Zahlada robi uszkodzone piosenki

Znany do tej pory głównie stołecznej publiczności zespół Zahlada wydał pierwsza płytę "Zahlada". Znacie ich twórczość? Jeśli nie, to warto poznać. Wróżymy zespołowi świetlaną przyszłość
Najbardziej mierzi ich kapitalizm, czemu dają wyraz w piosence "Dzień luksusu", ich symbolem jest diabłopies, który przewraca koszyki w supermarkecie, a sami występują pod apokaliptycznym szyldem - Zahlada.

Skład w komplecie

Jeszcze dwa lata temu nawet nie marzyli o wydaniu płyty. Zespół był w powijakach, skład ciągle się mielił, a wszystko kręciło się wokół tandemu Sanchez (wokalista i autor słów) - Artur Iwański (gitarzysta). Ale we dwoje to najwyżej do tanga można aspirować, bo nie do założenia profesjonalnego zespołu, który daje regularne koncerty. I nagle, jesienią 2011 roku do Zahlady dołączyła skrzypaczka Ewa Jabłońska z Indukti, nazywana mózgiem operacyjnym ambitnego projektu.

Czwartym do brydża okazał się basista Maciej Adamczyk i w tak skonsolidowana paczka muzyczna mogła pokusić się o koncertowy debiut, który przypadł na maj 2012 roku w klubie Tygmont. - Zagraliśmy na dole, w części dyskotekowej. Zaraz po nas wchodził kurs tańca, więc trzeba było się śpieszyć. W sumie niezłe miejsce jak na debiut, bo większość warszawiaków wie, jak trafić do Tygmontu. Wcale nam nie przeszkadzało, że miejsce kojarzy się z jazzem, bo występuje tam wiele kapel, które z tym gatunkiem muzycznym nie mają wiele wspólnego - przekonuje Sanchez.



Tour de Varsovie

I tak ugrzęźli w warszawskim światku klubowym. Po występie w Tygmoncie można było ich usłyszeć w Znośnej Lekkości Bytu, Kosmosie Kosmosie oraz Składzie Butelek. Stołeczna scena muzyczna stała się dla Zahlady trochę przekleństwem. W domu są mocni, ale na wyjazdach o publiczność trudniej, więc nie zapuszczają się poza Warszawę zbyt często. Koncerty w Puławach czy Kazimierzu Dolnym to odstępstwa od reguły.

Teraz jest powód, by wyruszyć w daleką trasę koncertową, bo Zahlada w końcu wydawała debiutancką płytę. Długo to trwało, stanowczo za długo - od sierpnia 2012 roku do listopada 2013. - Wszystko przez fatalny mastering, który powierzyliśmy fachowcowi pracującemu wcześniej m.in. z Edytą Górniak. Więcej nas to kosztowało niż samo nagranie i miks, a efekt był niezadowalający. Musieliśmy wszystko robić sami, od początku, jeszcze raz. Ale dostaliśmy niezłą szkołę - przyznaje Sanchez.

Poezja, punk, hard core...

Wyprodukowanie muzyki, którą nie rządzi prostacki beat ani przesterowana gitara jest pewną sztuką. A Zahlada nie idzie na łatwiznę. Sanchez to wzięty poeta młodego pokolenia, który startował w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Jacka Bierezina i dla lirycznych przemyśleń potrzebuje kantylenowej oprawy (dźwięki dobrane pod możliwości wokalne). Tu znalazł sprzymierzeńców gotowych poświęcić dla Zahlady wcześniejsze predylekcje muzyczne. Sam wyrósł z postpunka, więc nie przeszkadza mu współpraca z Iwanowskim, który grywał hard core w Tupilaku ani z ukształtowaną przez progresywny rock i metal Jabłońską.

- Wywodzimy się z różnych prądów, które spotkały się w jednej rzece. Nigdy nie graliśmy podobnych rzeczy. Nowy nurt nas pieści i płynąc chcemy zabrać w podróż naszych słuchaczy. Robimy uszkodzone piosenki jak wyrzucone na śmietnik zabawki - mówi Ewa Jabłońska.

Czują się trochę skrzywdzeni przez dziennikarzy przypinających im etykietkę z napisem "poezja śpiewana", choć pouczająco-egzystencjalne teksty w połączeniu z nastrojową melodią mogą wywoływać tęsknotę za drugą Anawą. - Boję się kategorii "poezja śpiewana", bo mam inne wzorce muzyczne. Bardzo cenię zespół Clayhill Gavina Clarka. Robienie muzyki to nieustanne uciekanie od konwencji, a mnie cały czas korci, żeby wydłubać oczko temu pluszowemu misiowi - dodaje Sanchez.

... ale bez perkusji

Zahlada wydaje się oryginalna z jeszcze jednego powodu - w składzie próżno szukać perkusji. Ale moi rozmówcy natychmiast protestują. Przecież gitara brzmi jak werbel, a bas pulsuje niczym stopa. Zgoda, niemniej pierwszeństwo - trochę jak u Beatlesów - ma tu harmonia i melodia, choć przywołanie czwórki z Liverpoolu jest niestosowne. Sanchezowi bardziej się marzy być jak Velvet Underground i występować na wystawach czy wernisażach.

Na razie żyją płytą "Zahlada" (to od zagłady), która wiedzie słuchaczy w rejony progresywnego rocka z elementami akustycznych i syntezatorowych brzmień. "Kolory, zapachy i ty" z tą ponurą introdukcją ocierają się o pogodny folk, zaopatrzony w huraganowe efekty specjalne "Rzeźnik" brzmi jak antyballada, a nieco mantrowe "Odpowiadam" wpycha poezję Zahlady w ramiona cold wave. Teksty Sancheza obnażają łatwość, z jaką autor metaforyzuje codzienność językiem współczesnej młodzieży. "Wczoraj jest zeskanowane" - śpiewa o przeszłości.

A co do przyszłości. Zahlada zbiera pomysły na drugą płytę. Jednym z nich jest "Bohater". - Świat nie składa się z samych Clintów Eastwoodów i Chucków Norrisów. Niektórzy bohaterowie umierają na początku filmu - kończy apokaliptycznie Sanchez.

Więcej o: