Nowa książka Stephena Kinga - "Joyland?. Straszy czy tylko smuci?

Wesołe miasteczko nad oceanem, złoty chłopak ze złamanym sercem i duch zamordowanej dziewczyny, który mieszka w pałacu strachów. Zamiast dreszczyku napięcia w nowej powieści Stephena Kinga ?Joyland? - melancholia. Ale to nie jest wada
Stephen King jest prawdziwym królem. Królem horrorów, które zdarzają się zupełnie zwyczajnym ludziom w zupełnie zwyczajnych miejscach. Królem sprzedaży swoich powieści i zbiorów opowiadań - 350 mln egzemplarzy mówi wszystko. I królem ekranizacji - Imdb.com, internetowa encyklopedia filmowa, wymienia 163 tytuły filmów (długich i krótkich) i seriali opartych na jego pisarstwie. Każda książka 65-letniego Amerykanina to wydarzenie oczekiwane nie tylko przez jego fanów, ale i przez Hollywood.

365 stron z 1973 roku

"Joyland", choć na tle dwóch ostatnich, monumentalnych powieści Kinga "Pod kopułą" (928 stron) i "Dallas '63" (864 strony) sprawia wrażenie zaledwie mocno rozbudowanego opowiadania (ma tylko 336 stron), dostarcza jednak sporo przyjemności. Nieco innej jednak, niż po mistrzu powieści z dreszczykiem, godnym spadkobiercy swego rodaka Edgara Allana Poego, można by się było spodziewać. Tytułowy "Joyland" to lunapark nad oceanem w fikcyjnym miasteczku w Karolinie Północnej. Jest miejscem radosnej zabawy dla dużych i małych, ale też miejscem ciężkiej pracy obsługi. I miejscem zbrodni. Przybywamy tu latem 1973 roku razem z 21-letnim studentem Devinem Jonesem, którego właśnie rzuciła dziewczyna.

- Rok 1973 był rokiem embargo OPEC na ropę, rokiem, kiedy Richard Nixon ogłosił, że nie jest kanciarzem, rokiem śmierci Edwarda G. Robinsona i Noela Cowarda. To był stracony rok Devina Jonesa. Byłem dwudziestojednoletnim prawiczkiem z literackimi ambicjami. Miałem trzy pary dżinsów, cztery pary majtek, zdezelowanego forda (ze sprawnym radiem), sporadyczne myśli samobójcze i złamane serce - pisze King. I nawet jeśli nie mamy szansy pamiętać roku 1973 ani nie wiemy, kim byli Edward G. Robinson (amerykański aktor znany m.in. z tytułowej roli w gangsterskim "Małym Cezarze" z 1931 roku) i Noel Coward (brytyjski dramaturg, scenarzysta filmowy, reżyser teatralny i aktor), szybko przesiąkamy stworzoną przez Kinga atmosferą.

Devin Jones wzrusza

Atmosferą czasów, kiedy istniały jeszcze lunaparki pełne "kuglarzy z kuglarzy" - ludzi, którzy wychowywali się w objazdowych wesołych miasteczkach. Oni od dziecka umieli sprzedawać zabawę, kiedy studenci obściskiwali się, nie zdejmując ubrań. 21-letni prawiczek nie był wybrykiem natury. Co nie znaczy, że się tak nie czuł i nie cierpiał z tego powodu. Zwłaszcza, kiedy dziewczyna, która nie chciała zrobić z nim "tego", ochoczo wskoczyła do łóżka jego następcy.

Devin Jones całymi dniami ciężko pracuje w "Joylandzie", odkrywając w sobie talent do zabawiania dzieci. Wieczorami słucha Doorsów i Pink Floydów. Czyta "Władcę Pierścieni" Tolkiena. Gra w scrabble ze swoją gospodynią, wdową po konserwatorze z lunaparku i jej przyjaciółką bibliotekarką. Poznaje też przyjaciół, takich na całe życie. I słyszy tragiczną historię dziewczyny zamordowanej z zimną krwią cztery lata przed jego przybyciem w pałacu strachów "Joylandu" zwanym "Strasznym dworem". Ponoć duch dziewczyny wciąż tam mieszka, o czym przekonuje się przyjaciel Deva. Ten nieco mu zazdrości, bo mimo że jechał tym samym wagonikiem, ducha nie zobaczył. Nie wie jeszcze, że to niespotkanie wpłynie na jego dalsze życie.

- Szaraczki muszą wychodzić zadowolone, inaczej wszystko tu uschnie i rozsypie się w proch i pył - mówi Devinowi zatrudniający go w lunaparku "kuglarz z kuglarzy". Szaraczki to też my - czytelnicy Kinga, którzy po zamknięciu książki mają poczuć, że nie zmarnowali ani pieniędzy, ani czasu. I choć ani zagadka kryminalna, której rozwiązanie nadchodzi nagle i jest dziwnie rozczarowujące, ani element paranormalny nie zajmują tak naprawdę wiele miejsca w "Joylandzie", powinniśmy być zadowoleni. Mimo że zamiast oczekiwanego dreszczyku dostajemy... wzruszenie. King z czułością opisuje swojego bohatera, złotego chłopca, który ma serce na dłoni, którego nie można nie lubić, z melancholią lato 1973 roku, lato również dla niego znaczące - ostatnie, w którym był jeszcze walczącym o publikację nikomu nieznanym pisarzem.

King rządzi

Współczesny Devlin, który jest narratorem opowieści i alter ego Kinga, wspomina ukryty pod schodami w jednym z budynków swojej Alma Mater "gabinet" fikcyjnego profesora Nako. Studenci chodzili tam się obściskiwać, palić papierosy i dyskutować. Gdy odwiedził go po latach, przestrzeń była pusta, ale na jednej ze ścian ktoś maleńkimi literkami napisał "Profesor Nako aktualnie uczy w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie". Nie da się ukryć - J.K. Rowling sprzedała jeszcze więcej książek niż King. Ale on, tak jak Dev, wydaje się godzić z upływem czasu. Nie jest bohaterem kronik towarzyskich ani nie zajmuje pierwszego miejsca na liście najlepiej zarabiających pisarzy. Ale wciąż jest królem.

Za dwa tygodnie Amerykanie zobaczą w telewizji pierwszy odcinek serialu na podstawie jego powieści "Pod kopułą". Pilota 13-odcinkowej serii wyreżyserował Duńczyk Niels Arden Oplev, reżyser "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet", skandynawskiej ekranizacji pierwszego tomu trylogii Millennium Stiga Larssona. Prawa emisji serialu sprzedano do 200 krajów. 18 października w kinach zobaczymy remake "Carrie", na podstawie wyciągniętej ze śmieci przez Tabihitę, żonę Kinga, jego pierwszej wydanej powieści (wiosną 1974 roku). Tej, która przyniosła mu sławę ugruntowaną dwa lata później przez niesamowity film Briana De Palmy z Sissy Spacek w roli gnębionej przez matkę i rówieśników nastolatki o zdolnościach telekinetycznych. A wcześniej, 25 września ukaże się (po angielsku) następna, 57. powieść Kinga "Doctor Sleep", kontynuacja kultowego "Lśnienia" z 1977 roku. Czy będzie równie udana? "Joyland" dowodzi, że King jest w niezłej formie, choć także w mocno melancholijnym nastroju.



Więcej o: