Szczęsny: Nie mam nic przeciwko, aby Juventus był moim ostatnim wielkim klubem

Sebastian Staszewski i Wojciech Szczęsny

Sebastian Staszewski i Wojciech Szczęsny (Fot. Sylwia Szyplik)

- Kiedy przychodziłem do Juventusu, wiedziałem, że ten rok będzie wyglądał tak jak teraz. Chociaż i tak gram więcej, niż sądziłem. A Gigi Buffon mi pomaga. Konsultuje ze mną to, kiedy mam wystąpić. Ustalamy to między sobą. I fajnie ta współpraca się nam układa - mówi Wojciech Szczęsny, bramkarz reprezentacji Polski i Juventusu Turyn.

Sebastian Staszewski: - Zacznijmy od zagadki. "To, że się hajtnąłem, nie znaczy, że dojrzałem". Czyje to słowa?

Wojciech Szczęsny: - Moje.

Co autor miał na myśli?

- Uważam, że jedno wydarzenie nie sprawia, że człowiek nagle dojrzewa, poważnieje. To nie znaczy, że małżeństwo z Mariną mnie nie zmieniło, nie wpłynęło na mnie w żaden sposób, ale sam ślub? No nie za bardzo. Dlatego po powrocie na zgrupowanie w Arłamowie, gdzie trenowaliśmy przed mistrzostwami Europy, wolałem kolegów uspokoić.

Jesteś dużym chłopcem?

- Pewnie tak. Ale nie jestem lekkoduchem. Chciałbym pielęgnować w sobie ten młodzieńczy entuzjazm, może nawet dziecinną naiwność. I to jak najdłużej. To, że ktoś potrafi być dzieckiem, prowadząc jednocześnie dorosłe życie, to niemała sztuka. Chociaż dla niektórych jednoznaczna z tym, że jest się niewychowanym gnojem, który nie potrafi się zachować. Ja potrafię.

Jarasz się życiem?

- Na maksa.

Balety, moety...

- No właśnie nie. To wynika chyba z tego, że gdzieś tam w środku wciąż jestem Wojtkiem z warszawskiego Grochowa, który spacerował Zamieniecką po trampki z placu Szembeka. Szybko nauczyłem się szacunku dla pieniędzy i przy pomocy zaufanych ludzi dobrze je zainwestowałem. Ja naprawdę nie potrzebuję od życia wiele. Wiadomo, że lubię dobrze zjeść, fajnie mieszkać. Priorytetem są jednak dla mnie ludzie. Apartament? Wynajmuję, choć w Londynie i Warszawie mam kilka nieruchomości. Samochód? Służbowy jeep. Jedyne, co muszę mieć, to najnowszy model iPhone'a. Wiem, że go nie potrzebuję, ale muszę i już. Wydaje mi się więc, że nie jestem zmanierowanym burakiem z kasą. Jara mnie poznawanie fajnych ludzi. Na przykład prezydenta Andrzeja Dudę. Albo Gigiego Buffona, z którym trenuję teraz w Turynie. On - legenda Juve, mistrz świata, znają go wszyscy kibice. Ja - Wojtek. I jesteśmy ziomkami. To fajniejsze od ferrari.

Buffon lubi zapalić papierosa. Ty zresztą też. Proponował?

- Proponował, lecz obiecałem żonie, że rzucam palenie. I daję z siebie wszystko. Ale i bez fajka staliśmy się kumplami. Właściwie to Gigi zaskoczył mnie tym, jakim jest człowiekiem. Nie znam drugiego faceta, który ma w sobie tyle ciepła, dobra. Ciągle się przytula! Między nami w ogóle nie bardzo jest to coś, co można nazwać "rywalizacją". Ani sportową, która jest fajna, ani niesportową, która zaczyna się, gdy dwaj zawodnicy się nie lubią. My mamy trzeci model i po prostu ze sobą nie walczymy. Kiedy przychodziłem do Juventusu, wiedziałem, że ten rok będzie wyglądał tak jak teraz. Chociaż i tak gram więcej, niż sądziłem. A Gigi mi pomaga. Konsultuje ze mną to, kiedy mam wystąpić. Ustalamy to między sobą. I fajnie ta współpraca się nam układa. Opowiedziałem to żonie, a ona nie za bardzo wiedziała, o co chodzi. A później spotkała Gigiego na mieście i mówi: "No faktycznie, to ciepło od niego aż bije!".

W Turynie masz być jego następcą.

- Kiedy podejmowałem decyzję o  tym transferze, nie robiłem tego z  myślą o  kolejnych dwóch sezonach, ale o  następnych 10 latach. W sumie nie mam nic przeciwko, aby Juve był moim ostatnim wielkim klubem. Ale spokojnie, nie wariujmy. Znam swoje miejsce w szeregu.

Aktorem jesteś nie gorszym niż Włoch.

- Aktorem?

Zagrałeś w serialu.

- "Łączy nas piłka" to serial?

Nie, ale "Pierwszy zespół: Juventus" Netflixa już tak.

- Aaa... no tak. Ale aktor to ktoś, kto gra, a mnie po prostu nagrywali w pracy. To była duża produkcja, jeździły za nami przez jakiś czas trzy kamery. Kilku chłopaków zabrało je nawet do domu, lecz przeważnie były tylko na treningach, które i tak są nagrywane. Nie czułem się więc wyjątkowo.

Wojtek, nie obraź się, ale nie chcę z tobą rozmawiać o piłce.

- Eee, to bez sensu. Płacimy rachunek i do domu. O czym ty byś ze mną chciał gadać?

O muzyce.

- Lubię. To wiem.

Po co zacząłeś uczyć się gry na fortepianie?

- Żeby zaimponować...

Komu?

- Jak to komu? Przyszłej żonie.

Udało się?

- Już od prawie dwóch lat jest moją żoną, wiec cokolwiek zrobiłem, powiodło się.

Doceniła zapewne zaangażowanie...

- Kiedy zaczynałem naukę w Londynie, potrzebowałem nauczyciela. A dziś sam bez kłopotu zagram kilka utworów. Chociaż ostatnio trochę to zaniedbałem. Fortepian został w Anglii, w Turynie mam tylko pianinko. Nie jestem jednak melomanem; nie mam fioła na punkcie nut, tak jak Marina nie ma na punkcie piłki nożnej. Ale wspieramy nasze pasje. Poza tym chciałem być świadomy pewnych rzeczy. Jeśli słucham jej nowych utworów i mówię, że coś mi się nie podoba, to wolę wiedzieć dlaczego. A że teraz muzyka non stop wypełnia nasz dom, to głupio, gdybym był muzycznym Januszem.

Marina Łuczenko-Szczęsna, Wojciech Szczęsny
Instagram/marina_official

Podoba ci się nowa płyta Mariny "On My Way"? Ja się nie znam, ale kilku krytyków twierdzi, że to nowoczesny pop na wysokim poziomie.

- Muza mojej żony podoba mi się i to nie tylko dlatego, że jest mojej żony. Jestem jednym z pierwszych krytyków, którzy oceniają jej piosenki. Sam zresztą napisałem tekst do jednej - "I Do". A więc słucham i mówię szczerze, co myślę. Kiedy album pojawił się na rynku, nie musiałem biec do sklepu, bo wszystkie utwory dawno miałem osłuchane. I daję im "lajka".

Często tworzycie duet?

- Zdarza się, ale nie mam zamiaru tego publikować.

Dlaczego?

- Bo to moja żona śpiewa, a ja tylko próbuję nieudolnie jej dorównać. Znacznie lepiej wychodzi nam, kiedy daję akompaniament, a ona wokal. Tak możemy pograć nawet dla znajomych.

Nie bądź taki skromny. Zenek Martyniuk zdradził mi kiedyś, że masz całkiem niezły głos. A wie, bo śpiewał z tobą na wieczorze kawalerskim.

- Nie ma na to żadnych dowodów. I w sumie szkoda... Kawalerski zamierzałem zorganizować w trakcie zgrupowania reprezentacji w Juracie, ale trener Nawałka nie wyraził na to zgody. Poszedłem więc do szkoleniowca Romy Luciano Spallettiego. Wiedziałem, że mamy przerwę między meczami. "Trenerze, jest taka sprawa. Mam mieć wieczór kawalerski. Da trener dwa dni wolnego, bo mogą się przydać...". A Spalletti uśmiech, oczko i piątka. No to jedziemy! Nie miałem czasu, żeby ruszyć gdzieś daleko, wiec kumple przybyli do Rzymu. I zaczęli wymyślać mi wyzwania. Jednym z nich był telefon do jakiegoś artysty, z którym miałbym zaśpiewać. Pomyślałem o Zenku. To przecież luzak, fajny gość, a poza tym miałem jego numer, bo kiedyś prosiłem go o pozdrowienia. Zadzwoniłem: "Witam, tu Szczęsny, mam kawalerski, zaśpiewamy?". Zgodził się od razu, zero marudzenia. Zanuciliśmy ulubiony kawałek "Grosika": "Przez twe oczy zielone". Zadanie wykonane. Drugie było jeszcze lepsze.

Też muzyczne?

- Nie tylko miałem śpiewać, ale i grać. Koledzy w prezencie podarowali mi naprawdę piękną gitarę akustyczną. I wszystko byłoby elegancko, gdybym nie musiał iść z nią na plac Hiszpański i zarobić 15 euro. Siedziałem więc na murku i przez pół godziny grałem w kółko jeden utwór. Bo tylko jeden znałem. To były cztery chwyty "Wonderwall" Oasis. Kilku turystów coś tam wrzuciło, ale licznik zatrzymał się na 12 euro... A ja ciągle wyłem.

Udało się zebrać brakującą kasę?

- Tak, bo któryś z kolegów zlitował się i wrzucił te 3 euro. Dobra akcja, co? Bramkarz Romy przed chwilą wygrał mecz z Chievo Verona, a teraz siedzi na ulicy w Rzymie i gra dla paru euro. Ale to był naprawdę kapitalny kawalerski. Jak sam widzisz, jest co wspominać.

Swój wolny czas zawsze poświęcasz na przygrywanie turystom?

- Nieważne, jak go spędzam, ważne, żeby z dala od piłki. Futbolu oglądam mało, tylko fajne mecze LM. Staram się żyć najpierw jako człowiek, a później jako bramkarz. Oddzielam pracę i chwile, gdy muszę być totalnym profesjonalistą, od momentów, gdy mogę się odłączyć.

Śledzisz NBA?

- Nie. I szkoda, bo gdy przyjeżdża Marcin Gortat, nie mamy o czym rozmawiać.

Łukasz Fabiański i Arek Milik nie lubią tego.

- Nie tylko w szatni reprezentacji, ale i Juventusu wielu chłopaków ogląda NBA. Zawsze jak ich słucham, to powtarzam tylko, że Gortat jest najlepszy, a jest najlepszy, bo to Polak. Dlatego go "propsuje". A mówiąc serio, to koszykówka nigdy mnie nie wciągnęła.

A co wciągnęło?

- Grać najbardziej lubię w golfa. A oglądać skoki narciarskie.

Leć, Adam, leeeeeeć!

- Lubię te emocje, bo rywalizują Polacy, którzy mają szanse na zwycięstwo. Przeżywam to razem z nimi. Szczególnie że od dawna walczymy o najwyższe cele. Dzięki, Adaś!

10.06.2016 Francja , La Baule. Wojciech Szczesny podczas treningu na Mistrzostwach Europy EURO 2016 . Fot . Kuba Atys / Agencja Gazeta SLOWA KLUCZOWE: pilka nozna reprezentacja EURO /FR/
FOT. KUBA ATYS

A co z tym golfem? To raczej sport dla starszych panów. Prezes Zbigniew Boniek gra regularnie, dyrektor sportowy kadry Tomasz Iwan, Jerzy Dudek. A młodzi wolą piłkę kopaną na PlayStation albo Xboxie.

- Wcale nie. Gdybym dziś miał wybrać inną dyscyplinę niż futbol, postawiłbym pewnie na golfa. A gdyby ktoś mi powiedział, że niezależnie od wyboru osiągnę duży sukces, to też wybrałbym golfa. Nie żartuję. Chociaż czuję, że sukcesu bym nie osiągnął... Golf daje mi jednak niesamowity spokój, wyciszenie, możliwość skupienia się, fajnie spędzony czas. Nie wiem, czy podobnie byłoby, gdybym był "profi", pewnie tak. Bo jedyne, co psuje zabawę, to nieudane uderzenia. Chociaż gdybym był golfistą, marzyłbym pewnie, aby zostać piłkarzem.

A ze mną byś się zamienił?

- Niekoniecznie.

Szkoda. Ale masz ciągotki dziennikarskie. Nie mówię o tym, jak swobodnie czujesz się przed kamerą, ale przecież zdarzyło ci się przeprowadzić na antenie Polsatu wywiad z Grześkiem Krychowiakiem, a na konferencji zadać pytanie trenerowi Bogdanowi Zającowi. Prowadziłeś też "Ekspercie Studio" na kanale PZPN "Łączy nas piłka".

- Jeśli siedzisz ileś tam dni na zgrupowaniu, to ci się nudzi. Wymyślasz więc coś, żeby nie leżeć w pokoju. Ale po zakończeniu kariery niekoniecznie widzę się w roli eksperta siedzącego w studiu i mówiącego mądre rzeczy. Dziennikarstwo? Nie sądzę. Właściwie to nie chciałbym mieć potrzeby kontynuowania przygody z piłką. Na świecie jest jeszcze kilka fajnych rzeczy, które można robić.

Na przykład?

- Na przykład projektowanie wnętrz. Moją pasją jest architektura. I bardzo chciałbym zostać architektem, projektantem albo deweloperem. Dużo czasu spędzam na dbaniu o moje nieruchomości, urządzam je, aranżuję. Kiedyś może w tym kierunku się podszkolę.

To mam dla ciebie hasło reklamowe. "Szczęsny - złapię każdą okazję".

- Że niby po taniości?

Nie po taniości, tylko w promocji.

- Najważniejsze, żeby było ładnie. Wiesz, że raz wysłałem mój projekt do znajomej pani architekt, chciałem, żeby go poprawiła, oceniła. Obejrzała, dzwoni i pyta: "Wojtek, a co ja mam właściwie z tym zrobić, jak to jest gotowe"? To chyba coś tam kumam.

Wygadany jesteś, języki znasz. Mógłbyś zostać politykiem. Głosowałeś kiedyś?

- Nie, nigdy.

Bo nie mogłeś czy nie chciałeś?

- Bo nie mogłem. Kiedy mieszkasz za granicą i prowadzisz życie piłkarza, to naprawdę skomplikowana operacja. Przecież co kilka dni wsiadam do samolotu, lecę na północ albo na południe. Ale jeśli będę mieszkał w Polsce, to będę głosował. Chociażby z obowiązku obywatelskiego. Choć dziś jestem nieobecny, jeśli chodzi o polską politykę.

No zaraz, zaraz. Prezydenta Dudę znasz.

- Fakt, poznaliśmy się w Arłamowie. Fajny facet, sympatyczny. I pali papierosy, wiem, bo go o to zapytałem. Ale przy głosowaniu wolałbym jednak kierować się innymi kryteriami, haha.

Jakimi?

- Nie mam teraz zamiaru wychodzić na malkontenta. Każdy uważa, że w jego kraju polityka jest najgorsza, nie wiedząc często, jak źle jest w innych państwach. Dla mnie to logiczne, że zawsze będzie dyskusja, zawsze będzie władza, zawsze będzie opozycja. Połowa zazwyczaj jest zadowolona, a połowa będzie marudzić. Więc kłótnie i tak się zdarzą. Ale my w Polsce powinniśmy przede wszystkim nauczyć się rozmawiać. Bo niestety, ale problemem często jest poziom debaty, brak akceptacji poglądów drugiego człowieka. A że idzie nam to różnie, to później jeden z obozów płacze, że na świecie źle nas postrzegają, bo ten drugi zrobił to i to.

To jak jest z opinią o Polakach? Często dzwonią do ciebie koledzy z Anglii i pytają, co się w tej Polsce wyrabia? Albo Włosi łapią się za głowę i krzyczą "Mamma mia!".

- Właściwie to nigdy nie miałem takiego przypadku. W ogóle w życiu tylko dwukrotnie ktoś odniósł się bezpośrednio do tego, że jestem z Polski. A przecież przez kilka lat jeździłem po Londynie na polskich "blachach", nie ukrywałem się. Prawdziwe zainteresowanie naszym krajem było przed Euro 2012. Na Wyspach trwała dyskusja o tym, czy w Polsce jest rasizm, czy nie, czy bezpiecznie jest jechać na mistrzostwa Europy. Ktoś się mnie o to zapytał, powiedziałem, że oczywiście nie ma się czego obawiać, i na tym temat się zakończył.

Czujesz dziś wyjątkowy związek z jakimś miastem?

- Nie.

Kiedyś mówiłeś, że stajesz się londyńczykiem.

- Tak mówiłem. Dziś uwielbiam Warszawę, która zawsze będzie moim domem i nic nigdy tego nie zmieni. Wspaniale wspominam Londyn, gdzie mam dom i gdzie chętnie wracam, tam przecież dojrzewałem. Teraz odkrywam Włochy. Wydaje mi się, że z dumą mogę stwierdzić, iż jestem obywatelem świata. Wszędzie się odnajdę. Jeżeli los zepchnie mnie do Chin, choć mam nadzieję, że nie, to też sobie poradzę. Absolutnie nie boję się życiowych wyzwań, także tych związanych z podróżami. Jeżeli tylko będę miał przy sobie żonę, która mnie wspiera tak jak teraz, to nie ma się czego bać.

Naprawdę mocno ją kochasz...

- No przecież nikt ot tak nie zaczyna uczyć się gry na fortepianie, prawda?

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Artur Boruc Artur Boruc: "Sodówka" każdemu odbija
  • Piotr Żyła Żyła: Szczerze? Skoczkowie mają nudne życie
  • Robert Lewandowski Lewandowski: Kryzys męskości? To przecież dobrze, gdy facet o siebie dba
Komentarze (1)
Szczęsny: Nie mam nic przeciwko, aby Juventus był moim ostatnim wielkim klubem
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy