"Inferno" Dana Browna: nowe sensacje w starym stylu

Przewodnik po włoskich miastach, wykłady o sztuce w stylu Wikipedii i dobrze znany bohater - nowa powieść Dana Browna "Inferno" zabije nudę w podróży
"Inferno" po polsku ukaże się w październiku, ale na pewno jest wielu niecierpliwych miłośników Browna (jakieś 200 mln lekko licząc), którzy sięgną po oryginał. I dostaną to, czego dokładnie się spodziewają. Bo "Inferno" tylko szczegółami różni się od poprzednich powieści z Langdonem. Zupełnie jakby autor miał w komputerze genialny konspekt, w którym mechanicznie wymienia geograficzno-historyczne szczegóły.

Książki Browna są krytykowane za ciężki styl, nagromadzenie nieprawdopodobieństw i zwykłych głupot wymieszanych z faktami historycznymi. Nikt nie miałby do Browna o to pretensji - w końcu pisze powieści sensacyjne, gdyby nie zapewniał na pierwszych stronach swych książek, że wydarzenia w nich przedstawione są prawdziwe. Pisarz ma jednak misję, o której wielokrotnie mówił - chce edukować czytelnika przez zabawę, zupełnie jak w przedszkolu. Więc gdy umieszcza bzdury wśród faktów czyni podwójną szkodę. A kiedy ktoś próbuje interweniować - jak Watykan w sprawie "Kodu Leonarda da Vinci", książki, która przyniosła Brownowi wszechświatową sławę - wywołuje efekt odwrotny. Po powieści Amerykanina sięga jeszcze więcej czytelników. Ale trzeba pisarzowi przyznać - jest mistrzem w sprzedawaniu powszechnie znanych faktów jako wielkiego sekretu, który zdradza wyłącznie nam. Bo czy wiedzieliście na przykład, że Renesans narodził się we Włoszech? Nawet jeśli tak, dopiero lektura "Inferno" w pełni wam to uświadomi. To bowiem pobieżny wykład z historii literatury i sztuki włoskiego renesansu doprawiony kolejnymi zagadkami, pościgami i oczywiście spiskiem mającym na celu wybicie połowy ludzkości.

W "Inferno" Robert Langdon, ulubiony bohater Browna, profesor symbologii (żeby nie było wątpliwości - takie słowo nie istnieje, badaniem symboli w sztuce zajmuje się ikonografia) na Harvardzie budzi się w szpitalnym łóżku, nie mając pojęcia, jak do niego trafił. Dopiero niedający się pomylić z niczym zarys starego miasta we Florencji widoczny za oknem uświadamia mu, że znalazł się daleko od domu. Okazuje się też, że ktoś poważnie postrzelił profesora, przez co cierpi on na amnezję. Zniknął jego ukochany zegarek z Myszką Miki, który nosił od dzieciństwa jako przypomnienie, by świata i siebie nie traktować zbyt serio. Czyżby Brown mrugał tu okiem do czytelnika, proponując, by nie traktował serio dalszego ciągu powieści? Możliwe, choć znając raczej drętwe poczucie humoru pisarza, mało prawdopodobne. Dalej następuje charakterystyczna dla Browna galopada wypadków osnuta wokół Dantego i "Piekła", części jego "Boskiej komedii", a także florenckich, a później także weneckich skarbów renesansowej sztuki. Langdon, oczywiście w towarzystwie seksownej i zabójczo inteligentnej kobiety (IQ 208, więcej niż Stephen Hawking i Garri Kasparow), która porzuca wszystko, by go ratować i towarzyszyć mu w rozwiązaniu zagadki, rozpoczyna ucieczką przed demoniczna tajną organizacją zwaną Konsorcjum. Cóż, niebieskooki profesor musi mieć naprawdę nieodparty urok. Nawet gdy, zamiast w firmowe profesorskie tweedy, odziany jest w przykrótką szpitalną koszulę. Jego pierwszą przeciwniczką jest Lisbeth Salander na sterydach, czyli demoniczna morderczyni-motocyklistka w czarnej skórze. Szybko do pościgu dołączają kolejni. I tak razem z Langdonem przez króciutkie, poszatkowane rozdziały, pędzimy ku finałowej odpowiedzi, która, jak to w książkach Browna, jest niezbyt satysfakcjonująca. Od czasu do czasu zatrzymujemy się jednak, by wysłuchać miniwykładów o Dantem, Michale Aniele, Botticellim, czy poszczególnych zabytkach. Wykładów w stylu Wikipedii i znudzonego miejskiego przewodnika: po prawej słynny most, po lewej słynny pałac, przed nami na cały świat słynna Galeria Uffizi. Można więc użyć książki Browna jako przewodnika po włoskich miastach, najlepiej jednak się nadaje do zabijania nudy podczas długich podróży.

Jak powiedział brytyjskiemu "The Daily Telegraph" przewodniczący włoskiego Towarzystwa Dantego, a przy okazji przewodniczący florenckiej rady miasta Eugenio Giani, "Boska komedia" ma 600 lat i przeżyje parę błędów, jakie popełnił Dan Brown. Za to miasto chętnie powita boom turystyczny, jakiego doświadczyły miejsca opisane w poprzednich powieściach Browna.



Więcej o: