Co ty wiesz o Bogusławie Lindzie

Ostatni macho polskiego kina kończy 60 lat. Z tej okazji pokazujemy pięć jego twarzy, bo choć okrzyknięty największym twardzielem na polskich ekranach Bogusław Linda potrafi zagrać o wiele, wiele więcej
"Bo to zła kobieta była" i "nie chce mi się z tobą gadać" - na początku lat 90. cała Polska mówiła tekstami z "Psów" Władysława Pasikowskiego.



Kultowe słowa cedził zimnym tonem Franz Maurer, pozytywnie zweryfikowany esbek, który po 1989 roku gotów był stać na straży nowego porządku Rzeczpospolitej Polskiej "bezapelacyjnie, do samego końca... mojego lub jej...". Ta rola pozostanie życiową kreacją Bogusława Lindy. Ale Linda jest też aktorem Holland, Wajdy i Kieślowskiego - w swojej rozpoczętej pod koniec lat 70. karierze pokazał wiele twarzy. Kilku z nich warto przyjrzeć się bliżej, o kilku nawet on pewnie chciałby zapomnieć.



Linda moralnego niepokoju

Miał już 28 lat, kiedy w 1980 roku dostał od Agnieszki Holland swoją pierwszą ważną rolę - młodego anarchisty w filmie "Gorączka" o zamachu na carskiego generała. Podobno kolegom z krakowskiej szkoły teatralnej mówił, że jeśli przed 30-tką nie będzie sławny, zajmie się czymś innym.



Ale po tym filmie propozycje przychodzą jedna po drugiej - Linda gra u Andrzeja Wajdy w "Człowieku z żelaza", znów u Holland w "Kobiecie samotnej", w "Matce Królów" Janusza Zaorskiego, w "Przypadku" Krzysztofa Kieślowskiego. To chyba najsłynniejsza jego rola z tego czasu - młodego człowieka, który goni uciekający pociąg i od tego, czy zdąży zależy jego przyszłe życie - zostanie albo komunistą, albo opozycjonistą albo dobrym mężem i ojcem. Linda gra bez przerwy, ale 13 z jego filmów zatrzymuje cenzura.

- Był to taki okres, kiedy robiąc film, szliśmy na wojnę - z myślą, że albo wygramy albo przegramy. Nie zależało nam na tym, żeby te filmy oglądali ludzie, zależało nam, by one były dobre - mówił w wywiadzie dla Stopklatki.

Po ,,Dantonie" Andrzeja Wajdy miał zagrać u boku Meryl Streep w "Wyborze Zofii", ale nie wypuściły go władze. Na plan "Miłości w Niemczech" Wajdy mógłby pojechać, gdyby się zgodził donosić - ale się nie zgodził.

Gdy w 1987 roku na festiwalu filmowym w Gdyni premierę miało sześć filmów z jego udziałem, dziennikarze pytali, czy nie za dużo gra. Był to jednak efekt kilku lat jego pracy.

Narodziny twardziela

- Mówiąc szczerze, w pewnym momencie zacząłem mieć dosyć grania cierpiącego inżyniera z Ursynowa, który dostaje w dupę od ustroju - powiedział Linda w jednym z wywiadów. Przyjął więc rolę w kostiumowym "Magnacie" (1986), gdzie grał najmłodszego syna tytułowego bohatera wdającego się w ognisty romans z macochą graną przez Grażynę Szapołowską. Ich scena erotyczna w maku to klasyka. Potem Linda zagrał bandziora, który ucieka z więzienia w "Zabij mnie, glino" (1987), jednym z nielicznych udanych polskich filmów sensacyjnych. Przełom, który nadszedł w 1989 roku był też przełomem w karierze Lindy.

Pierwszy twardziel III RP

Pierwszy był porucznik Arek z "Krolla" (1991), dowódca, który chce mieć święty spokój i pełen skład osobowy w jednostce ("sztuka jest sztuka"). Od tego momentu Linda i reżyser Władysław Pasikowski stworzyli zgrany tandem.



Tak narodził się Franz Maurer i ulica zaczęła mówić cytatami z "Psów" (1992), potem były "Psy 2. Ostatnia krew", "Słodko-gorzki", "Demony wojny według Goi", "Operacja Samum", "Reich". Dla Lindy "Psy" były jeszcze przedłużeniem kina moralnego niepokoju, reszta to rozrywka. Zagrał też ojca walczącego o prawo do opieki nad córką w "Tacie", ochroniarza zakochanego w nastoletniej córce gangstera "Sara" czy naukowca wplątanego w namiętny romans w "Szamance".

Bohater z lektury

Uciec z szufladki macho nie było łatwo, zresztą może Linda dobrze się w niej czuł. Prywatnie też lubi męskie rozrywki - ma licencję instruktora nurkowania głębinowego, jazdy konnej, czarny pas i pierwszego dana w judo, skakał ze spadochronem (nawet z 5 tys. metrów) i ponoć dobrze gotuje. Reżyserzy dali mu jednak szansę, by swój wizerunek twardziela wykorzystał w niekonwencjonalny sposób - był cynicznym, ale inteligentnym i przyzwoitym Petroniuszem w "Quo vadis" Jerzego Kawalerowicza i, a może przede wszystkim, księdzem Robakiem w "Panu Tadeuszu" (1999) Andrzeja Wajdy. Nie zagrał go jak księdza, ale jak awanturnika, którym był Jacek Soplica. Szkoda, że Jerzy Hoffman nie dał Lindzie zagrać czegoś więcej, gdy obsadził go w roli Wieniawy Długoszowskiego w "Bitwie warszawskiej 1920". Do tego barwnego oficera II Rzeczypospolitej aktor pasował doskonale.



Linda rozmieniony na drobne

Ksiądz Robak to niestety na razie ostatnia ważna rola Bogusława Lindy. Swój wielki sukces z początku lat 90. Linda rozmienił na drobne (wyjątkiem jest założona z reżyserem Maciejem Ślesickim Warszawska Szkoła Filmowa, w której podobnie jak wcześniej w państwowych uczelniach, Linda uczy młodych ludzi aktorstwa). Założył z kolegami aktorami (Kondrat, Malajkat, Zamachowski) sieć restauracji Prohibicja, które okazały się niewypałem, prowadził program "Co ty wiesz o gotowaniu, czyli Linda w kuchni" i wydał książkę kucharską. Choć nie śpiewa nagrał z zespołem Świetliki płytę "Las putas melancólicas" i grał w niedobrych serialach. O jednym z nich - "I kto tu rządzi" (wcielał się w rolę pomocy domowej) powiedział w wywiadzie w "Vivie": - "Robiłem to dla kasy po prostu, po to, żeby zarobić i utrzymać dom, to pomagało, ale dla mnie to było przeżycie traumatyczne." Dla widzów, zwłaszcza tych, którzy Lindę cenią, również.

Z okazji urodzin, które spędza w Łodzi na planie serialu kryminalnego "Paradoks" Grega Zglińskiego, życzymy Bogusławowi Lindzie dobrych ról w dobrych filmach. Bo to aktor, na którego chce się patrzeć.



ZOBACZ WIDEO

Polecamy