Route 66 - Droga, której nie ma

Route 66

Route 66

To jedna z najsłynniejszych dróg świata. O Route 66 łączącej Chicago z Kalifornią śpiewali Nat King Cole i Rolling Stones, a w miasteczkach położonych przy niej kręcono słynne filmy. Dziś zapomnianą przez Boga i ludzi szosą podróżują tylko poszukiwacze jej dawnej świetności - tacy jak ja.

 

Muszę zacząć od ostrzeżenia: Route 66 nie istnieje. W 1984 r. jej ostatni kawałek usunięto z oficjalnej sieci drogowej i nie była to tylko kwestia zmiany oznakowania. Skreślając ją z sieci, władze federalne przekazały dawną drogę władzom stanowym, które wcale nie były szczęśliwe z takiego prezentu - bo to przecież tylko obciążenie dla budżetu na remonty.

Niektóre odcinki więc w ogóle zamknięto, zaorano, przekształcono w jednokierunkową uliczkę w centrum małego miasteczka (oryginalna Route 66 biegła przez sam środek wielu miejscowości, dużych i małych). Nie da się teraz tak po prostu przejechać pierwotnym szlakiem drogi.

Zanim oskarżymy Amerykanów o barbarzyński brak szacunku dla historii, zobaczmy, że robimy to samo. I u nas wiele dawnych dróg krajowych przechodzi "upgrade" do drogi ekspresowej przez dodanie drugiej jezdni albo wybudowanie obwodnicy. Towarzyszy temu tworzenie ślepych odcinków widm. Niegdysiejsze ruchliwe odcinki są zwężane i przebudowane na główne ulice małych miejscowości. Już teraz nie da się pojechać dokładnie szlakiem dawnej drogi numer 8 z Warszawy do Białegostoku.

A tam, gdzie się da przejechać historyczną amerykańską trasą, też przecież nie będziemy jechać taką drogą jak Bobby Troup (patrz ramka). Mijać będziemy zarastające krzakami stacje benzynowe, rozsypujące się motele i miejscowości, z których ostatni mieszkaniec wyniósł się ćwierć wieku temu. Gdy ruch przeniósł się na autostradę, całe miejscowości przy Route 66 - jak pustynne Amboy - straciły rację bytu.

A tam, gdzie jeszcze tli się życie - w mijanych muzeach, knajpach i atrakcjach turystycznych, zaskoczy nas trudne do wyobrażenia stężenie kiczu i tandety. Lubimy się śmiać z naszych upstrzonych żaróweczkami i paskudnymi neonami knajp przydrożnych - ale zobaczcie choćby legendę Route 66, restaurację i motel Big Texan w Amarillo. Amerykański przydrożny kicz nie ma sobie równych.

 

Route 66

  

Piosenkę Bobby'ego Troupa wylansowało trio Nata Kinga Cole'a, a później śpiewali ją m.in. Perry Como, Chuck Berry, Rolling Stones i Depeche Mode. Sporo czasu zajmuje podmiotowi lirycznemu piosenki wymienianie miejscowości wartych odwiedzenia wzdłuż drogi - Saint Louis, Joplin w Missouri, Oklahoma City, Amarillo, Gallup w Nowym Meksyku, Flagstaff w Arizonie, Winona, Kingman, Barrow i San Bernardino. W jednym z wersów piosenka rozkazuje wprost: "take the highway that's THE BEST".

 

Czy powstrzymały was te ostrzeżenia? Pewnie że nie. Mnie też nie powstrzymały. Z Route 66 jest jak z Monte Carlo albo Acapulco: warto pojechać choćby po to, żeby po powrocie wkurzać znajomych tekstami typu: "Wiesz, to już nie to, co kiedyś...?

 

 Skoro rozstrzygnęliśmy najważniejszą kwestię: jechać czy nie jechać, pozostaje następna: jak jechać? Zakładając, że chcemy przejechać całą dawną Route 66, czeka nas  wyprawa - zgodnie ze słowami piosenki - z Chicago do LA (Los Angeles). I znów zgodnie ze słowami: to ponad dwa tysiące mil (ok. 3300 km).

Na upartego i bez noclegu - do przejechania w dwa dni, ale jeśli nam chodzi o pośpiech, to i tak lepiej jechać autostradą. A w ogóle jeszcze lepiej polecieć samolotem.

 

 

 

1. Los Angeles

 

Trudno opisać radość podróżnego, gdy po raz pierwszy zobaczy ten słynny napis.

 

 

2. Bagdad

 

 W budynku, w którym nakręcono słynny film, wciąż tli się życie (choć motel już od lat nieczynny).

 

 

3. Amboy

 

 Miasto zamordowane otwarciem autostrady I-40, która przejęła cały ruch z Route 66.

 

 

4. Oatman

 

Najwyżej położona miejscowość przy Route 66, czas płynie powoli wśród spacerujących ulicami dzikich osłów.

 

 

5. Kingman

 

 Zaraz za miastem droga wspina się na przełęcz Sitgreaves. Kiedyś auta wjeżdżały na nią na wstecznym.

 

 

6. Flagstaff

 

 Arizona to raj dla miłośnika dzikiej przyrody. Mało kto tutaj mieszka... i to jest najwspanialsze!

 

 

7. Holbrook

 

Słynny motel, w którym każdy pokój to osobne indiańskie tipi, warto zabukować wcześniej.

 

 

8. Amarillo

 

Restauracja Big Texan prowadzi na szczęście też motel - to dobrze, bo po tutejszym steku już nie będziesz miał siły na nic poza leniwym trawieniem.

 

 

9. Oklahoma

 

Restauracja Big Texan prowadzi na szczęście też motel - to dobrze, bo po tutejszym steku już nie będziesz miał siły na nic poza leniwym trawieniem.

 

 

10. Kansas

 

Kansas to stan umysłu. Warto tu zjechać z autostrady, żeby... zwolnić. Dosłownie i metaforycznie.

 

 

11. Saint Louis

 

Zabytkowy most w ciągu dawnej Route 66 wybudował nasz rodak, Ralph Modjeski (syn sławnej aktorki Heleny Modrzejewskiej).

 

Kto ma naprawdę tylko jeden dzień, ten może sobie zrobić jednodniową wycieczkę kalifornijskim odcinkiem Route 66 (znakomicie oznakowanym i zachowanym w świetnym stanie) - do granicy z Arizoną. Na leniwe przejechanie całości, tak by móc się zatrzymać np. we wspomnianym Big Texan, najeść do rozpuku i spędzić noc w pobliskim motelu, proponuję zarezerwować dwa tygodnie (tydzień naraża nas na pędzenie z wywieszonym jęzorem i ciągłą nerwówkę, że nie nadążamy z planem).

Dlaczego nie 10 dni? Bo samochód najprawdopodobniej weźmiemy z wypożyczalni. To nie jest bardzo drogie, za dwa tygodnie jazdy od wybrzeża do wybrzeża (za to się dopłaca 500 dol.) zapłaciłem coś koło 1400 dol. A to nie była najtańsza wypożyczalnia ani najtańszy samochód.

Owszem, za te pieniądze można kupić jakiegoś sztrucla, ale odradzam taką opcję. Wiele odcinków Route 66 biegnie przez pustkowia, gdzie nie ma zasięgu w komórce - a porzuconą drogą przez całą dobę jedzie kilka samochodów. Dla niektórych ludzi awaria samochodu w takim miejscu to też przygoda, ale ja do nich nie należę.

Poza tym na pustynnych odcinkach naprawdę przydaje się sprawna klimatyzacja i radio satelitarne (Sirius XM), bo zwykłe FM ma tam mocno ograniczoną ofertę. To wszystko najłatwiej znajdziemy w nowoczesnym aucie z wypożyczalni (razem z systemem dokującym iPoda, zestawem głośnomówiącym itd.).

 

Wiele odcinków Route 66 biegnie przez pustkowia, gdzie porzuconą drogą przez całą dobę jedzie kilka samochodów.

 

A że wypożyczalnie mają preferencyjne tygodniowe stawki, w praktyce najlepiej rezerwację robić taką, żeby między chwilami wypożyczenia i zwrotu mijało równe 14 dni. Przy czym spóźnienie o godzinę może być kosztowne, więc warto się zjawić z lekkim zapasem.

I skoro mowa o zapasach: dobrze to zaplanować tak, żeby nie ruszać w drogę zaraz po przylocie - pierwszy dzień po męczącym locie (klasa biznes przez Atlantyk raczej nie jest na kieszeń zwykłego śmiertelnika - zresztą na takiej trasie biznes też daje w kość) trzeba zarezerwować na odsypianie i powolną adaptację do nowej strefy czasowej.

 

Pamiętajcie!

Nie ma zasięgu, a do najbliższych miejscowości będziecie mieć dziesiątki mil! Proszę zjechać z autostrady z pełnym bakiem i zapasem jedzenia i picia na wszelki wypadek!

 

Jeśli już o czasie tym mowa, to zegar praktycznie rozstrzyga pytanie o kierunek podróży. Przyjemniej będzie wysiąść z samolotu w Chicago niż w Los Angeles - krótszy lot, mniejsza zmiana czasu. W dodatku w podczas podróży, trzykrotnie przekraczając granice stanowe, zrobimy sobie prezent w postaci dodatkowej godziny snu - a jadąc z LA do Chicago, najpierw będziemy bardziej wykończeni podróżą, a potem trzy razy będziemy musieli wstać godzinę wcześniej.

Nic dziwnego, że w popkulturze też prawie wszyscy jadą w tym kierunku - od bohatera "W drodze" Kerouaca po Thelmę z Luizą!

Kończąc porady praktyczne - o ile warto zarezerwować sobie z wyprzedzeniem noclegi w wielkich miastach, to w czasie podróży spokojnie można się zdać na zasadę: "motelu szukamy, jak zaczynamy ziewać".

Nigdy nie oddalimy się od autostrady tak bardzo, żeby nie móc znaleźć przydrożnego motelu w ciągu najwyżej dwóch godzin. W tych motelach w zasadzie zawsze są jakieś miejsca. Ceny od ok. 30-50 dolarów w najtańszej sieci Motel 6 do okolic stówy za coś typu Holiday Inn. Przeważnie cena dwójki jest prawie taka sama jak jedynki, prawie wszędzie będziemy mieć internet, by sprawdzić laptopem, co tam słychać w polskiej polityce.

Zdecydowanie warto za to z góry zarezerwować sobie samochód. W obleganych punktach (np. na lotniskach) zastanie nas kolejka i tabliczka: "Dziś obsługujemy wyłącznie klientów z rezerwacją". Oczywiście, możemy odbiór robić w punkcie mniej obleganym, tak w Chicago, jak w Los Angeles wystarczy rzucić zdechłym kotem, by trafić w jakąś wypożyczalnię, ale punkty oblegane mają jedną zaletę.

Duże sieci mają swoją flotę samochodów z górnej półki - kabriolety, terenówki, limuzyny. Jeśli chcemy taki zarezerwować, płacimy dwa razy więcej niż za nudnego kompakta. Ale dla wypożyczalni taki samochód stojąc na parkingu, generuje stratę, dlatego sami zaproponują nam tanio upgrade klasy rezerwacji. Odrobina szczęścia i będziemy mieć forda mustanga w cenie toyoty camry!

 

Odcinek z Chicago do Saint Louis jest raczej nudny - prowadzi przez handlowo-przemysłowe przedmieścia. Jakby się jechało wylotową trasą gdzieś pod Warszawą czy Poznaniem. Proponuję więc przejechać pierwszą milę historycznym szlakiem drogi zaczynającej się pod Grant Park, na skrzyżowaniu Jackson Boulevard i South Michigan Avenue, ale potem od razu wskoczyć na węzeł autostradowy (Congress Parkway) i pojechać biegnącą tuż obok oryginalnego szlaku Route 66 trasą wylotową (Eisenhower Expressway). Oryginalna Route 66 na tym odcinku jest zresztą jednokierunkowa - w złą stronę!

Po jakimś czasie dotrzemy do autostrady I-55, która nas zabierze do Saint Louis. Ta założona przez Francuzów w 1673 r. miejscowość (nazwana na cześć Ludwika XIV) przez wieki była punktem wypadowym do wypraw odkrywców na niezbadany, dziki Zachód. Stąd wyruszali Lewis i Clark oraz Zebulon Pike, szukać źródeł Missisipi albo drogi do Pacyfiku.

Warto poświęcić jeden dzień na zwiedzenie - zobaczyć Gateway Arch, jedyny w swoim rodzaju gigantyczny pomnik poświęcony m.in. wyruszającym na Zachod odkrywcom, oraz dwa zabytkowe mosty, którymi kiedyś Route 66 przekraczała Missisipi. Pierwszy był McKinley Bridge, wybudowany w 1910 r. przez naszego rodaka Ralpha Modjesky'ego (syna Heleny Modrzejewskiej), drugit nietypowy (zakręcający w biegu) Chain of Rocks Bridge.

Saint Louis proponuję opuścić autostradą I-44 na zachód. Oryginalna droga na tym odcinku naprawdę nie ma w sobie nic ciekawego - znowu nudne przedmieścia, tyle że teraz raczej mieszkalne. Za to niecałe dwie godzinki za miastem pojawi się pierwsza prawdziwa atrakcja turystyczna: jaskinie Meramec.

Jeśli nam się nie śpieszy, możemy podróż kontynuować historyczną Route 66, biegnącą tu przez typowo rolniczą okolicę. Autostradą będzie trochę szybciej, ale mniej przyjemnie.

 

Jaskinie Meramec i Bumper Stickers

  

Jaskinie odkrył w 1935 r. Lester B. Dill - pionier przydrożnej rozrywki. Żeby je wypromować, dokonał jednego z najważniejszych wynalazków w dziejach amerykańskiej popkultury: nalepki na zderzak! Dziś tymi nalepkami Amerykanie się chwalą, że ich dziecko jest najlepszym uczniem, apelują o ochronę życia poczętego lub bronią prawa do aborcji, głoszą: "zatrąb, jeśli uważasz, że Obama obsysa"; "zatrąb, jeśli jesteś za prawem do posiadania broni" lub - mój ulubiony - "zatrąb, jeśli działa ci klakson". Pierwsze nalepki tego typu zachwalały zwiedzanie tych jaskiń - co jest wystarczającym powodem, by zrobić sobie parogodzinny postój.

Niebawem trafimy do Joplin w Missouri i jeśli jechaliśmy autostradą, powinniśmy z niej zjechać zaraz po minięciu tego wyludnionego górniczego miasteczka. Będzie dobrze oznakowany zjazd na "Old Route 66". To jedyna szansa, by przejechać przez Kansas, autostrada omija ten stan.

Warto nie tylko po to, by mieć zaliczony jeszcze jeden stan. Route 66 biegnie tutaj przez małe miasteczka. Czas nie stanął tu w miejscu, ale płynie bardzo powoli. Droga nadal jest centrum lokalnego życia gospodarczego - w Miami (to już w Oklahomie, ale klimat ten sam) trafiłem na sklep z używanymi grami na konsole, zrobiłem gigantyczne i tanie zakupy gier na Nintendo.

 

 

W miejscowej myjni oczyściłem samochód z drogowego pyłu, kosztowało mnie to mniej niż w Polsce (10 dolarów z napiwkiem). A przy tym uciąłem sobie sympatyczną pogawędkę z właścicielem, dla którego byłem, być może, jedynym klientem tego dnia. Ale mu to nie przeszkadzało, Kansas to stan umysłu. Ludzie przeprowadzają się tutaj, by w spokoju spędzić emeryturę, nie żeby pędzić w wyścigu szczurów.

W dodatku Kansas to już ostatnia okazja, by nacieszyć oczy zielenią. Za chwilę zobaczymy ostatnią łąkę, ostatni las liściasty, ostatnie gospodarstwo rolne wyglądające jak w Europie - w Oklahomie wjedziemy w westernowe pejzaże i już nigdy się nie zrobi "normalnie". Następny europejski pejzaż zobaczymy... po powrocie do domu z Los Angeles.

 

 

Przez Oklahomę znów mamy dwie drogi - płatną autostradę I-44 lub bezpłatną (ale przez to wciąż zatłoczoną) dawną Route 66. Płatna droga jest okropna, to problem znany nam z autostrady Stalexportu - wybudowano ją jeszcze przed rozpoczęciem budowy federalnej sieci autostrad (interstate), więc nie spełnia nowoczesnych norm, po betonowych płytach chwilami się jedzie jak po drogach pohitlerowskich.

 

Atrakcją turystyczną autostrady w Oklahomie jest nietypowy McDonald's, zbudowany ponad drogą (w Europie to częste rozwiązanie, w Ameryce bardzo rzadkie). Kiedyś był to największy McDonald's na świecie. Irytujące będzie jednak to, że w automatycznych punktach opłaty czasem wymagany będzie od nas bilon - kto nie rozmienił przed wjazdem, ten ma poważny problem.

 

Stara droga prowadzi przez malownicze miasteczka z klimatem lat 30., jak Arcadia - ale wpakuje nas w sam środek zakorkowanego i nudnego Oklahoma City. Można zrozumieć, dlaczego tutejsi mieszkańcy tak się śpieszyli z budową płatnej autostrady i zarazem obwodnicy.

Jakąś godzinkę jazdy za Oklahoma City przekroczymy granicę Teksasu. Stara droga będzie znów biec tuż obok autostrady (teraz będzie to bezpłatna I-40), czasem się z nią przeplatając jako tzw. business loop (czyli odcinek drogi wyznaczony na to, by kierowca zjeżdżający z autostrady mógł zrobić zakupy, coś przekąsić albo zostać na noc).

Znaki "uwaga na skorpiony i grzechotniki" na parkingach uświadomią nam, że już jesteśmy na Dzikim Zachodzie. Kupmy sobie kowbojskie kapelusze i inne mniej lub bardziej kiczowate pamiątki w jednym z Indian Trading Post, sklepów prowadzonych przez rdzennych Amerykanów i kontynuujących tradycje punktów wymiany handlowej zakładanych na tych dzikich terenach jeszcze w XVIII w.

Zbliżamy się do jedynej w swoim rodzaju atrakcji turystycznej: restauracji Big Texan, która przywita nas jeszcze przed Amarillo strasznie krzykliwymi i kiczowatymi reklamami. Warto poświęcić cały dzień na wyżerkę i zostać w pobliskim motelu. Jesteśmy w Teksasie, a więc motel będzie wyposażony w przydziałową packę na muchy. Pokój wielki i komfortowy, ale muchy to prawdziwe utrapienie - wystarczy otworzyć na chwilę drzwi, a kilka sztuk wleci do środka. W Teksasie wszystko, co nie wiąże się z ropą naftową, wiąże się z krowami. To widać, słychać i czuć.

 

 

No dobrze, ale warto się przemęczyć dla najlepszej wołowiny świata. Big Texan oferuje darmowy 72-uncjowy stek (ok. 2 kg). To po prostu wielka polędwica wołowa zgrillowana w całości. Jeśli zjemy ją w godzinę (razem z ziemniaczkami i surówką), jest za darmo.

 

 

To zdumiewające, ale w historii działającej od 1960 r. restauracji aż 8000 śmiałków dokonało tego czynu (na 48 tys. startujących). Ja sobie tego nie wyobrażam. Nawet nie próbowałem startować, zamówiłem zwykły stek z karty i... o mamusiu. Co za wyżerka. Byłem w stanie już tylko wtoczyć się do motelowego pokoju i leżeć bezwładnie na łóżku, patrząc na bezkarne (do czasu, do czasu) muchy.

Start w konkursie opłaca się o tyle, że niedojedzone resztki można zabrać na wynos. Za 72 dol. mamy wyżerkę dla całej rodziny, którą potem sobie odgrzejemy w mikrofalówce.

Konkursowicze muszą jednak siedzieć na specjalnym podium - reszta klientów restauracji ciągle ich zaczepia, robi sobie z nimi zdjęcia, dopinguje ich do jedzenia. Teksas to nie jest stan dla ludzi, którym przeszkadza przesada, kicz, szmira, hałaśliwość, bezpośredniość. Trzeba to albo polubić - albo przemknąć jak najszybciej do granicy stanu Nowy Meksyk.

 

 

Komu nie przeszkadza dziwaczna teksańska estetyka, ten może się zatrzymać przy zjeździe numer 62 z autostrady I-40 (biegnącej tutaj razem z historyczną Route 66), by zobaczyć tzw. Cadillac Ranch.

 

Cadillac ranch

 

 

Lokalny biznesmen Stanley Marsch III (uwielbiam ludzi z numerkiem w nazwisku) zamówił w 1974 r. u lokalnych artystów instalację, która - w zależności od punktu widzenia - albo jest przykładem ultrawyrafinowanej sztuki nowoczesnej i ważnym komentarzem społecznym, albo teksańską szmirą do kwadratu. To po prostu 10 wkopanych w ziemię samochodów marki Cadillac (ponoć wszystkie przyjechały na miejsce o własnych siłach). Każdy pokryty jest graffiti, bo nikt stąd nie przegania artystów ze sprejem. Wyrafinowany Europejczyk zobaczy tu kpinę z teksańskiego systemu wartości. Teksańczyk w kowbojskich butach zobaczy ich pomnik. Warto się zatrzymać choćby po to, by wyrobić sobie własne zdanie - a może i markerem zaznaczyć: "tu byłem", na jednej z pokrytych graffiti maszyn?

 

W Glenrio przywita nas Nowy Meksyk. Gdzie się da, radzę zjeżdżać z autostrady na biegnącą obok starą drogę, z popękanym asfaltem, którego nikt nie zmienia od półwiecza, bo i po co, skoro jest autostrada.

 

 

W Nowym Meksyku czekają nas trzy symboliczne granice Dzikiego Zachodu. W Tucumcari przekroczymy granicę między Central Time (strefą czasową, w której byliśmy od chwili wylądowania w Chicago) a Mountain Time. A potem przejedziemy mostem przez Pecos, rzekę stanowiącą symboliczną granicę Dzikiego Zachodu (słynny samozwańczy sędzia Phantly Roy Bean mawiał o sobie: "Jestem jedynym prawem na zachód od Pecos").

Tuż przed granicą z Arizoną przekroczymy Continenal Divide, czyli linię oddzielającą zlewiska Atlantyku i Pacyfiku. Przedtem czeka nas dwukrotny wybór - trzymać się autostrady czy odbijać szlakiem martwej drogi przez martwe miejscowości. Radzę pojechać szlakiem oryginalnej Route 66 - odbijającej radykalnie na północ od autostrady I-40 w Santa Rosa, ale odpuścić sobie nieciekawą pętlę - odbijającą na południe w Albuquerque.

Potem wspomniany wielki kontynentalny wododział i zapowiedziana w piosence miejscowość "Gallup, New Mexico". Proponuję nocleg, bo na czekającą nas za chwilę Arizonę warto zarezerwować co najmniej dzień nieśpiesznego zwiedzania. Możemy za ok. 100 dol. spać w historycznym El Rancho Hotel - miejscu pamiętającym liczne gwiazdy filmowe, które mieszkały tutaj podczas kręcenia westernów (John Wayne? OCZYWIŚCIE!). Albo trochę taniej w którymś z moteli przy autostradzie.

Kicz Teksasu był w złym guście, kicz Arizony jest piękny, bo autentyczny. W Holbrook przywita nas słynny motel z domkami w kształcie wigwamów. Niestety, jego światowa sława sprawia, że to jeden z nielicznych moteli, w których nie da się znaleźć noclegu z marszu, trzeba rezerwować z wyprzedzeniem. Ale zwiedzić zawsze można.

Zaraz za Winslow zjazd 264 wprowadzi nas na bardzo stary, zaniedbany odcinek historycznej Route 66 z mostem, który po wybudowaniu autostrady w 1958 r. wysadzono w powietrze. Warto mimo wszystko zobaczyć!

W Flagstaff (też występującym w piosence) może nas skusić perspektywa odbicia od Route 66 na północ, by zobaczyć Wielki Kanion Kolorado. Z pewnością warto, ale to nie obejmuje zakresu tego artykułu: warto znowu uwzględnić na to dodatkowy nocleg.

 

Prawdziwe piękno starej drogi czeka nas w Seligman, gdzie historyczna Route 66 biegnie zupełnie innym szlakiem niż autostrada. To początek najpiękniejszego odcinka - będzie westernowo, pustynnie i troszkę straszno.

Zaraz za Kingman (znów: miejscowość z piosenki!) zobaczymy górskie pasmo na horyzoncie. To Czarne Góry, Black Mountains. Droga będzie się tutaj bardzo stromo piąć do przełęczy Sitgreaves, najwyższego punktu Route 66 (3523 stóp, czyli ok. 1074 m). Widoki stąd są przepiękne, a samochody jeszcze w latach 30. XX w. ponoć musiały podjeżdżać na wstecznym, bo było za stromo nawet na jedynkę.

 

 

Zaraz za przełęczą przywita nas Oatman - górnicze miasteczko, które na zdrowy rozum powinno już dawno temu umrzeć po zamknięciu miejscowej kopalni w 1924 r. Plagą miasteczka są dzikie osły (ostrzegają przed nimi znaki drogowe!), które rozmnożyły się ponad wszelką miarę, a ponieważ dokarmiają je turyści, nie boją się ludzi, tylko atakują samochody, domagając się wałówki.

W Oatman do dziś działa hotel, w którym Clark Gable spędził noc poślubną z Carole Lombard. Hotel nie jest przesadnie luksusowy, ale gwiazda z Hollywood znalazła tutaj coś, czego żadne pieniądze nie mogły jej dać w Los Angeles: święty, k..., spokój. Na Oatman zdecydowanie radzę zarezerwować parę godzin - jeśli nie całą dobę w hotelu.

 

 

Gdy już zjedziemy z gór, przekroczymy rzekę Kolorado i przywita nas najsłynniejszy ze wszystkich Stanów - Kalifornia.

 

Od Needles historyczna Route 66 będzie biegła razem z autostradą, ale za Mountain Springs znowu się rozejdą. Uwaga, zjazd teraz jest po prostu obowiązkowy - jak przegapiłeś, zawróć!

Droga wjedzie na pustynię Mojave. Taką prawdziwą, choć bez wydm, ale za to awaria samochodu - przy braku zapasów picia - może się skończyć śmiercią. Aż do wybudowania autostrady podróż tędy naprawdę była niebezpieczna. Tutaj amerykańska armia ćwiczy działania pustynne.

W Amboy zobaczymy wymarłą miejscowość, z zachowaną w doskonałym stanie szkołą, i zabudowania motelu Roy's Cafe (motel nie jest czynny, ale biznesmen Albert Okura doprowadził przynajmniej do ponownego uruchomienia stacji benzynowej).

Amboy ma dziś czterech stałych mieszkańców, choć kiedyś miało kilka tysięcy. Wszyscy żyli z obsługi ruchu samochodowego - Amboy było pierwszą (lub ostatnią) okazją, by zatankować, odpocząć i napić się czegoś podczas jazdy przez pustynię. Gdy otwarto autostradę w 1974 r., miasteczko umarło w jeden dzień, ale budynki zachowały się w dobrym stanie.

Zaraz potem czeka nas miejscowość Bagdad, siedziba legendarnego motelu Bagdad Cafe. Został po nim tylko słabo widoczny prostokąt fundamentów wśród pustynnych zarośli - stoi jednak nadal budynek, w którym kręcono słynny film. Nieco dalej, w Newberry Springs, przywita nas w nim trochę znudzony personel, który ma kilku gości dziennie. A więc przynajmniej ma dla nich czas!

Route 66 i autostrada znów połączą się w Barstow - jeśli mamy dość pustkowi, możemy do Los Angeles jechać I-15. A jeśli nie mamy, odbijmy wzdłuż torów kolejowych linii Santa Fe starą drogą. Dowiedzie nas do przełęczy Cajon. Za nią już nas czeka San Bernardino, a więc ostatnia miejscowość z piosenki.

To już obojętne, czy do Los Angeles będziemy jechać autostradą I-10 czy historyczną Route 66. Romantyzm się ulotnił, nazwy miejscowości typu Rancho Cucamonga, Sierra Madre czy Pasadena będą się kojarzyły nie wiadomo z czym, ale już nie ma tu nic westernowego, to tylko niekończące się przedmieścia, a potem Los Angeles, którego wieżowce zobaczymy nagle za Pasadeną. 

Kontynuując historyczną drogę, wyjedziemy na Santa Monica Boulevard. Widzieć już będziemy napis "HOLLYWOOD" na wzgórzach opodal Griffith Park. Dojechaliśmy. To już Kalifornia.

Droga doprowadzi nas do wybrzeża. Możemy spać nad samym oceanem w Santa Monica, gdzie droga się kończy (może w słynnym hotelu Kalifornia - za około 200 dol., ale zależy od sezonu). Albo w tanim motelu.

No ale jesteśmy w Hollywood, a więc: zobaczmy jakąś premierę w Chinese Theatre, pospacerujmy wzdłuż gwiazd w chodniku, pogapmy się na kulturystów na muscle beach, popływajmy w oceanie albo przynajmniej wypożyczmy rower, żeby przejechać się wzdłuż wybrzeża. Zresztą sami sprawdźcie, co was kręci w Los Angeles!

I podczas ostatniej nocy w hotelu przy lotnisku, już po oddaniu samochodu - będziecie mogli wrzucić na swój blog ten wymarzony komunikat: "Przejechałem Route 66. Całe 2000 mil. To już nie to co kiedyś..."     

 

 

Tekst: Wojciech Orliński

Wojciech Orliński przejechał się przez Route 66, zbierając materiały do reporterskiej książki "Ameryka nie istnieje", która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Pascal.

Infografika: Mikołaj Kirschke, Artur Matulaniec

Zdjęcia: Wojciech Orliński, Shutterstock, AP/Agencja Gazeta, Wikipedia, Library of Congress (montaż)

 

 

Zobacz też na Logo24:

 

 

Przez dziesięciolecia mordowani, gnębieni i?grabieni, amerykańscy Indianie dzięki turystyce mogą teraz wziąć przynajmniej finansowy odwet na bladych twarzach.
 
 

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty

Stolica grzechu i gamblingu.

Sześciokilometrowa ulica architektonicznych balasów. Pijany golem na piaskowych nogach. Wyciskarka pieniędzy kontrolowana przez dwie firmy. W trakcie tygodniowego pobytu - poza porno i hazardem - w fasadzie plastikowej Sodomy znalazłem jednak szczeliny, przez które widać było prawdziwe życie.

Przygotowanie podróży bez internetu? Nonsens! Jak inaczej kupić bilet na samolot, znaleźć hotel i zarezerwować bilety do muzeów? Oto 10 stron, które naszym zdaniem najbardziej przydadzą się miłośnikom zwiedzania świata.
   

Jaki jest współczesny dżentelmen? Kurs Finishing Academy, który w trzy dni próbował ze mnie zrobić dżentelmena, uświadomił mi, jak bardzo pojemna jest definicja tego słowa. To człowiek nienaganny zarówno pod względem etycznym, jak i towarzyskim, taktowny, honorowy, godny zaufania, uprzejmy. Czy po weekendzie w Szkocji jestem już dżentelmenem?

Of course, ale nie wypada mi się tym chwalić!

ZOBACZ WIDEO

Komentarze (4)
Route 66 - Droga, której nie ma
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    Gość: Piotrek

    Oceniono 4 razy 4

    Wspaniały artykuł czytało się bez zmrużenia oka :) PS. Zazdroszczę wam tego przeżycia .

  • avatar

    Gość: Daman

    Oceniono 4 razy 4

    Super artykuł. Zazdroszcze tej podrózy. Niesamowite przezycie !

  • Artur Badura

    0

    Dotknąłem jej kołami tylko we Flagstaff, pomimo że zrobiłem po USA dobre 700 tyś km.
    Rozumiem że artykuł musiał być tak skrótowo napisany.

  • avatar

    Gość: antoni

    0

    dziękuje za mnóstwo informacji, ma drugi rok wybieramy się na motocyklach

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy