Andrzej Blumenfeld, Polak który zagrał w Hollywood. Zobaczymy go w "Wykapanym ojcu?

Rzadko zdarza się, żeby Polak wystąpił w hollywoodzkiej produkcji. Andrzejowi Blumenfeldowi się udało - zagrał u boku Vince'a Vaugha w ?Wykapanym ojcu?, który od dziś możemy zobaczyć w kinach
"Wykapany ojciec" to komedia o perypetiach Dave'a Wozniaka. Z jego nasienia, którego był hojnym dawcą liczącym na łatwy zarobek, urodziło się. 533 dzieci. W główną rolę w filmie wcielił się Vince Vaughn. Andrzej Blumenfeld zagrał jego ojca - polskiego emigranta.

Piotr Guszkowski: Jak się czujesz, że zacytuję nagłówki, jako "Polak, który podbił Hollywood"?

Andrzej Blumenfeld: (śmiech) Nikt do mnie nie dzwoni, więc raczej nie podbiłem. Może źle robię, że sam nie staram się o kolejne angaże, może powinienem znaleźć sobie agenta w Nowym Jorku? Przyznam, że z ciekawości przeczytałem recenzje w prasie amerykańskiej. I byłem zdumiony pozytywnymi opiniami na temat postaci, którą zagrałem. Myślałem, że po prostu ciepło mnie potraktowano, tymczasem chodziło o coś ważnego w kontekście amerykańskiej kultury - o wizerunek emigranta.

Ukazany w tle "Wykapanego ojca" portret rodziny Wozniaków stanowi Twoim zdaniem rezultat wyobrażenia Amerykanów na temat polskich emigrantów?

- Czytając scenariusz chcąc nie chcąc zastanawiałem się nad tym. Także dlatego, że jako młody człowiek w 1968 roku o mały włos nie zostałem emigrantem. Nie byłem jednak nigdy wcześniej w Stanach Zjednoczonych, więc nie potrafiłem tego ocenić. Natomiast już w trakcie realizacji filmu zrozumiałem, że nie oczekuje się ode mnie odtwarzania pewnego szablonu postaci obarczonej ciężarem stereotypów, tylko wcielenia się w człowieka z krwi i kości. Chodziło o ukazanie jego subiektywnego punktu widzenia, małego kawałka ogromnego tortu, jakim jest mozaika współczesności. Humorystyczne akcenty, które pojawiają się w filmie, mogłyby równie dobrze dotyczyć innych narodowości.



Nie wiem, czy za sprawą narodowych kompleksów, ale w Polsce emocjonujemy się nawet epizodami naszych aktorów w Hollywood.

- Nie miałem w ogóle kompleksów - nawet byłem tym zdziwiony. Instynktownie czułem po prostu czy wiedziałem, że zostałem nauczony przez fachowców. Wiedziałem, na czym polega ten zawód. Że nie można się poddawać, jeśli chce się z niego żyć. Bez problemu porozumiewaliśmy się na bazie uczuć, emocji. W tej sferze nie było pomiędzy nami żadnych różnic.

Ile czasu spędziłeś za oceanem?

- Dwa razy po dwa tygodnie. Mieliśmy też tydzień przerwy spowodowanej przez tornado. Przydarzyła się wtedy mała, choć kontrolowana apokalipsa miasta - wszystko przestało działać. Zaskoczyła mnie niezwykła dyscyplina ludzi. Pospolite ruszenie, żeby pomagać, na którym w ogóle stoi Ameryka, to żaden mit. Naprawdę robią to odruchowo. Jeśli do czegoś doszedłem, muszę kogoś wesprzeć - taki sposób myślenia tam funkcjonuje. Bardzo poruszające było widzieć, jak działa to w praktyce.

I po tych kilku tygodniach tej przygody wróciłeś do polskiej rzeczywistości.

- Dogrywałem jeszcze spektakle w poprzednim teatrze, pozostając lojalnym, ale jednocześnie szukałem nowej pracy. W końcu aktor jest aktorem tylko wtedy, kiedy gra. Zadzwoniłem do Tadzia [Tadeusz Słobodzianek - przyp. red.], którego znam od trzydziestu lat, czy nie znalazłby dla mnie miejsca w zespole Teatru Dramatycznego. Udało się. Od razu miałem premierę "Cudotwórcy". To trudny tekst, ale wbrew naszym obawom publiczność dobrze go przyjęła. Z tego, co wiem, planują jeszcze w tym roku wystawić "Kupca weneckiego". Mam zagrać główną rolę.



Więcej o: