Naziści atakują z kosmosu

W 1945 roku, korzystając z tajnej bazy na Antarktyce, naziści uciekli na ciemną stronę Księżyca. W 2018 roku wracają, by podbić Ziemię w filmie ?Iron sky?. Dziś wygląda on jak żart, ale może być początkiem rewolucji
Na takie szaleństwo mogli się porwać jedynie ludzie, którzy do zrobienia filmu nie potrzebują wielkich wytwórni i bardzo ważnych decydentów, mają za to pomysł i... internet. Na nasze ekrany wkracza pierwszy w historii film fabularny zrobiony z pomocą internautów i (częściowo) za ich pieniądze.



"Iron Sky" wymyśliło kilku młodych Finów z małego Tampere, którzy mieli już za sobą jeden film, zrobioną do internetu pełnometrażową fabularną parodię "Star Treka" i "Babylon 5" - "Star Wreck: In the Prikinning". Sukces, czyli 8 mln legalnych ściągnięć, dodał im skrzydeł. Eksperyment, który zaczął się w dużym pokoju w mieszkaniu jednego z nich na tle niebieskiego linoleum postanowili kontynuować na większą skalę. Zrobić coś własnego, oryginalnego, a do pomocy zaprosić jak najwięcej internautów.

Od pomysłu o nazistach z Księżyca, który narodził się (a jakże) w saunie, do premiery "Iron Sky" minęło siedem lat. W tym czasie nad filmem oprócz profesjonalnych filmowców, producentów i aktorów pracowało 2418 internautów z całego świata. Odpowiadali na rozmaite pytania filmowców, pomagali projektować statki kosmiczne, jeden z nich skomponował hymn nazistów z kosmosu, nagrywali głosy z różnymi akcentami, a także dawali pieniądze. Prawie milion z 7,5 mln euro budżetu filmu pochodził właśnie od nich. 32-letni Timo Vourensola, reżyser filmu, uważa, że to, co razem zrobili, to przyszłość kina:

- Moim zdaniem internet przeniknie kompletnie świat filmu, to tylko kwestia czasu. Filmy będzie się robić we współpracy z publicznością, dzięki niej je finansować i wśród niej dystrybuować. Wytwórnie filmowe narodziły się jakie sto lat temu i są nie do utrzymania w nieograniczonym świecie internetu. Ten przemysł musi się zmienić, żeby sztuka filmowa przetrwała - mówi Vourensola.

Czy jednak "Iron Sky" jest czymś więcej niż ciekawostką? Na pewno jest niezłą filmową zabawą. A przy okazji ostrą satyrą polityczną z zaskakująco poważnym, wręcz melancholijnym, przesłaniem.

Oto w 2018 roku zaczyna się kampania wyborcza ubiegającej się o reelekcję amerykańskiej prezydent przypominającej nie tylko z wyglądu Sarah Palin. By odwrócić uwagę wyborców od braku sukcesów, zarządza ona wyprawę na Księżyc, w której udział bierze czarnoskóry astronauta. Ma to być okazja do zrobienia zdjęcia na propagandowe plakaty, ale astronauta zostaje uprowadzony przez nazistów, którzy od 1945 roku ukrywali się po ciemnej stronie Księżyca. Wybielony ma zostać jednym z nich, a jego telefon komórkowy - posłużyć jako napęd dla wielkiego statku kosmicznego, który ma podbić Ziemię. Brzmi absurdalnie, ale jest naprawdę warte zobaczenia.

Brawurowa komedia science fiction, momentami bardzo zabawna, momentami bardzo przerysowana, zmienia się z czasem w gorzką satyrę. Może tylko odrobinę naiwną. Ale zrobili ją Finowie, a jak się dowiadujemy z filmu - to jedyny naród na świecie, który nie zamienił swoich kosmicznych urządzeń w machiny wojenne.

Więcej o: