Kotarski: Weryfikacja informacji w internecie jest ostatnią cnotą, o którą się dba

-  Poszedłem na prawo, aby uniknąć jakichkolwiek ścisłych zagadnień. Skończyło się tak, że wylądowałem na seminarium magisterskim z logiki, która okazała się jednym z moich ulubionych przedmiotów!

- Poszedłem na prawo, aby uniknąć jakichkolwiek ścisłych zagadnień. Skończyło się tak, że wylądowałem na seminarium magisterskim z logiki, która okazała się jednym z moich ulubionych przedmiotów! (Fot. materiały prasowe)

- Niestety często jest tak, że im popularniejsze medium, tym więcej zawiera informacji wyssanych z palca - przyznaje Radosław Kotarski, popularyzator wiedzy, twórca kanału Polimaty na Youtube.

Kuba Dobroszek: - Pamiętasz twierdzenie Pitagorasa i jaki był ustrój w Mezopotamii?

Radosław Kotarski: - Tak, choć chyba miałbym problem z zastosowaniem twierdzenia Pitagorasa w życiu. Ono się przydaje, kiedy musisz obliczyć, jak daleko ptak odleciał od swojego gniazda, ale nie jest to sprawa, która zaprząta mi uwagę na co dzień. Im dalej w las, tym więcej szkolnej wiedzy zapominamy. Chociaż jakiś czas temu, na potrzeby książki, przypomniałem sobie przebieg wojen persko-greckich (śmiech).

Zapytałem, bo jestem ciekawy, czy - twoim zdaniem - problemem jest sama wiedza, którą chcemy w szkole przekazać, czy sposób, w jaki się to robi?

- Jeżeli chodzi o dobór wiedzy, to ja niestety nie mam odpowiednich kompetencji, by stwierdzać, czego powinno się w szkołach uczyć. Mogę powiedzieć, biorąc pod uwagę doświadczenie, że mnóstwo zagadnień ze szkolnych lekcji okazało się nieprzydatnych. Z drugiej strony, na podstawie owych zagadnień bardzo często uczysz się innych, potrzebniejszych tematów. Przynajmniej w teorii.

W swoich publikacjach pisałeś, że podobne tezy wysuwają psychologowie kognitywni.

- Tak! Oni wręcz proszą, by na chwilę zapomnieć o samym pantofelku...

...moja trauma z biologii...

- ...bo rozmawiając o tym pantofelku, rozwijamy inne umiejętności. Z kolei inni psychologowie twierdzą, że to zła droga, bo jest jak próba nauczenia pływania kogoś, kto podlewa ogródek. Na podstawie tego, co wiem, sądzę, że szkoła powinna być bardziej praktyczna i mniej ogólna. Nie uważam, żeby kładzenie nacisku na wiedzę encyklopedyczną było odpowiednią drogą. Na taki sposób uczenia narzekano już zresztą w XIX w. Ja bardzo chciałbym, aby ludzie wiedzieli, jak się uczyć, bo często na to, czego się uczymy, nie mamy wpływu.

Kto jest winny?

- Żeby było jasne - ja nie winię nauczycieli. Kiedy rozmawiam z nauczycielami, to oni przyznają wprost, że nikt im nie podpowiadał, jak się uczyć. Wymagano przyswojenia wiedzy i tyle. Po drugie - sami nie mają czasu rozmawiać na ten temat ze swoimi uczniami, bo podstawa programowa jest bezlitosna: musisz pędzić, żeby zdążyć z materiałem. To zaprzeczenie tego, czym szkoła powinna być, bo ogranicza się rolę nauczyciela do kogoś, kto tylko prezentuje informacje. Tak było przecież w dawnych czasach, kiedy dostęp do książek był ograniczony.

Rozumiem, że to błąd systemowy?

- I to klasyczny. Gdybyśmy dzisiejszą szkołę, jeden do jednego, przenieśli na naukę pływania, to lekcje wyglądałyby tak: nauczyciel miałby do dyspozycji ogromny, wypasiony basen, w końcu wiele szkół inwestuje w pomoce dydaktyczne. Następnie wskakiwałby do wody i prezentował kilka ruchów. Potem odpowiedziałby na ewentualne pytania z sali. Tydzień później zorganizowałby sprawdzian, podczas którego uczniów postawiłby na brzegu basenu i wpychał do wody. Nikt w tym czasie nie zastanowił się, jak młodzi odbiorcy mają przyswoić te informacje. Nikt ich nie nauczył, jak... mają się uczyć. Dlatego uczniowie stosują metody intuicyjne, a one są piekielnie nieskuteczne.

Radosław Kotarski
Fot. materiały prasowe

Ile w tym wszystkim winy rodziców? Często dostrzegają problemy, ale nie na własnym podwórku, nie u własnych dzieci.

- Raczej staram się nie rzucać biblijnymi kamieniami sprawiedliwości, ale problem polega też na tym, że wiele dzieciaków po prostu nie wie, że to do ich zadań i obowiązków należy uczenie się. Wydaje się to oczywiste, ale gdybyś w podstawówce zapytał mnie, kiedy się uczę, zapewne odpowiedziałbym, że na lekcji. Tak samo jako odpowiedzialnego za stan mojej wiedzy postrzegałem nauczyciela, a nie siebie samego. A zapamiętywanie i uczenie następuje w domu, nie w szkole. I dopiero przy takim nastawieniu uczeń może chcieć z własnej woli nauczyć się, jak powinien się uczyć, bo dzięki temu będzie oszczędzał czas i siły. Mało tego, wtedy jest nawet szansa, że poczuje z tego radość i satysfakcję!

No tak, mało kto lubi się uczyć. A już na pewno nie dzieciaki.

- Ale da się inaczej! Podam ci przykład fiszek, znanych już od bardzo dawna. Na jednej stronie kartki masz pytanie, na drugiej odpowiedź. Dla dziecka może to być niesamowita frajda - jak quiz czy gra planszowa. Jeśli rodzic zrobi wokół fiszek solidny show, to dziecko chwyci pewne zagadnienia, w ogóle o tym nie wiedząc. Później będzie także stosowało intuicyjnie tę metodę do zapamiętywania przeróżnej wiedzy. Ale z fiszkami trzeba ostrożnie, bo korzystając z nich, popełniamy wiele błędów.

Na przykład?

- Nie wracamy do informacji, które uznaliśmy za zapamiętaną. Tymczasem fiszka - jeśli jest dobrze zrobiona - powinna być powtórzona pięć razy w odstępach czasowych. Przy metodach uczenia się diabeł tkwi w szczegółach, pamiętajmy o tym. O tym jest moja książka.

Roman Giertych, kiedy w rządzie PiS-LPR--Samoobrona był ministrem edukacji, postulował wprowadzenie lekcji patriotyzmu, które mieliby prowadzić kombatanci. Może to był dobry pomysł?

- Tego typu idee są ciekawe, ponieważ odmieniają formę wykładową. Jednak to znowu, do pewnego stopnia, skupianie się wyłącznie na prezentacji informacji. To może być niesamowita przygoda, ale z punktu widzenia psychologii kognitywnej to jedynie dotykanie problemu. Nie da się trwale zapamiętać dużych porcji informacji, jeśli ich solidnie nie przećwiczymy. Nawet jeśli zostaną podane przez bohatera walk o wolność. Są oczywiście wyjątki, bo idę o zakład, że doskonale pamiętasz swój pierwszy pocałunek - być może pamiętasz też piosenkę, która wtedy leciała, ale nie dlatego, że ją usłyszałeś kilka razy. Po prostu pomógł silny ładunek emocjonalny. Trudno niestety o niego, gdy uczysz się o masie molowej.

Ja na przykład jestem wielkim fanem matematyki. Uważam, że powinno się jej uczyć na każdym kierunku studiów, nawet tych humanistycznych. Jak stwierdziłeś na początku naszej rozmowy - może i twierdzenia Pitagorasa nie da się zastosować w życiu, ale uczy cię za to logicznego myślenia.

- Dawniej tak samo było z łaciną klasyczną - ona miała uczyć pewności siebie. Dziś chętnie wprowadziłbym jeszcze logikę matematyczną. Kiedy szedłem na studia prawnicze, to był jedyny przedmiot, którego się bałem. Musisz wiedzieć, że poszedłem na prawo, aby uniknąć jakichkolwiek ścisłych zagadnień. Skończyło się tak, że wylądowałem na seminarium magisterskim z logiki, która okazała się jednym z moich ulubionych przedmiotów! Dużo jej zawdzięczam: potrafię się wysłowić, znam różnicę między "albo" i "lub". Matematyka powinna być nauką krytycznego myślenia, dobrzy nauczyciele doskonale o tym wiedzą.

Dobrzy?

- Dobry nauczyciel to taki, który stara się dotrzeć do uczniów troszkę innymi drogami. Który stara się stworzyć więcej haków do zawieszania informacji. Moja mama uczy języka polskiego i jestem przekonany, że jest dobrym nauczycielem, bo stara się, by każdy następny temat był opracowywany w innej formie niż poprzedni. Co nie jest proste, bo - jak już mówiłem - podstawa programowa goni.

Wierzysz w zmiany w tym aspekcie?

- Już dawno przestałem. Lucjan Zarzecki, wybitny polski pedagog, napisał sto lat temu, że gdybyśmy uczyli kogoś języka obcego nakazując wkuwanie słownika języków obcych, zbytnio nie różniłoby się to od tego, co robi się w szkołach. Jak wiele się od tego czasu zmieniło? Pochodzę z Dolnego Śląska, więc przez 11 lat uczyłem się języka niemieckiego, ale potrafię w nim powiedzieć tylko kilka słów. Tymczasem szwedzkiego uczyłem się przez pół roku i mam wrażenie, że jego gramatykę znam lepiej niż gramatykę języka angielskiego. Wszystko wiąże się z metodami, których używałem. To one wpływają także na nasze nastawienie i zapał.

Te wszystkie mankamenty systemu edukacji prowadzą do tego, że młodzi ludzie coraz częściej czerpią wiedzę z internetu. To niesie ze sobą więcej szans czy zagrożeń?

- Problem w tym, że weryfikacja informacji w internecie jest ostatnią cnotą, o którą się dba. Najlepiej niosą się treści typu: "dziecko ma jedną czwartą twarzy od mamy, jedną czwartą od taty, a resztę, na zasadzie losowania, od dziadków". Niestety często jest tak, że im popularniejsze medium, tym wię-cej zawiera informacji wyssanych z palca. Dlatego cieszę się, że do nas - do Polimatów - przylgnęła łatka twórców, którzy o odpowiednią weryfikację po prostu dbają. Nawet kosztem częstotliwości publikowania treści.

Radosław Kotarski
Fot. materiały prasowe

Namacalny przykład weryfikacji dostaliśmy przy okazji twojej ostatniej książki, kiedy na sobie sprawdziłeś skuteczność nauki języka szwedzkiego. Było warto?

- Pewnie, że było! Sam mogłem się utwierdzić w przekonaniu, że prace naukowe wybitnych specjalistów są nie tylko teoretyczne, ale działają w praktyce. Jednak najbardziej cieszą mnie wiadomości przesyłane przez czytelników, jak to dzięki mojej skromnej publikacji na przykład zdali bez problemu ważny egzamin. Starałem się, aby wszystko, co pojawia się w książce, było solidnie osadzone we współczesnej nauce, stąd kilkanaś-cie stron bibliografii, co powoduje, że z "Włam się do mózgu" nie jest wstyd się pokazać w tramwaju.

Częściej piszą do ciebie młodsi czy starsi?

- Byłem przekonany, że ta książka przyda się przede wszystkim licealistom i studentom. Tymczasem myślę, że w równej części kontaktują się ze mną zarówno uczniowie, jak i czytelnicy, którzy już dawno skończyli edukację. Dzięki temu autor przestał być ważny, a zaczęła się liczyć przede wszystkim treść, którą łatwo zastosować na co dzień. W końcu uczymy się przez całe życie.

Wydałeś ją na własny koszt, bo chciałeś komuś coś udowodnić?

- Bardzo bolał mnie sposób dystrybucji przy okazji mojej poprzedniej publikacji, której w wielkich sklepach często nie wystawiano w ogóle albo leżała np. w dziale kulinarnym. Poza tym bardzo zależało mi na przeprowadzeniu akcji "Jedna książka = jeden posiłek dla Pajacyka", co było możliwe tylko w przypadku własnej i wyłącznie internetowej dystrybucji. Chciałem także, żeby "Włam się do mózgu" było ładnie wydaną książką, nadającą się na prezent.

Myślisz, że self-publishing może wypchnąć z rynku tradycyjne wydawnictwa?

- Moim zdaniem już poprzedni rok był rokiem self-publishingu, bo nie tylko moja książka odniosła sukces. Patrzę z optymizmem na ten rynek, ale przede wszystkim na to, że ludzie wydający własne publikacje wypruwają sobie żyły, aby dostarczyć czytelnikowi możliwie najlepszy produkt. To w pełni zgadza się z moim etosem pracy, którego - mam nadzieję - nigdy w życiu mi nie porzucę.

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Ramzes Selekcjoner zdradza, jak wejść na imprezę do klubów z selekcją
  • Sławomir Jastrzębowski Jastrzębowski: Czytał Pan moją książkę? To współczuję
  • Piotr Żyła Żyła: Szczerze? Skoczkowie mają nudne życie
Skomentuj:
Kotarski: Weryfikacja informacji w internecie jest ostatnią cnotą, o którą się dba
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy