Kamil Stoch: na nartach lubię skakać

- Pamiętam swój pierwszy skok. Kask spadł mi na oczy - mówi najlepszy polski skoczek narciarski, Kamil Stoch, w rozmowie z Logo.

Wojciech Staszewski: Rzadko mi się zdarza spotkać człowieka, który jest chudszy ode mnie.

Kamil Stoch - Co zrobić, taka praca.

To się od pracy zrobiło czy od dziecka tak miałeś?

- Nigdy nie miałem tendencji do objadania się ani do tycia. Ale po jakimś czasie trenowania musiałem się trochę pilnować. Jako dzieciak byłem specyficznym przypadkiem, bo miałem skazę białkową. W Polsce nie było wtedy jeszcze specjalnej żywności, mama musiała sprowadzać dla mnie produkty. Nie smakowały mi. Problem skończył się koło siódmego roku życia. Ale zawsze byłem szczupły.

?Prawdziwy góral? to twardy, potężny facet. A Ty?

- Teraz stereotypy się łamie. Góral nie musi się już ciągle zmagać z przyrodą, może wyjechać w świat.

Podobno nie można do ciebie mówić ?następca Małysza?, bo cię to wkurza?

- Początkowo się bałem, że wszyscy będą nieustannie porównywać mnie z Adamem, wymagać, żebym gonił jego sukcesy i - nie daj Boże - go naśladował. A Adam jest niepowtarzalny, to ikona. Ja skaczę na własne konto. Teraz myślę, że to bardzo miłe, że  moje nazwisko może się znaleźć obok Małysza. Dojrzałem i nie myślę, że jedyną miarą człowieka jest liczba wygranych konkursów. Pewnie, że  chcę zwyciężać, ale są rzeczy ważniejsze od sportu. Rodzina...

Odebrałeś tradycyjne, podhalańskie wychowanie: w niedzielę rano msza, potem rodzinny obiad.

- Tylko na Podhalu tak jest? To polskie wychowanie. Chodzę do kościoła, jestem praktykującym katolikiem.

W niedzielę są konkursy.

- Wtedy nie idę do kościoła, bo nie ma czasu. Staram się pójść w dzień powszedni.

O czym myślisz na skoczni? W imię Ojca i Syna?

- Wiara mi pomaga, przed zawodami staram się po modlić, a po konkursie dziękuję Bogu za to, co mi się udało osiągnąć. Lecz nie jestem przesądny, wierzę również w swoje umiejętności.

Wychowałeś się w wiosce Ząb blisko Zakopanego. Jak tam jest?

- Bardzo malownicze, przepiękne miejsce. Bawiliśmy się koło domu. Nie było takiego podwórka jak w miastach, za to mieliśmy więcej przestrzeni i wyobraźnia działała. Wystarczyła kupa desek i bawiliśmy się w statek na pełnym morzu. Raz  rąbnęliśmy mamie prześcieradło i udawaliśmy, że mamy żagiel. Była duża awantura.

Skąd się wziął sport w twoim życiu?

- W górach to naturalne. Kiedy powstał w Zębie klub sportowy, to się zapisałem. Jak miałem pięć lat i założyłem narty, od razu wiedziałem, że będę jeździł. A jak tylko zacząłem się odbijać z małych górek, wiedziałem, że będę skakał.

Co się robi w lecie w Zębie?

- Można pojechać nad morze [śmiech]. A na miejscu? Rower, chodzenie po górach. Z rodzicami, siostrami, samemu. Tata jest psychologiem sądowym, a mama urzędniczką w Zakopanem.

Rodzice co rano wsiadali w samochód i pędzili do Zakopanego?

- Tak, a ja z nimi. Kiedy zacząłem chodzić do gimnazjum, jechali na ósmą do pracy. Pracowali w dolnej części miasta. Ja wtedy szedłem albo biegłem na górę na trening, wracałem do szkoły i wieczorem do domu. Na  poważnie zacząłem trenować właśnie w gimnazjum, w szkole sportowej. W podstawówce byłem sprawny, cała klasa była. Ja lepiej skakałem.

Często trenowałeś?

- Pięć, sześć razy w tygodniu. Do  południa treningi, potem nauka.

Dłużej byłeś w szkole i na treningu niż rodzice w pracy. To spore obciążenie dla dziecka!

- Bywało trudno, zwłaszcza kiedy mi  nie szło. Od połowy gimnazjum do połowy liceum ciężko było mi się pozbierać. To wynikało z dojrzewania, zmieniałem się i miałem trudności techniczne na skoczni.

W dzieciństwie budowaliście sami skocznie?

- Tak, na stoku w Zębie. Wystarczała łopata. Usypywałem skocznię przez cały dzień. Sam, a każdy element dopieszczałem na picuś glancuś. Wieczorem raz sobie skoczyłem i przychodziłem na następny dzień, kiedy całość się uleżała i przemarzła. Najgorzej było, gdy budziłem się rano, a tu pół metra śniegu dopadało i trzeba było zaczynać od nowa.

Jaka to skocznia? K-5?

- Coś takiego, można skoczyć 7-8 m.

Nie wolałeś na nartach zjeżdżać?

- To fajne, ale mniej. W skakaniu niesamowity jest lot. Te kilka sekund daje mi pełną swobodę. Jestem sam, nie ma nikogo ani niczego wokół. Wszystko zależy tylko ode mnie. Im  większa skocznia, tym lot dłuższy i więcej przyjemności.

Pierwsze zawody?

- Miałem dziewięć lat, w Zakopanem, liga międzyszkolna. W pierwszym albo drugim roku wygrałem cykl zawodów. Skocznia była K-30, leciało się 25-28 m.

Sporo!

- Teraz w Zakopanem dla małych dzieci została zbudowana piętnastometrowa skocznia. Ale wtedy mniejszej nie było.

Pamiętasz swój pierwszy skok?

- Tak. Spadł mi kask na oczy.

Jak to spadł?

- Mieliśmy jeden kask na trzech zawodników. Na mnie był za duży. I w trakcie najazdu spadł mi na oczy.

I co?!

- Przy odbiciu już się podniósł, lecz  podczas lądowania znowu spadł  na oczy. Skok ustałem.

Nie masz lęku wysokości?

- Nie. Chociaż niektóre skocznie robią wrażenie, choćby mamut w Oberstdorfie, gdzie sama wieża ma  70-80 m wysokości. Jak się wychyli za barierkę, widok jest niezły.

Nie boisz się wypadku?

- Trzy lata temu latem przy hamowaniu nie zauważyłem, że jest bardzo sucha trawa, popełniłem głupi błąd i przeleciałem przez narty do przodu, na bark. Zerwałem więzadła, miałem dwie operacje. Wiadomo, są różne przypadki. Słyszałem, że jednemu Austriakowi na mamuciej skoczni w Vikersund, kiedy puszczał się belki, wyrwały się dwa zapięcia z przodu nart. Zjeżdżając, poodpinał całą resztę i po odbiciu ?wyrzucił? narty do przodu, a sam na butach spadł na  bulę. Trochę go powywracało, ale  stanął na nogi i zjechał na butach na sam dół.

Jak wygląda całoroczny trening skoczka?

- Na wiosnę jest tylko utrzymanie kondycji, żeby się ?nie zastać?. Bieganie, rower, gry zespołowe. Siatkówka jest na rozgrzewce przez cały rok, ale już piłka nożna od jesieni jest zabroniona, żeby się nie skończyło kontuzją. Latem - trening wytrzymałościowy, głównie marszobiegi po górach. Dochodzi trening techniczny: imitacje skoku, trening stabilizacyjny, czyli ćwiczenia równoważne. Oraz, oczywiście, zajęcia na  skoczni.

Najtrudniejsze ćwiczenie?

- Na dużych gumowych piłkach robimy przysiady, przyjmujemy pozycję dojazdową, utrzymujemy ją z zamkniętymi oczami. Ćwiczeń koordynacyjnych jest mnóstwo - żeby złapać dobre czucie.

Skąd się wziął sport w twoim życiu? Tradycje rodzinne?

- Nie. Jedna z sióstr trenowała biegi narciarskie, ale po roku zarzuciła. Teraz mieszka w Krakowie, jest prawniczką. A druga po studiach wyjechała na Cypr. Rodzice zawsze mnie wspierali w treningach, widzieli, ile radości mi sprawiają.

Odstawałeś od rówieśników? Mogłeś się upić na szkolnej wycieczce?

- W liceum nie byłem na wycieczce. Szkoła sportowa wiąże się z tym, że nie ma wycieczek, tylko zgrupowania sportowe. Tak jak nie ma wychowania fizycznego, tylko treningi. Od 12.-13. roku życia jeździłem na obozy raz w miesiącu. Po powołaniu do kadry młodzieżowej zrobiło się odwrotnie. Raz w miesiącu byłem w domu.

Pół życia na diecie? Zero pizzy albo golonki?

- Nie, ja się specjalnie nie muszę ograniczać. Nie przepadam za tłustym jedzeniem, więc nie mam problemów z utrzymywaniem wagi. Chociaż na wiosnę skoczkowie trochę tyją. Lubię pizzę, fastfoody, wołowinę, kotlet schabowy, ale golonki bym nie tknął.

Żona gotuje w domu?

- Jak jesteśmy oboje, to gotuje. Świetnie robi ryby, najbardziej lubię solę.

Jak się poznaliście?

- Mieszkaliśmy blisko siebie, a poznaliśmy się 700 km od  domu, na zawodach w Planicy. To było w 2006 r., Ewa  pojechała tam robić zdjęcia dla jakiejś gazety. Ja  pojechałem na trzy konkursy, lecz  do pierwszego się nie zakwalifikowałem, a do następnych nie było osobnych kwalifikacji. Wyszliśmy na  miasto z kolegami, którzy też  się  nie załapali. Usłyszałem, że  dziewczyny, które idą przed nami,  rozmawiają po  polsku. Zagadaliśmy. Okazało się, że z Ewą  chodziliśmy do  tej samej szkoły sportowej. Umówiliśmy się  na  kawę w Zakopanem.

Co się zmieniło w ostatnim roku, kiedy zostałeś gwiazdą polskich skoków?

- Nie uważam się za żadną gwiazdę. Lubię to, co robię, czerpię z tego dużo radości, a przy okazji mam zyski finansowe, które zapewniają mi  utrzymanie. I tyle.

Macie z Ewą dom?

- Na razie wynajmujemy mieszkanie w Zakopanem. Ale dostałem od rodziców działkę z niedokończonym domem z Zębie. Zaczęli go budować w latach 90. Mam zamiar zająć się tym w przyszłym roku.

Mógłbyś się wyprowadzić z Podhala?

- Jeżeli już, to do innego kraju. A jeśli mam mieszkać w Polsce, to  tylko w Zębie. Widok tam jest piękny... Jakby Tatry nie zasłaniały, byłby jeszcze ładniejszy.

Rozmawiał: Wojciech Staszewski

Więcej o: