"The Last Ship"- nowa płyta Stinga w cieniu stoczniowych żurawi

W cieniu żurawi, w świecie ciężko pracujących mężczyzn i kobiet próbujących wiązać koniec z końcem, toczy się akcja nowej płyty Stinga - "The Last Ship". Akcja, bowiem ten album to jedna, spójna historia z miasteczka, w którym coś się kończy
Wallsend, rodzinne miasteczko Stinga, liczące niewiele ponad 40 tys. mieszkańców i leżące tuż pod Newcastle, swoją nazwę wzięło od Muru Hadriana, który tu właśnie się kończył. Przez stulecia niewiele w miasteczku się działo, może poza kolejnymi wypadkami w pobliskiej kopalni węgla, aż w 1860 roku John Wigham Richardson uruchomił stocznię Neptun. Pierwszy statek na rzece Tyne zwodowano jeszcze tego lata. Przez dekady stocznia rosła, a wraz z nią Wallsend. Zbudowano tu słynną "Mauretanię", która przez 22 lata dzierżyła tytuł najszybszego liniowca pływającego przez Atlantyk. "Carpathię", której załoga ratowała rozbitków z "Titanica". Stworzono okręty wojenne "Sheffield" i "Victorious", które brały udział z zatopieniu słynnego pancernika "Bismarck". Ale w końcu, sześć lat temu, stocznię zamknięto.

To wydarzenie dla człowieka, którego dzieciństwo i wczesna młodość upływały w cieniu stoczniowych żurawi, wśród ciężko pracujących ludzi (ojciec Stinga był mleczarzem, który często zabierał syna o świcie, by pomagał rozwozić mleko), musiało być wstrząsem. Dlatego Sting, dziś światowej sławy artysta, zdecydował się opowiedzieć o prostym i trudnym życiu stoczniowego miasteczka.



Tytułowy utwór z albumu "The Last Ship" w formie ballady opowiada o tym, jak ważne jest budowanie statków - nawet Jezus, który wstał z grobu, spieszy na wodowanie. W finale, w powtórzonym utworze, zastąpią go królowa, która spiesząc się na uroczystość, weźmie taksówkę na dworzec, oraz księżna Kornwalii i książę Karol, którzy też chcą zobaczyć, jak ostatni statek odpływa. Między tymi piosenkami toczy się historia człowieka, który chciał uciec od tradycji. Od ojca, który koniecznie chce mu dać "Dead Man's Boots" - ciężkie robocze buty po zmarłym stoczniowcu. Jeszcze jako chłopak lubiący się bić, uczy się tańczyć, by zwrócić uwagę dziewcząt (w walcu "The Night The Pugilist Learned How To Dance"). Potem błąka się po świecie, wraca do przeszłości stoczni w szantach z folkowymi motywami, w których nie brakuje skrzypiec i bębna ("Ballad Of The Great Eastern") czy chóru powtarzającego motyw przewodni ("What Have We Got?"). Ale w końcu wraca do domu. Nie szuka miłości, szuka ucieczki od samotności ("Practical Arrangement"). W końcu odkrywa, że kocha, ale nie jest kochany (przejmująca "I Love Her But She Loves Someone Else"). A potem? Czeka go to samo, co zamykaną stocznię - koniec.

Pierwszy od dekady album Anglika z premierowym materiałem to muzyka do musicalu, który latem przyszłego roku będzie wystawiany w Chicago, a jesienią trafi na Broadway. Sting śpiewa tu wszystkie piosenki, tylko do dwóch zapraszając gości, wcielając się w różnych bohaterów, często zmieniając i modulując głos i naśladując ciężki akcent z Newcastle. Choć w pierwszej chwili dziwne, nie jest to ani przez chwilę męczące. A im więcej razy słucha się tej płyty, tym bardziej naturalnie toczy się opowieść. Nie wiem, czy musical Stinga odniesie sukces, ale płyta "The Last Ship" na pewno warta jest uwagi.

Więcej o: