Sąsiad świata, czyli człowiek, który był wszędzie

Sławek Muturi

Sławek Muturi (Zdjęcia: montaż Michał Mutor)

Sławek Muturi odwiedził 244 państwa, kraje oraz terytoria zależne. Każdy kawałek Ziemi, który na mapie politycznej świata wyrożniony jest innym kolorem.

W każdym był kilka dni. - Oprócz Andory i San Marino, w których spędziłem tylko po parę godzin - mówi skromnie. I jeszcze dodaje, że wcale nie był wszędzie, zostało mu do zobaczenia mnóstwo miejsc.

Paszporty zmienia co rok, bo kończy mu się w nich miejsce na wizy i pieczątki. Zbiera pocztówki, nie robi zdjęć i mówi, że po prostu lubi podróżować. Rozmawiałem z nim w grudniu, dwa dni po naszej rozmowie wyjechał do Petersburga. Wrócił, udało nam się umówić na obejrzenie jego pocztówek. Po czym wyjechał z rodzinnej Polski do rodzinnej Kenii na święta Bożego Narodzenia.

 

Piotr Hykawy-Zabłocki: - Ostatnim krajem na liście był...

Sławek Muturi: - Sudan Południowy. Powstało nowe państwo, więc poleciałem, choć oczywiście w Sudanie, kiedy był jednym państwem, byłem już wiele lat wcześniej. Ale lista musi być kompletna.

 

I co teraz? Siedzisz na walizkach i czekasz na rewolucje, które stworzą nowe państwa?

(ze śmiechem) - Nie, nie, podróżuję dalej, bo lubię. Po prostu robię to inaczej. Teraz na przykład znów jeżdżę po Europie, tu jest przecież mnóstwo miejsc do zobaczenia.

Ale jak zobaczę w telewizji, że Baskowie albo Szkoci ogłoszą niepodległość, to polecę.

 

A jak zjednoczy się Korea?

- Nie... Byłem i w południowej, i w północnej, więc nie będę musiał.

193

Według listy ONZ na świecie są 193 państwa będące członkami Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz Watykan. Więcej członków ma FIFA. Drużyny piłkarskie zgłosiło 207 krajów. Sławek Muturi odwiedził aż 244 państwa oraz terytoria zależne.

 

Właściwie czemu lubisz podróże?

- Kiedyś myślałem, że ciekawość to dobre wytłumaczenie, ale teraz wiem, że chodzi dokładnie o ciekawość ludzi. Dlatego poruszam się autostopem, pociągami, autobusami, jem w lokalnych knajpkach, śpię w hotelikach. W ten sposób poznaję normalnych mieszkańców. Uwielbiam też przejścia graniczne. Tam się można tyle dowiedzieć o kraju!

Wydaje mi się, że trzeba lubić ludzi, żeby podróżować, bo podróże to ciągłe spotkania. A poza tym wydaje mi się, że wszyscy wyczuwają nastawienie. Ten kto lubi ludzi, będzie przez nich lubiany.

 

Jak właściwie zacząłeś podróżować?

- Mam to chyba w genach. Mój ojciec podpadł Brytyjczykom, kiedy Kenia była jeszcze kolonią. Dostał zakaz studiowania, więc piechotą poszedł do Egiptu. Szedł półtora roku! Skoro nie miał szansy na studia w Wielkiej Brytanii, Południowej Afryce czy USA, to chciał studiować w ZSRR. Ale trafił do Polski. Poznał moją mamę. Ja urodziłem się w Polsce, ale mieszkałem i tu, i w Kenii. Kiedy mieszkałem w Afryce, na wakacje latałem do Polski. I na odwrót. Czyli podróżowałem od małego.

 

Z rodzicami to się nie liczy. Opowiedz o pierwszej samodzielnej podróży.

- Miałem 11 lat...

 

Nie żartuj!

- Poważnie! Leciałem wtedy z Polski do Kenii, przez Moskwę. Sam. Z przesiadką i kilkoma międzylądowaniami. Nie mówiłem wtedy po angielsku, bo mieszkając w Polsce kompletnie zapomniałem ten język. Bardzo tę podróż przeżywałem, choć na miejscu ktoś mnie odebrał.

 

Jak miałem 11 lat, to sam jeździłem tylko autobusem. Ale odpowiedzi o pierwszej podróży nie zaliczam: opowiedz o takiej, którą sam zaplanowałeś, i nikt nie miał cię odbierać.

- Przez całe studia jeździłem po Europie. To były lata 80., studiowałem w Polsce, ale miałem paszport kenijski. W wakacje pracowałem w Szwecji, kupowałem studencki bilet kolejowy na cały kontynent i jeździłem.

Ale taka podróż przez duże „P” to była na zakończenie studiów. Była końcówka lat 80. Kupiliśmy z kolegami landrovera. Pojechaliśmy przez Afrykę - od Tunezji na południowy zachód, w kierunku Wybrzeża Kości Słoniowej, a potem równolegle do równika na wschód, do Kenii. Ośmiomiesięczna podróż. Wspaniała.

podróżnik, podróże, Muturi, pocztówka

 

Takie podróże wszyscy odbywają palcem po mapie, ale mało kto potem rusza naprawdę w trasę...

- Konsekwencja to moja mocna strona. Gdybym miał powiedzieć, w czym jestem dobry, tak naprawdę, to powiedziałbym, że właśnie w realizowaniu zamierzeń i planów. Jak coś postanowię, to się nie zastanawiam, czy to zrobię. Zastanawiam się kiedy. Ale wracając do podróżowania, u mnie też zaczęło się od mapy.

 

A jednak!

- Poważnie. Byłem małym chłopcem, miałem chyba sześć lat. Ponieważ na pytanie, czy podoba mi się prezent, zawsze mówiłem szczerą prawdę...

 

Mówiłeś, że ci się coś nie podoba?!

- Tak, mama mnie uczyła, że zawsze trzeba mówić prawdę (śmiech). I dlatego utarł się zwyczaj, że dorośli pytali mnie, co chcę dostać. No i to były chyba moje urodziny, byłem w księgarni i zobaczyłem atlas. Mama pokazała mi, gdzie jest Polska, a gdzie Kenia. Nie mogłem tego zrozumieć, przecież Kenia w rzeczywistości była tak daleko, a na tych obrazkach - tak blisko. Skończyło się tak, że dostałem ten atlas. Potrafiłem oglądać go całymi godzinami. I planować podróże. Jak dorosłem, pozostało mi po prostu pojechać w te wszystkie miejsca.

 podróżnik, podróże, Muturi

 

A właściwie to kiedy postanowiłeś odwiedzić wszystkie kraje na świecie?

- 1 stycznia 2000 r.

 

Dokładnie pamiętasz...

- Dokładnie. Bo to była znacząca data. Robiłem różne podsumowania i plany. No i zacząłem spisywać sobie miejsca, w których byłem. Policzyłem. Okazało się, że byłem w 84 krajach. Sprawdziłem, że na świecie jest 227 terytoriów, tyle wtedy było. Terytoriów, a nie państw, bo np. Guam, terytorium zależne Stanów Zjednoczonych, liczyłem osobno. I pomyślałem, że może odwiedzę je wszystkie.

 

Zaraz, zaraz, a jak doszedłeś do tych osiemdziesięciu kilku krajów?!

- Mówiłem, że lubię podróżować (śmiech). Trochę sam, trochę służbowo, jeździłem też z rodziną na wakacje...

Na przykład do Gujany Francuskiej. Żona pracowała wtedy w liniach lotniczych, więc staraliśmy się latać po całym świecie. Gdy byliśmy w Gujanie to syn nie miał jeszcze dwóch lat, ledwo chodził. Nauczyłem się wtedy brać mały bagaż. podróżnik, podróże, MuturiZgubiono nam walizki, więc mieliśmy mało rzeczy. No i pamiętam, że byliśmy z wizytą w takim ogrodzie z motylami, na ścieżkach kałuże, bo w tej właściwie dżungli woda nie miała szans, by odparować. I nasz syn ruszył biegiem, poplątały mu się nóżki i bam, prosto w kałużę. Trzeba było ręcznie prać jego rzeczy. Od razu, bo mieliśmy ich wtedy tyle, że wieczorem praliśmy jedną zmianę, która następnego dnia suszyła się w samochodzie na oparciu foteli, i tak codziennie. Daliśmy radę. Zrozumieliśmy, że branie wielkich toreb nie ma sensu. Teraz latam tylko z bagażem podręcznym. Skoro udało się z małym dzieckiem, to mnie też się uda.

 

Jeden plecaczek?

- Tak. Bo trzeba spakować rzeczy niezbędne, a nie te, które tylko mogą się przydać.

 

A jak się ubierasz na swoje wyprawy? Masz specjalne spodnie, buty...

- Nie, nie. Ubieram się normalnie. Moim sposobem na poznawanie ludzi jest to, by nie wyglądać jak turysta. To pomaga.

Ale oczywiście w podróż do biednych krajów biorę inne rzeczy, niż jadąc np. do Francji. Trochę starsze, znoszone, żeby nie rzucać się w oczy. To jednak jedyna różnica.

 

Wracając do roku 2000. Postanowiłeś odwiedzić wszystkie terytoria. Ale co to właściwie oznacza? Co trzeba zrobić, żeby „zaliczyć” jakiś kraj?

- Hmm, to pewnie zależy od kraju. Wydaje mi się, że na pewno trzeba wyjść z lotniska (śmiech). A poważnie, to chyba trzeba coś zjeść, pospacerować, przespać się, ale nie w hotelu na lotnisku. Ja spędziłem w każdym kraju co najmniej kilka dni. No, z wyjątkiem San Marino i Andory, gdzie byłem po pół dnia. Ale to są malutkie kraje, więc jestem usprawiedliwiony.

 

Jak organizujesz swoje wyprawy?

- Do roku 2000 latałem - tak jak już mówiłem - na wakacje oraz podróżowałem sam lub służbowo. Ale nawet na wakacjach chodziłem swoimi drogami. Jak polecieliśmy na Dominikanę, to odstawiłem rodzinę i krewnych do hotelu, a sam pojechałem autobusem na rekonesans. Wróciłem po kilku dniach, wypożyczyłem samochód i zabrałem ich na wycieczkę. Krewni nie wierzyli, że to możliwe, pytali czy to bezpieczne. A potem im się podobało.

 

Ale bywa chyba niebezpiecznie...

- Być może, ale ja się nigdy z tym nie spotkałem. Kiedy byłem z rodziną - a żona jest blondynką! - w Johannesburgu, chciałem ją zabrać do restauracji w Soweto. To podobno fatalna dzielnica. Mniej więcej pamiętałem, gdzie jest ta restauracja, bo byłem tam wcześniej. Ale pytałem o drogę. I każdy, policjant, mężczyzna ze stacji benzynowej, przechodzień mówił mi, „nie jedź do Soweto”. Czemu? „Bo tam jest niebezpiecznie”. Za pierwszym razem myślałem, że są jakieś zamieszki, dopiero potem zrozumiałem, o co im chodzi. Ale ja strachu nie czułem, żona też nie. Dojechaliśmy, zjedliśmy, poszliśmy w tym Soweto na spacer! Gdy szliśmy do muzeum Nelsona Mandeli, spotykaliśmy takich mężczyzn podpierających murki przy sklepach. Ale wystarczy mały ruch ręki, takie niby-cześć, i jesteś jak swój. Pytali, skąd jestem, mówiłem, że z Kenii. Oni, że Kenia podobno jest fajna, ja im, że owszem, ale RPA też super. Cudowne popołudnie, i nikt nawet nie próbował nam zrobić krzywdy.

podróżnik, podróże, Muturi, pocztówka

 

 

Nie przyciągasz kłopotów...

- Wiesz, że masz rację. Są ludzie, którzy przyciągają napastników, są idealnymi ofiarami. Ja nie. A poza tym ja opowiadam o Soweto, a co się może stać turystom na Dominikanie? Czasami mam wrażenie, że biura podróży specjalnie opisują i wyolbrzymiają zagrożenia, żeby zamknąć ludzi w hotelach i mieć święty spokój. Ja w hotelu wytrzymuję dwa dni, potem uciekam na wycieczki i wyciągam też rodzinę.

 

Zaraz, zaraz, ciekawa ta dygresja o bezpieczeństwie, ale ja cię pytałem, jak organizujesz podróże!

- Do 2000 roku jeździłem normalnie. A kiedy postanowiłem odwiedzić wszystkie terytoria na świecie, zacząłem planować takie trasy, by - brzydko mówiąc - zaliczyć kilkanaście krajów rocznie. Było trochę śmiechu w mojej poprzedniej pracy... Mieliśmy, ze względu na to, że dużo podróżowaliśmy służbowo, pracownika z agencji podróży na miejscu, w biurze. Czasami prosiłem, by znalazł mi połączenia lotnicze, a ja potem kupowałem bilety. Ci pracownicy się zmieniali. I kiedy tacy nowi słyszeli moje prośby, to baranieli. Bo ja np. prosiłem o zarezerwowanie biletów na przełomie kwietnia i maja: - „Do Panamy, powrót z Meksyku. A jak się nie da, to Hongkong, potem Guam i Tajwan”. Byli w szoku, że wiem, kiedy chcę lecieć, ale nie wiem gdzie.

 

Ile krajów za jednym zamachem odwiedziłeś?

- Różnie. Ale zawsze kilka. Przejeżdżałem na przykład całą Amerykę Środkową. Albo kilka wysp na Pacyfiku. Albo kraje Azji Środkowej. Żeby być w ruchu, przekraczać granice.

 podróżnik, podróże, Muturi

Gdzie śpisz w czasie swoich podróży?

- Nie lubię wydawać pieniędzy na hotele. Śpię w lokalnych motelikach, niedrogich. W ten sposób poznaję ludzi. Poza tym wielkie międzynarodowe hotele to jest inny świat, często odcinają turystę od lokalnej kultury.

 

Trochę się po tym świcie nalatałeś, to chyba i masz jakieś darmowe mile?

- Nie wiem dokładnie ile, ale wydaje mi się, że po tym, jak wziąłem całą rodzinę do Australii, a potem Nowej Zelandii, zostało mi jeszcze dwa miliony darmowych mil. W Star Alliance, bo w innych sojuszach nie wiem.

 

Dwa miliony darmowych mil? To pewnie tyle co zdjęć?

- Rozczaruję cię. Nie robię zdjęć. Wyobrażasz sobie robienie i opisywanie odbitek z tylu podróży? Szkoda mi czasu. Ale mam za to pocztówki.

 

Zbierasz?

podróżnik, podróże, Muturi- Sam do siebie wysyłam z każdego miejsca. Od kilku lat piszę na nich, co robię. Coś w rodzaju pamiętnika. Mam ich kilkadziesiąt klaserów.... Plus trochę biletów lotniczych i dwadzieścia kilka zużytych paszportów. Zmieniam je co roku, bo brakuje miejsca na pieczątki. Ponieważ są wydawane na 10 lat, a za każdy niewykorzystany rok jest 10 procent zniżki, to mam 90-procentowe rabaty.

 

A nie zdarzyło ci się, że arabski celnik krzywo spojrzał na izraelską pieczątkę lub odwrotnie?

- Uważam na takie rzeczy, planuję podróże. Ale pamiętam celników na Guamie, którzy zobaczyli irańską pieczątkę. Zaczęli mnie pytać, po co byłem w Iranie. Jak usłyszeli, że turystycznie, to zdziwili się, co tam można zobaczyć. Trochę się zirytowałem. Powiedziałem im, że jeśli skończyli pracę, to poproszę paszport i że powinni się trochę poduczyć. Bo Iran to kilkutysiącletnia cywilizacja i tam jest dużo więcej ciekawych rzeczy i zabytków niż w całych Stanach Zjednoczonych.

 

Puścili?

- Puścili.

 

A Afganistan? Kiedy tam byłeś?

- Uczciwie powiem, że czekałem na zakończenie wojny. Nie mogłem się jednak doczekać i poleciałem tam w 2007 r. Chciałem pozwiedzać kraj, ale spotkałem dziennikarzy i wolontariuszy. Za ich radą zostałem w Kabulu. Ale chodziłem bez ochroniarza, nawet po kiepskich dzielnicach. Bo mimo że Afganistan jest bardzo biedny, to nawet tam są jeszcze gorsze dzielnice. Ale wobec mnie nikt nie miał złych zamiarów. Może dlatego że jestem taki swój.

 

Co to znaczy?

- Kiedyś na pytanie, czy jestem Polakiem, czy Kenijczykiem, odpowiadałem, że pół na pół. Potem że czuję się obywatelem świata. Ale teraz, i nie chcę żebyś pomyślał, że jestem zarozumiały, mówię o sobie, że jestem kimś więcej niż obywatelem świata. Czuję się sąsiadem świata. Bo ja wszędzie jestem takim sąsiadem.

 

Nie rozumiem....

- W Brazylii pytają, czy jestem Kolumbijczykiem. W Kolumbii - czy pochodzę z Urugwaju. W Afganistanie uchodziłem za Persa, w Iranie - za Egipcjanina. W RPA myślą, że jestem z Tanzanii.... i tak dalej. Wszędzie uważają mnie za sąsiada, wszędzie jestem lokalny, no może poza Dalekim Wschodem. Podoba mi się to określenie: sąsiad świata.

 

Zaraz, a w jakich językach rozmawiasz z tymi sąsiadami?

- Rozmawiam po polsku, angielsku, francusku, niemiecku, hiszpańsku, rumuńsku i suahili.

Wolność finansowa:

Sławomir Muturi promuje ideę wolności finansowej na stronie fridomia.pl. W skrócie chodzi o to, by tak inwestować, by osiągnąć dochody pozwalające na wygodne życie. - Poszukiwanie bogactwa staje się celem samym w sobie. A przecież celem nie powinny być pieniądze. One są tylko środkiem - mówi Sławomir Muturi.

 

To wygadany z ciebie sąsiad. Wszystko planujesz, nic nie pozostawiasz przypadkowi?

- Wręcz przeciwnie! Planuję podróż, bo muszę wiedzieć, gdzie potrzebuję wizę, kiedy lecę i kiedy wracam. Ale w jej trakcie improwizuję. Jak byłem w Azji Środkowej, to wylądowałem w Uzbekistanie. Ale w stolicy coś mnie tknęło i przeszedłem z lotniska międzynarodowego na krajowe. Poprosiłem o bilet na najbliższy lot. Normalnie pojechałbym autobusem albo pociągiem, ale było popołudnie, a chciałem gdzieś pojechać. Wylądowałem w Samarkandzie. Coś mi świtało w głowie, gdy słyszałem tę nazwę, ale nic konkretnego.

 

A to przecież zabytkowe miasto!

- Tak, ale ja mam zasadę, że przed podróżą nic nie czytam o miejscu, do którego jadę. Chcę mieć świeży umysł. No i w Samarkandzie trafiłem do małego hoteliku. Wyszedłem na spacer, jakieś dzieci zaprowadziły mnie na lokalny bazar. Nawet nie pomyślałem, że to może być jakaś pułapka na turystę.

 

Oczywiście nie była?

- Oczywiście. Usiadłem w małej knajpce. Kelner podał mi kartę. A ja zapytałem go, co mi poleca. On mi podał jakąś nazwę. A ja się go pytam, czy to jest coś, co ugotowałaby mu jego babcia. Zaprzeczył. Poprosiłem więc o takie danie, które można zjeść w normalnym domu. Przyniósł. Nie pamiętam, co to było, bo ja nie mam pamięci do potraw. Ale pamiętam, że było pyszne, wokół żadnych turystów, piękny wieczór. Magiczne przeżycie. Zresztą wszędzie są jakieś piękne miejsca i ciekawi ludzie. Trzeba tylko do nich dotrzeć.

podróżnik, podróże, Muturi, pocztówka

 

A najbardziej niesamowity kraj?

- Chyba Indie. Intensywność doznań jest tam tak duża, wszystkich - ruchu, dźwięków, zapachów, aromatów, kontrastów, biedy - że oszałamia nawet doświadczonego podróżnika.

 

Powiedz, jak ty właściwie znajdujesz na swoje podróże czas i pieniądze?

- To kwestia determinacji, mówiłem, że jestem dobry w planowaniu. Koledzy kupowali samochody, ja podróżowałem. I inwestowałem w mieszkania. Teraz nie muszę pracować, jestem wolny.

 

Bogaty?

- Nie, wolność finansowa polega na tym, że nie gonisz za pieniędzmi. Mnie wystarcza na rodzinę i pasje, nie potrzebuję więcej.

 

Nie pracujesz, byłeś w każdym kraju, co ty teraz będziesz robił?

- Podróże mi się nie znudzą. A plan jest taki, że do końca życia, co roku, będę uczył się jednego nowego języka. Najłatwiej uczyć się, jeżdżąc do kraju, w którym mówi się tym językiem. Chcę studiować - ale tylko zimą i na półkuli południowej, bo ja nie lubię chłodu. A w lecie w Polsce co roku chciałbym pracować w innym zawodzie. Chciałbym być piekarzem, tramwajarzem, nawet śmieciarzem.

 

Po co?

- Żeby poznawać ludzi. To jest przecież najciekawsze.

 

Rozmawiał: Piotr Hykawy-Zabłocki

Zdjęcia: Michał Mutor, Shutterstock (montaż)

Reprodukcje: Łukasz Falkowski

 

Zobacz też na Logo24:

podróże

Wśród łowców głów

Mordercza wyprawa, próba sił menedżerów międzynarodowego konsorcjum, którzy pokonali nieprzebytą wyspę, napotykając w jej wnętrzu legendarnych i budzących postrach Dajaków.

Opowieści z Zanzibaru

Tę historię możemy rozpocząć jak Karen Blixen: "Mieliśmy dom w Afryce". Wprawdzie tylko przez dwa tygodnie, ale za to w sercu wioski i ze służbą, która niczym cienie towarzyszyła nam od świtu do zmroku.

Konkwistadorzy białych wód

Pod nogami szybują kondory. Co chwila znikają za potężnym załomem skały - wpływają w ciemność kanionu. Rzeki na dole prawie nie widać. Płynie półtora kilometra niżej.

Rachunek wędrownego pijaka

Sto wiorst nie droga, sto rubli nie pieniądz, sto gram nie wódka.

ZOBACZ WIDEO

Polecamy