zdecydowana większość książek mnie nie porywa.

Dlaczego napisałem tę książkę? Bo przyszedłem do domu, żona z dziećmi gdzieś na dwa dni pojechała, więc miałem dwie noce wolne. W tym czasie polecono mi pewną powieść, więc pomyślałem: "Dobra, to ją przeczytam". Nie podam tytułu, żeby nikomu nie robić krzywdy. I czytam tę książkę i k...a! Jakie to jest wszystko durne, nieprzemyślane, sztucznie wymyślone, jakie te dialogi niepasujące. Ten autor niczego nie widział, niczego nie dotknął, niczego nie poczuł, niczego nie przemyślał. Rzuciłem tę książkę, myśląc: "Inaczej się pisze, bohater powinien być inny". I zacząłem sam pisać. Ja tę książkę stworzyłem w dwie noce. Całą. Od początku do końca. Potem miesiąc siedziałem, żeby pewne rzeczy odjąć, a inne dodać, ale to wcześniej już gdzieś się we mnie kręciło.

Brał pan pod uwagę inne tytuły?

- Pierwotnie to miał być "Warszawski spleen" w nawiązaniu do "Paryskiego spleenu" Baudelaire'a, bo w książce pojawia się też nostalgia i miłość do miasta. Ale kiedy po miesiącu przeczytałem całość, ten tytuł nie oddawał emocji książki. Wiedziałem, że to powieść, która może spowodować spustoszenie wewnętrzne. To rodzaj toksyny, która dostaje się do organizmu i nie chce wyjść. Musisz ją odrzucić albo wszystko przeorganizować.

Tą toksyną jest nie tylko treść książki, ale i język pełen wulgaryzmów i pozornego nieładu, jednak mocno przemyślany, który zostaje gdzieś w głowie.

- Czyli zauważył pan, że w tkance językowej, która jest odrażająca, wstrętna i wulgarna, jednocześnie jest literacka pomysłowość i świadomy zamysł. Ta książka to także pomieszanie różnych gatunków: mamy strumień świadomości z "Ulissesa" Joyce'a, gdzie mielą się myśli bohatera, po sceny wręcz komiksowe, nadrealizmy w stylu Quentina Tarantino. Bawiłem się konwencjami. Jest tam wprost pokazany bohater Lermontowa - Pieczorin, czyli człowiek zbędny (z książki "Bohater naszych czasów").

Ja dostrzegłem nawiązanie do "American Psycho".

- Tak, można zobaczyć Patricka Batemana, choćby w tym, że bohater lubi dobre ciuchy i je opisuje. Jest biblia dekadentyzmu Huysmansa "Na wspak", jest "Fight Club". Do tego jeszcze mit Kopciuszka, bo Kasia, "kurwoanioł z Grochowa" - kochanka naszego bohatera, to przecież grochowski Kopciuszek. Ktoś napisał, że to "Pięćdziesiąt twarzy Greya" (śmiech). Próbowałem kiedyś przebrnąć przez "Greya", ale to jest tak beznadziejny kaleki język, że czytać się nie da, choć sprzedano tego miliony egzemplarzy. Nie byłem w stanie przez to przebrnąć, choć jestem zafascynowany kulturą popularną. Pracę magisterską pisałem z "Trędowatej" Mniszkówny - o kiczu w literaturze. Moja pani profesor załamała ręce, że to niemożliwe i że sobie nie życzy. Przez dwa lata ją przekonywałem i w końcu przekonałem. Zdałem ledwo, ledwo (śmiech). Kicz mnie fascynował jako przedmiot błyskawicznych wzruszeń u ludzi, którzy nie są wyrobieni i zdolni do dłuższego skupienia.

Moja książka jest więc zabawą gatunkami i konwencjami, ale jest też - co wielu osobom może wydać się żartem z mojej strony - głęboko moralna, ponieważ pokazuje, że jedyne, czego naprawdę nam potrzeba, to... ale to może zostawmy czytelnikom... Czytał pan kiedyś tak mocną książkę?

No właśnie wspomniane "American Psycho". Lecz jej nie skończyłem.

- A tę pan musiał (śmiech). Przeczytałby ją pan do końca, gdyby nie musiał?

(Długa pauza) Chyba jest duża szansa, że bym odłożył.

- Trzeba mieć specyficzną wrażliwość, żeby przez to przejść. Wie pan, co zauważyłem? Młodsi ludzie mają jeszcze mniejszą wrażliwość niż my. Pokolenie YouTube'a tak mocno tego nie odbiera. To wcale nie jest dobrze. Czasem dobrze jest coś odrzucić.

Czy to prawda, że aż pięć wydawnictw odrzuciło tę książkę?

- Tak. W jednym wydawnictwie mają taką panią recenzentkę, która decyduje, czy to jest odpowiednie dla ich czytelników, czy nie. I ona napisała straszne rzeczy, że ta książka ją zgwałciła, że niczego gorszego nie czytała, że to w ogóle nie jest literatura, że to jest chore, że nikt nie powinien tego wydać, że takie rzeczy to do psychiatry. Jak ja czytałem tę jej recenzję, to byłem bardzo zadowolony, ponieważ widziałem, że tą recenzją mści się za przeczytanie mojej książki. Za to, że musiała ją przeczytać, a nie miała na to ochoty, bo jej kobieca wrażliwość sprawiła, że pewnie najchętniej odrzuciłaby tę książkę, bo nie chce tego świata. I nie dziwię się. Ale ona musiała to przeczytać i postanowiła zemścić się na książce i na mnie, aby odreagować.

Jeśli więc musisz zrobić coś takiego, to znaczy, że książka całkowicie zaangażowała twoje emocje, że przeniknęła do twojego organizmu jak toksyna i musisz ją zwalczyć. Pomyślałem: "Aha, jak to tak działa, to genialnie". I poszedłem z książką do dużego wydawnictwa, które wydaje historie gangsterskie. Tam stwierdzili, że jest zbyt brutalna. "Jak to? Przecież wy drukujecie historie, jak bandyci mordowali ludzi?". "Tak, ale są napisane inaczej. To jest zbyt drastyczne, co ty piszesz". Wtedy uznałem, że ta książka ma potencjał bomby jądrowej. Szukałem więc jeszcze kilku innych wydawnictw. W jednym mi powiedziano, że to jest szkic dopiero (śmiech).

Kiedy już byłem przekonany, że sam ją sobie wydam, moja znajoma powiedziała, że zna kobietę ze Świata Książki i może jej to wysłać. Po jakimś czasie zadzwoniła redaktor naczelna, że chce się ze mną spotkać. Zdziwiłem się, zwłaszcza że usłyszałem głos sympatycznej, subtelnej dziewczyny. Gdy się spotkaliśmy stwierdziła, że książka jej się podobała, że według niej jest bardzo dobrze napisana i że to jest książka o miłości. "O czym?". "O miłości". "Jak to o miłości?". "O miłości. On kocha tę Kasię i chce z nią być, ale nie może, bo pewne rzeczy w środku mu przeszkadzają. A on jest wart tej miłości. To nie jest zły chłopak" (śmiech). I tu mamy kolejne możliwe odczytanie książki, tym razem przez subtelną kobietę.

A jak ją odbierze większość czytelników?

- Będzie skandal! Będą skakać mi po klatce piersiowej - zdaję sobie z tego sprawę. Ale to dobrze. Dobrze o tyle, że skandal to dobra forma komunikacji. A jaka książka wzbudziła ostatnio kontrowersje albo skandal? Ta już wzbudza. I dobrze, bo człowiek będzie musiał zająć stanowisko. Niech on tam sobie na mnie pluje, ale będzie musiał przeczytać książkę, żeby mieć swoją opinię. Sięgną po nią i politycy, i celebryci. I niektórzy z nich się tam odnajdą (śmiech).

Mam nadzieję, że powstała książka, która gdzieś tam zaangażuje ludzi w proces myślenia, bo jest zbudowana wielopoziomowo i można ją czytać na różne sposoby, od najprostszego: "He, he, he, głupi Jastrzębowski z tabloidu napisał książkę. To debil jest. Chodzi na siłownię i to taka książka dla debili jest". To jest poziom numer 1. Ale poziom numer 2 to: "Aha, ale przecież tam jest Huysmans, tam jest Baudelaire, Rimbaud, Lermontow, "Fight Club" i odniesienia do "Łaskawych" Jonathana Littella. To jest poemat o rozpaczy. Jednak wiem, że niektórzy będą chcieli to maksymalnie spłycić.

Czy jeśli wyjdzie z tego film, to czy historia nie zostanie spłycona do wulgaryzmów i sensacji? Zwłaszcza jeśli zrobi to taki reżyser jak Patryk Vega?

- Z Patrykiem mam tak, że kilka jego filmów lubię, kilku - nie. "Służby specjalne" bardzo mi się podobały, "Pitbull" też, a "Botoks" średnio - za szybko to zrobił. Natomiast ja wiem, że on ma odpowiednią wrażliwość, także na język.

Poza tym Patryk Vega jest chyba reklamą dla książki?

- Znakomitą! To cyniczno-pragmatyczna historia, ale kiedy poszła informacja, że on będzie to reżyserował, portale internetowe się zagrzały. A jeszcze jak to umieściliśmy na okładce? Wszyscy będą się zastanawiać: "Nowy wymiar zła? O co chodzi? Muszę to sprawdzić, skoro Vega się tym zachwyca..." A jak pan wie, Vedze nie jest tak łatwo zaimponować, jeśli chodzi o te klimaty. Tak więc sprzedajemy także jego nazwiskiem, bo co na rynku książek znaczy nazwisko Jastrzębowski? No nic - w wieku 49 lat to jest debiutant.

Ciekawy jestem, ile po premierze książki będzie reakcji takich jak Patryka Vegi: "Nie sądziłem, że taki jesteś". To utożsamianie pana z bohaterem książki będzie nagminne.

- Na całe szczęście jestem inny. Na całe szczęście mam cudowną miłość. Moja przewaga nad bohaterem książki jest taka, że ja mam wspaniałą rodzinę i tę samą kobietę od 25 lat. Mnie miłość uratowała

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Ramzes Selekcjoner zdradza, jak wejść na imprezę do klubów z selekcją
  • Piotr Żyła Żyła: Szczerze? Skoczkowie mają nudne życie
  • - Andrzej niczego nie doceniał. W więzieniu bardzo się zmienił, już nie jest tym człowiekiem, którym był kiedyś "Słowikowa": Nie potrzebuję futer i Mercedesów, bo to wszystko już miałam
Skomentuj:
Jastrzębowski: Czytał Pan moją książkę? To współczuję
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy