R20 na Powiślu - tu jada warszawka. Też jedliśmy i było przepysznie!

Przy stoliku obok Radek Sikorski delektuje się zupą, a Tomek Karolak szparagami, bo R20 to miejsce gdzie jadają politycy, gwiazdy, biznesmeni i luksusowa warszawka
Nieopodal centrum, a jednak lekko na uboczu, w najbardziej zielonym zakątku stolicy, u podnóża skarpy wiślanej, w najmodniejszej obecnie dzielnicy Warszawy, czyli na Powiślu, restauracja R20 już od pięciu lat trzyma poziom

Atmosfera wnętrza jak w paryskim bistro

Lubię wnętrza, w których mimo prostoty, a nawet minimalizmu, wyczuwam kunszt i pomysł. Nie przeszkadzają mi wykrochmalone na sztywno białe obrusy, bo na nich ustawiono bukiety świeżych kwiatów. Prosta zastawa błyszczy od froterowania jak lustra w Luwrze. Na ścianach niewielkie obrazki w tonacji całego wnętrza, ciemne kredensy i jasne zasłony, wszystko to nadaje miejscu luksusowy, ale nie wymuszony charakter. Małe dwuosobowe stoliki, ale też duży "socjalny" stół, zapach kawy, kwiatów i czekolady, nienaganna obsługa przywołują klimat paryskiego bistro.

- Od dziecka interesowałam się jedzeniem, uwielbiałam spędzać czas w restauracjach - mówi Monika Pęcikiewicz, właścicielka R20. - Moi rodzice byli smakoszami, dzieciństwo spędziłam w Afryce, gdzie pracował mój ojciec, później dużo podróżowałam po świecie, gdzie zawsze szukałam dobrej kuchni. Mimo że z wykształcenia jestem reżyserem teatralnym, moją największą pasją i całym życiem jest kuchnia, która wbrew pozorom jest bliska temu, co zachwyca w teatrze. I w jednym, i w drugim przypadku jestem kreatorką, staram się przekazać mojego ducha i osobistą wizję - opowiada.

Pięć lat temu R20 przecierała szlaki na warszawskiej mapie autorskich restauracji. To był czas, kiedy Wojciech Modest Amaro otwierał swoje Atelier Amaro, na Powiślu ruszała Tamka 44. Szefowie kuchni podróżowali po świecie ucząc się od najlepszych i szukając swojego charakteru. Tak też było z Łukaszem Guzińskim, który nieprzerwanie od pięciu lat szefuje kuchni R20. Fach poznawał w najlepszych europejskich restauracjach, w R20 wszystko, począwszy od smaku, skończywszy na wyglądzie dań, jest dopięte na ostatni guzik. Krótka, ale za to różnorodna karta, jest tego najlepszym przykładem. Mieszają się w niej smaki kulinarnej arystokracji, a tym, co zachwyca, jest nietuzinkowa interpretacja klasyków. Znalazłem lokalne i sezonowe produkty, ale też skarby (np. małże św. Jakuba) z końca świata. Nie dziwi, że lokal - już trzeci rok z rzędu - został wyróżniony dwoma symbolami sztućców przewodnika Michelin. I że do tanich nie należy.

Nie tylko smakuje, ale i wygląda pięknie

Bezsprzecznie smak jest w restauracji najważniejszy, ale to co jest wielką siłą R20, to sposób podania potraw i nienaganna obsługa. Na szczęście garnirunek z nieśmiertelną różą z marchwi odszedł do lamusa, "mazy" na talerzu też powoli idą w zapomnienie. Produkt broni się sam, zwłaszcza jeśli jest z najwyższej półki, a tak właśnie jest w R20. Weźmy takiego tatara z tuńczyka Yellowfin (49 zł) podanego z azjatycką sałatką. Prostota w smaku i wyglądzie tego dania zachwyca. Krwistoczerwony tuńczyk żółtopłetwy, pokrojony z pietyzmem w niewielką kostkę, podawany z miąższem pomidora (pierwszy raz się z takim połączeniem spotkałem), odświeża i wyostrza apetyt. Wszystko tu pasuje: kolory, struktury, faktury i smak. Podobnie jak kolejny klasyk - szparagi z żółtkiem confit (39 zł). Zielone i białe, pochodzące ze szparagarni rodziny Majlertów, nawet chrupane na surowo smakują wybornie. Ale to żółtko, uszykowane metodą sous-vide, o muślinowej konsystencji, nadało tej przystawce iście królewskiego charakteru, a lekko schłodzone i świetnie dobrane wino zaostrzyło apetyt na więcej. Polecam zwłaszcza szafranowe risotto z lekko grillowanymi małżami św. Jakuba. Kolejny klasyk w najlepszym wydaniu. Mógłbym się rozpisywać na temat jedwabistej konsystencji, doskonałego i lekkiego aromatu szafranu, delikatności małż i najlepszej jakości ryżu, ale słowa i tak tego nie oddadzą, trzeba spróbować! Podobnie jak deseru, który powalił mnie na kolana. To absolutny hit wiosennej karty R20. Ciastko czekoladowe (30 zł) zostało przygotowane na podstawie przepisu Petera Gilmore'a, znanego australijskiego szefa kuchni. Na moich oczach kelner oblał gęstą jak smoła czekoladą i tak wyglądające bosko, składające się z ośmiu warstw ciastko. Gęsta czekolada przebiła się przez wszystkie warstwy, tworząc czekoladowy lej, do którego skapywały moje łzy wzruszenia i radości. Mruczałem i głaskałem się po brzuchu jeszcze w domu, na samo wspomnienie tego smakołyku. Podobno jego przygotowanie zajmuje cały dzień, stąd tylko 30 sztuk dziennie trafia do klientów restauracji. To była wisienka na torcie. Polecam.



Więcej o: