Rozmowa z Robertem "Litzą" Friedrichem i Przemysławem "Hansem" Frencelem z Luxtorperdy

Najnowsze dzieło Luxtorpedy uzbrojone zostało w rozwlekłą puentę. "A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki" - oto tytuł trzeciej płyty Hansa, Litzy i spółki. Istotą przekazu jest człowiek z krwi i kości, bez NIP-u i PESEL-u
Dlaczego nowa płyta Luxtorpedy nosi tytuł trudny do wymówienia jednym tchem?

Robert "Litza" Friedrich: Pierwotnie płyta miała się nazywać "Pierwiastek z pięciu", bo pierwsza była muzyka - efekt zbiorowego trudu całej naszej piątki. Kiedy powstały wszystkie teksty do piosenek, trzeba było pogłówkować nad zmianą tytułu. Pewnego razu Hans na koniec utworu rzucił tekst: "A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki" i do razu wiedziałem, że tak tego nie zostawimy. Zaproponowałem takie motto na tytuł, bo jestem fanem Franka Zappy. Zawsze się zastanawiam, czy on by zrobił tak samo. Chciałbym, żeby Luxtorpeda zostawiała niedosyt i dużo miejsca na dowolną interpretację. Niech słuchacze dopowiadają sobie ciąg dalszy do każdej piosenki.

Poprzednio składaliście samokrytykę z powodu robaczywych myśli, teraz określacie się mianem bandy buraków. Ulżyło wam?

Litza: Jestem szczęśliwy, że mogę mówić o sobie prawdę. Prawda uwalnia i oducza udawania kogoś innego.

Przemysław "Hans" Frencel: Nagrałem kiedyś piosenkę "Polak wyjątkowy song" i niby wszyscy się pośmiali przy tym kawałku, ale za chwilę przyszła refleksja, że w każdym z nas jednak drzemie typowy Polaczek z prześmiewczego rysunku Andrzeja Mleczki. Możemy się maskować makijażem przyzwoitości, ale pod grubą warstwą kitu i tak kryje się nieprzyjemna prawda. Mówienie o sobie "jestem burakiem" trzeba traktować z przymrużeniem oka. Nie jako próbę rozgrzeszenia, tylko spojrzenia na swoje postępki przez różowe okulary.

Litza powiedział mi kiedyś: "jest mi dobrze z moimi słabościami". Czy śpiewanie o słabościach nie jest stawianiem parawanu ochronnego przez kamieniami rzucanymi w stronę grzesznika, który chowa się za stwierdzeniem "Nikt nie jest doskonały"?

Litza: Nie wnikałem aż tak głęboko w sedno sprawy. Nasze piosenki powstają intuicyjnie, nie mamy gotowej wizji, co będzie na końcu, tylko z zaciekawieniem patrzymy, jakie zwierzę narysowaliśmy. W naszym działaniu nie ma premedytacji, ale im trudniejszy tekst nam wychodzi, tym lepiej. Bo jeśli śpiewać, to wyłącznie o czymś ważnym. A co ludzie powiedzą? Gdyby nic nie powiedzieli, to też dobrze. Najbardziej z tego wszystkiego lubimy grać.

Hans: Można pisać teksty atrakcyjne dla ucha i tworzyć awangardę, ale to niespecjalnie nas interesuje. Zdarza mi się ubierać słowa w poetyckie szaty, zasugerować coś nie wprost, lecz wszystko w granicach, które pozwalają odczytać wagę przekazu. Trzeba się trzymać tego, co chce się powiedzieć.

A wam te słowa przychodzą z trudem czy jak po maśle?

Litza: Któregoś razu wyszliśmy z Hansem na fajkę i w luźnej rozmowie padło: "Mamy NIP, mamy REGON, mamy PESEL.", a Hans dodał: "I co z tego?". W ten sposób powstał refren do "Ostatniego", chociaż tego nie planowaliśmy. To świetne podsumowanie sytuacji dzisiejszego człowieka, który jest traktowany jak ostatnie ogniwo w wyścigu po konfitury.

No właśnie, ile dzisiaj znaczy człowiek? Tyle, ile miesięcznie wpłynie mu na konto?

Hans: Mamy na płycie numer "Jestem zwycięzcą", do napisania którego inspiracją był filmik na You Tube, wrzucony przez pewnego handlowca. Facet żyje w potrzasku sukcesu, chce wskoczyć na kolejny pułap, osiągać coraz lepsze wyniki w handlu i za chwilę zostać "diamentowym sprzedawcą", aby jego konto puchło i pęczniało. I nie może przestać harować na lepsze wyniki, bo sąsiad ma już nowy samochód, jeździ nim dwa razy na wakacje, a on nie jest mu dorównać. Oglądanie się na innych to wchodzenie w ślepy zaułek. Śpiewamy, że nie tędy droga.

W piosence "Mambałaga" wyrzucacie zbędne myśli z głowy. Co wymaga natychmiastowego przemeblowania wartości w waszych postawach?

Hans: Odkąd zajmuję się muzyką, co jakiś czas robię w głowie remanent, aby mieć świadomość, że płyty, koncerty, autografy i bycie rozpoznawalnym może się za chwilę skończyć. Nigdy nie uzależniałem swojego poczucia wartości od stania na scenie. Przez 10 lat nagrywałem dla własnej przyjemności i chodziłem do pracy. Teraz żyję z muzyki, ale nie zapominam o życiowych priorytetach - muszę wychować dziecko, wyremontować dom.

Wasza płyta to muzyczna lektura z konkretnym morałem. Macie ulubiony morał literacki albo życiowy?

Litza: Jak się nie obrócić, zawsze dupa z tyłu (śmiech).

Hans: Mam w pamięci krótką fraszkę Jana Sztaudyngera "Rozmowa z ekscelencją", którą pozwolę sobie zacytować: "Ekscelencjo, pozwól, że ci zejdziem z drogi - tak do gówna przy drodze powiedziały nogi".

Ostre riffy i klasyczne efekty

Nie może być zaskoczenia - każda płyta Luxtorpedy to gitarowy młot pneumatyczny wetknięty prosto w ucho fana muzyki rockowej. Na "Burakach" w tym względzie nie ma dużej rewolucji, chociaż dowodzeni przez Litzę muzycy nie zawsze odkręcają moc na full. W "Ostatnim" obok siarczystych riffów pojawia się miejsce na spokojne, orientalizujące wstawki, a "Pusta studnia" zaczyna się jak - nie przymierzając - stare dobre Lady Pank. Litza wyjaśnił, że użył w tym numerze efektu gitarowego, z którego z powodzeniem korzystali i Jan Borysewicz, i The Police, i The Who. Muzyka Luxtorpedy absolutnie nie marginalizuje jej przekazu - Hans śpiewa o trudnej relacji z ojcem ("Nieobecny nieznajomy") i jak natchniony sypie mądrościami jak z rękawa w stylu: "Jeśli umrę, zanim umrę, to nie umrę, kiedy umrę".