Nowy Superman w kinach. Mroczny kosmita powstaje poważnie

Twórcy sukcesu ostatniej trylogii o Batmanie postanowili przywrócić kinowej widowni inną legendę DC Comics - Supermana. Niestety tym razem Christopher Nolan nie reżyserował, więc ?Człowiek ze stali? się zwyczajnie nie udał
Kiedy film o superbohaterze, który ma uratować świat, zaczyna się od sceny jego narodzin, wiesz, że to będzie długi film. Nie inaczej jest z "Człowiekiem ze stali" - w kinach i IMAX-ach czekają 143 minuty opowieści o pochodzącym z planety Krypton kosmicie imieniem Kal-El, lepiej znanym jako Clark Kent. A jeszcze lepiej jako Superman. Choć znak, który nosi na piersi swego superobcisłego kostiumu z idiotyczną peleryną (dlaczego idiotyczną? Edna z "Iniemamocnych" chętnie to wyjaśni), to wcale nie jest, jak nam się przez ostatnich 75 lat wydawało, litera S, jak Superman, ale symbol jego rodu i... no nie, nie należy zdradzać zbyt wiele.

Jak na 75-latka (pierwszy komiks o z Supermenem wydawnictwa DC Comics ukazał się w czerwcu 1938 roku i jeśli ktoś ma ten zeszyt na strychu, to informuję, że może za niego dostać nawet dwa miliony dolarów) Superman ma się doskonale. I wygląda doskonale w nowym ciele 30-letniego brytyjskiego aktora Henry'ego Cavilla. Brytyjczycy najpierw przejęli amerykańskie seriale, teraz przejmują superbohaterów. Ostatniego Batmana grał z powodzeniem Walijczyk Christian Bale, a Spider-Mana zagrał raz i zrobi to jeszcze co najmniej dwa razy urodzony w Los Angeles, ale od trzeciego roku życia mieszkający w Anglii, Andrew Garfield.

Niestety, choć za powrót Supermana do kina odpowiada ta sama ekipa, która przywróciła do świata rozrywki z klasą Batmana, nie jest on nawet w części tak udany. Po pierwsze wszyscy mają w pamięci naiwne, ale na swój archaiczny sposób urocze filmy z Christopherem Reevem. A po drugie - co nas może łączyć z kosmitą, który umie latać i ma laserowy wzrok? Batman Christophera Nolana odniósł spektakularny sukces, bo można łatwo zrozumieć i polubić Bruce'a Wayne'a.



Wyprodukowana przez Nolana i napisana przez scenarzystę jego trylogii Davida S. Goyera nowa odsłona Supermana miała być mroczniejsza i bardziej realistyczna niż to, co do tej pory oglądaliśmy o Supermanie. Jest właściwie tylko głośniejsza i bardziej spektakularna.

Historia chłopczyka, osieroconego jeszcze wcześniej niż Bruce Wayne, pozbawionego domu (rodzinna planeta Krypton implodowała z powodu nadmiernej eksploatacji zasobów naturalnych), który na Ziemi jest zagubiony, traktowany jak dziwadło, który musi ukrywać swoje niezwykłe zdolności, ma nas poruszyć. Ale jej się nie udaje. A powodem jest m.in. scena z udziałem Clarka Kenta, jego przybranego ojca granego przez Kevina Costnera, ich psa i tornada. Dość powiedzieć, że Kent ma supermoce, ale z powodów, których wytłumaczyć nie potrafię, postanawia ich nie użyć.

Film średnio też bawi, a sam Clark Kent jest pozbawiony poczucia humoru. Może to traumatyczne dzieciństwo, może poczucie winy, a może po prostu taka już natura pompatycznych Kryptonian. Henry Cavill robi, co może, ale reżyser Zack Snyder ewidentnie zakazał mu ludzkich odruchów. Z wyjątkiem troski o mamę.

Pozostali aktorzy też grają średnio przekonująco. Kevin Costner jako przybrany ojciec Kenta jest tak szlachetny, że aż strach. Diane Lane jako jego żona paraduje po ekranie w postarzającym makijażu. Russell Crowe jako prawdziwy ojciec Kenta Jor-El to jeszcze jeden śmiertelnie poważny kosmita. Michael Shannon jako złowrogi generał Zod z Kryptona ma być demoniczny, więc jest demoniczny drukowanymi literami. No i wreszcie Amy Adams jako Lois Lane, nieustraszona reporterka gazety "Daily Planet", ma wprowadzić element romantyczny, ale o chemii między nią a Cavillem nie ma mowy.

Za to jednego w "Człowieku ze stali" nie brakuje - spektakularnej destrukcji. Druga połowa filmu to właściwie ciągłe pojedynki między Supermanem a generałem Zodem, przybyłym z nieliczną, ale sprawną ekipą, by zniszczyć Ziemię, jaką znamy. W ekipie Zoda jest zresztą najciekawsza postać tego filmu, zdeterminowana wojowniczka Faora (Antje Traue).

Od czasu do czasu w bójki włącza się armia USA, tracąc żołnierzy i kosztowny sprzęt. O ile jednak demolka głównej ulicy miasteczka Smallville wypada jeszcze całkiem zabawnie, o tyle destrukcja Metropolis wlecze się niemiłosiernie i gra na emocjach widza ujęciami przypominającymi aż za bardzo to, co oglądaliśmy w telewizji 11 września. Najbardziej przejmująca scena "Człowieka ze stali" to ta z ludźmi obsypanymi szarym betonowym pyłem z zawalonych wieżowców. Chyba nie o to chodziło twórcom wysokobudżetowego komiksowego kina akcji. I chyba nie tego oczekują widzowie.



Więcej o: