Ciekawostki linneańskie, czyli co kryją łacińskie nazwy roślin i zwierząt

Od czasów Karola Linneusza (1707-1778), który naukowo opisał około 12 tys. gatunków zwierząt i roślin, każdy nowo odkrywany dostaje swoją naukową nazwę łacińską, składającą się najczęściej z dwóch, a niekiedy i trzech członów; oprócz łaciny korzysta się przy tym ze znacznie ilościowo obfitszego zasobu słów greckich
Często drugi człon nazwy ma znaczenie opisowe lub precyzujące (np. Phthirus inguinalis, czyli wesz łonowa). Niekiedy nadając roślinie czy zwierzęciu nazwę, uczeni nawiązują do jakichś postaci z mitologii (np. Diomedea exulans, czyli albatros wędrowny, w nawiązaniu do ptaków morskich, w które zostali zamienieni wracający spod Troi druhowie Diomedesa), geografii (Agave americana, czyli agawa amerykańska), bądź innego obszaru znaczeń (Streptopelia decaocto, czyli synogarlica turecka; 'dekaokto', po grecku 'dziesięć-osiem', ma przypominać jeden z podstawowych odgłosów wydawanych przez tego ptaka).

Czasami nazwa taka pozwala łatwiej dostrzec jakąś cechę czy alegoryczny sens, na który w mniej przejrzysty sposób wskazują nazwy danej rośliny czy zwierzęcia w innych językach. Na przykład nasz przegrzebek, szerzej w świecie znany jako małż św. Jakuba, to w naukowej taksonomii Pecten jacobaeus, czyli 'grzebyk jakubowy' - muszlą tego właśnie małża miał według legendy czesać włosy stroniący od wszelkiego zbytku św. Jakub apostoł (my z małżem św. Jakuba częściej spotykamy się na talerzu w restauracji). Kiedy indziej nadane przez Linneusza czy któregoś z jego uczniów miano dosadniej nazywa rzecz, na którą inne języki dyskretnie tylko wskazują - i tak nasz 'sromotnik bezwstydny' to w nomenklaturze naukowej Phallus impudicus; słowo 'phallus' nie pozostawia wątpliwości, że grzyb ten musi mieć coś wspólnego (tu konkretnie kształt) z męskim narządem płciowym.

Linneusz i jego naśladowcy musieli zatem, poza wiedzą czysto biologiczną, wykazywać się nie lada erudycją, przynajmniej w odniesieniu do znajomości antyku, a także intuicją przy przypisywaniu miana jak najodpowiedniejszego do nazywanego gatunku. Nie wszystko jednak zawsze szło gładko. Sam Linneusz np. zbyt łatwo dawał wiarę w relacje o napotkanych rzekomo na odległych lądach przez podróżników - tak jemu współczesnych, jak i historycznych - bestiach i dziwolągach; stąd do swojej taksonomii włączył m.in. yeti (Homo troglodytes), a także smoka, feniksa, mantykorę i satyrów. Wielki Szwed nie oparł się też pokusie dopieczenia kilku osobom, za którymi nie przepadał, wplatając ich nazwiska w jakąś źle kojarzącą się nazwę zwierzęcia (tak np. Aphanus rolandri, jeden z pluskwiaków, dostał swe imię od krnąbrnego studenta Linneusza, nazwiskiem Rolander, dla którego karą miało być przyrównanie do robala o imieniu znaczącym po grecku 'nikczemny' - aphanos).

Problemy z taksonomią nie skończyły się bynajmniej wraz z Linneuszem. W 1996 r. jednej z nowo odkrytych ryb omal nie nadano nazwy Heroina cocaina. Jej odkrywca, szwedzki biolog Sven Kullander, nadał rybie pierwszy człon imienia 'Heroina', ponieważ wydawała mu się spokrewniona z rodzajem pielęgnic o imieniu 'Heros' (obejmującym cztery gatunki: Heros efasciatus, Heros notatus, Heros severus i Heros spurius). 'Cocaina' natomiast miało pochodzić od ekwadorskiego miasta Coca, w pobliżu którego po raz pierwszy złapano tę rybę. Nazwa była - przynajmniej w zamyśle Kullandera - zupełnie niewinna, w stu procentach naukowa i nie miała mieć nic wspólnego z narkotykami. Świat akademicki zdecydował jednak inaczej i nazwał rybę Heroina kullander, na cześć jej odkrywcy, o którym dałoby się chyba powiedzieć, że żyje w lekkim oderwaniu od świata.

Więcej o: