Patrick The Pan, czyli Piotr Madej - uwielbia go Dawid Podsiadło i Artur Rojek

Zaledwie dwa lata temu zaczął tworzyć pierwsze utwory, a już objechał kraj i zagrał na Open'erze. W tym roku może wystąpić na Męskim Graniu. Pod pseudonimem Patrick The Pan kryje się młodziutki Piotr Madej. Uwielbia go Dawid Podsiadło, supportuje Artura Rojka
Jak to się stało, że zwykły chłopak odniósł taki sukces, że aż mu trochę głupio z powodu rozgłosu wokół jego osoby? On sam na to pytanie nie potrafi odpowiedzieć. Może ludzie wsłuchali się w te piosenki i masowo uwierzyli w szczerość artysty? To duży plus dla niego, że potrafił czymś nieinwazyjnie urzekającym odwrócić uwagę "ludożerki" od telewizyjnej rozrywki. - Polska to nie Wielka Brytania. Tutaj muzyka ma lecieć w tle i służyć do zabawy - tak rozumuje większość. Zrobiło mi się przykro, kiedy część słuchaczy nazwała moją płytę "chilloutem". Szkoda, że nie zanurzyli się w moją intymność, a tylko przeszli brzegiem emocji, brodząc wokół sedna sprawy - trochę narzeka mój rozmówca.



Wylali go z roboty

Piotrek to typ introwertyka. Trudno się dostać do jego pilnie strzeżonego świata. Proszę, aby otworzył wrota sezamu, ale on tylko ostrożnie uchyla furtkę. Historia Madeja vel Patricka The Pana może się wydawać nudna, bo ma początek w czterech ścianach zwykłego mieszkania, a los bohatera jest tak pasjonujący jak upór "Siłaczki" ze szkolnej noweli. - Wszystko zaczęło się jesienią 2012 roku. Akurat straciłem pracę w sklepie z deskorolkami i za zgromadzone oszczędności mogłem sobie pozwolić na "małe wakacje". Darowany czas wolny postanowiłem poświęcić na dokończenie odkładanej z dnia na dzień płyty. Zawsze brakowało mi motywacji - planowałem, ale czułem strach, bo najtrudniej jest zacząć. W końcu poprzysiągłem sobie, że do końca roku przygotuję płytę, a od stycznia zacznę rozglądać się za nową pracą - opowiada Piotr.

Zamknął się w pokoju

Miał dwa miesiące na spełnienie obietnicy, co oznaczało intensywną harówkę. Odcięty od świata pokus wpadł w pożyteczną rutynę: kawa, komputer, instrument i zero czasu wolnego na straceńcze przyjemności. I tak w spartańskich warunkach narodził się samotny singer-songwriter.

Gdy skończył tworzyć i poczuł dumę z efektu końcowego, zorganizował na Facebooku wydarzenie o mniej więcej takiej treści: "Cześć! Nagrałem płytę. Może chcesz posłuchać?". Informacja skierowana do bliskich znajomych nabrała mocy kuli śniegowej i pośpiesznie udostępnioną muzą cieszyło się około tysiąca internautów. - Wszyscy pytali, gdzie mogą kupić tę płytę i byli mocno zdziwieni, dowiadując się, że ona fizycznie nie istnieje. Gdy zainteresowanie przerosło ludzkie pojęcie, postanowiłem na własną rękę ją wyprodukować, najpierw w nakładzie 300 sztuk i za pośrednictwem sklepu internetowego sprzedawałem wszystkim chętnym. Ludzie składali zamówienia, ale czasami zapominali przelać pieniądze. Zrobiłem więc eksperyment i wysyłałem im płyty przed pobraniem, na co reagowali ogromnym zaskoczeniem, dziękowali i płacili. Nikt mnie nie oszukał - opowiada Piotr.

Sława na Fejsie

Wieść o samotnym muzykancie z Facebooka szybko się rozeszła, a rok 2013 zaowocował pierwszymi koncertami i postawił Madeja przed koniecznością znalezienia muzyków. Kuzyn polecił zdolnego basistę Justyna Małodobrego, a gitarzystę Tomasza Starzyka Piotrek wynalazł z prywatnej książki telefonicznej w swojej komórce. Sklecony na poczekaniu zespół dał kilka koncertów w Krakowie, ale nie na rynku do kapelusza ("Czułbym się zażenowany, że się narzucam"), tylko m.in. w prywatnym mieszkaniu w ramach projektu Sofa Underground ("Gra się za darmo w domu u człowieka, który zaprasza pod swój dach muzyków oraz niewielką publiczność usadowioną na kanapie lub dywanie"), gdzie Patrick The Pan koncertowo debiutował. W sierpniu kapela dała dzień po dniu dwa koncerty w Małopolskim Ogrodzie Saskim i padł tam rekord frekwencji. - Chyba tylko Leszek Możdżer przyciągnął więcej ludzi - nie ukrywa radości Piotrek.

Zakochał się w nim Podsiadło i Rojek

Ubiegły rok był dla Madeja wyjątkowo udany. Gdy szedł z dziewczyną do kina, dostał SMS-em zaproszenie na Open'era, a na Bandcampie - internetowej giełdzie artystów niezależnych - namierzył go francuski dziennikarz i kilkanaście sztuk płyty powędrowało pocztą nad Sekwanę.

Album "Something Of An End" urzekł nie tylko internautów, ale i samego Dawida Podsiadłę, który najpierw kupił od Piotrka płytę, a później rozreklamował ją wśród swoich fanów. - Napisał na fanpage'u ogromny referat o tych piosenkach i mój Facebook zaczął świrować, a lajki wpadały na stronę z prędkością światła - śmieje się Patrick The Pan. Podsiadło zaprosił Madeja na koncert do Krakowa, przedstawił całej garderobie, a później pomógł znaleźć dużego wydawcę. Wszystko dzięki piosence "Exiles Always Come Back", która podobno pomogła Podsiadle wyjść z psychicznego dołka.

Nastrojowe piosenki Piotrka jednym kojarzą się z Fismollem, innym z Comą (ten riff z "Finally I'm One"), jeszcze innym z. rozbieraną sesją do "Playboya" (w końcu "POV" traktuje o smutnej sztuce porno). Jemu samemu w tej chwili najbliżej do Artura Rojka, którego supportuje na koncertach. - Ta płyta to mój bilet do świata spełnionych marzeń. Nigdy nie byłem szczęśliwszy niż teraz. A że nie jestem ze wszystkiego w pełni zadowolony? Cóż, na tym polega słodka tułaczka artysty - wyjaśnia.



Więcej o: