Spektakularna demolka robotów - "Transformers: Wiek zagłady" wchodzi do kin

Milion dolarów za minutę - tyle kosztowała czwarta odsłona opowieści o starciu robotów z kosmosu. Na ekranie w "Transformers: Wiek zagłady" widać każdego centa. To najbardziej spektakularny z filmów Michaela Baya
Jeśli film zarobił w kinach 2,5 mld dolarów, nie ma możliwości, żeby go porzucić. Amerykański reżyser Michael Bay, który ma na koncie superdochodową trylogię "Transformers" z lat 2007-11, nie oddał "swojego dziecka" innemu reżyserowi akcji, choć w kolejce stali Roland Emmerich, Joe Johnston czy Jon Turteltaub. Sam nakręcił "Transformers: Wiek zagłady" i być może nakręci dwie kolejne części, bo jeśli zrobiło się jedną trylogię, to dlaczego nie zrobić drugiej. Zwłaszcza że w "Transformersach" Bay może robić to, co lubi najbardziej - demolować.

Reżyser "Bad Boysów", "Armageddonu" i "Pearl Harbor" nie słynie bowiem z talentu do opowiadania historii. To wychodzi mu najgorzej. Za to doskonale się sprawdza, gdy trzeba przegonić przez pół miasteczka mały samochód sportowy ścigany przez transformujące z samochodów wrogie roboty. Świetnie radzi sobie, gdy trzeba obrócić w perzynę kwartał ulic w Hongkongu. Nikt nie umie też lepiej posadzić Optiumusa Prime'a, czyli wielkiego kosmicznego robota, który potrafi się zmienić w elegancki ciągnik siodłowy, na dziesięć razy większym dinorobocie. Jeśli lubicie taką rozrywkę - będziecie "Transformersami: Wiekiem zagłady" zachwyceni.

Choć 165 mln dolarów wydanych na film oznacza też 165 minut filmu. Niekoniecznie jest tu aż tyle napięcia, a niektóre demolki trwają zbyt długo. Ale w końcu dewizą Baya wydaje się: "jak szaleć, to szaleć". Bez półśrodków.

Zresztą trzeba mu przyznać, że doskonale wie, co robi. Posłuchajcie uważnie wymiany zdań w scenie, która rozgrywa się w starym, zamkniętym kinie...

"Transformers: Wiek zagłady" zaczyna się pięć lat po wydarzeniach z poprzedniego filmu, w którym bitwa dobrych Autobotów pod wodzą Optimusa Prime'a ze złymi Decepticonami zjednoczonymi przez Megatrona o mały włos nie starła z powierzchni ziemi Chicago. Roboty, nawet Autoboty, nie są już przyjaciółmi ludzkości - wszystkie zostały wyjęte spod prawa i agenci amerykańskiego rządu na nie polują. A pewien geniusz miliarder wykorzystuje ich metal, by budować własne wynalazki.

Pewnego dnia Cade Yeager (Mark Wahlberg), mechanik wynalazca z małego miasteczka w Teksasie, ojciec samotnie wychowujący nastoletnią córkę Tessę, ściąga do swojej szopy zdemolowaną ciężarówkę. A wraz z nią - kłopoty. Yeager szybko odkrywa, że ciężarówka to Autobot. Niestety jego kumpel (jak zwykle przezabawny T.J. Miller z serialu "Dolina Krzemowa"), wierząc w plotkę, że kto wyda Autobota rządowi, dostanie sowitą nagrodę, ściąga im na głowy wyjątkowo nieprzyjemne typy w czarnych SUV-ach. Jak nieprzyjemne? Tak, że gotowe zabić Tessę, by zmusić Yeagera do mówienia. Autobot, który okazuje się samym Optimusem Prime'em, wychodzi z ukrycia. A towarzystwo ratuje chłopak Tessy, rajdowiec Shane. I tak rozpoczyna się wielki pościg i wielka demolka. Oraz starcie dwóch wynalazców - odnoszącego spektakularne sukcesy geniusza Joshuy Joyce'a (Stanley Tucci, prawdziwa ozdoba tego filmu) i luzera Yeagera. Wynik nie jest aż tak zaskakujący, acz na pewno satysfakcjonujący. Oprócz spektakularnej demolki, spektakularnych efektów i robotów tak dopracowanych, że aż nierealnych, znajdziecie w "Transformers: Wieku zagłady" także sporo całkowicie zamierzonego humoru.

Z gangstera gwiazda

Jako małolat wplątał się w narkotyki, miał też wyrok za napaść i siedział w więzieniu. Wyglądało na to, że dziewiąte dziecko irlandzkich katolików z Bostonu źle skończy. Ale Mark Wahlberg zamiast się stoczyć, został hollywoodzkim gwiazdorem

Najpierw poznaliśmy jego brata Donny'ego Wahlberga, który był członkiem New Kids On The Block, najpopularniejszego boysbandu lat 80. i początku 90. Gdy szaleństwo NKOTB wybuchło, Mark akurat siedział w więzieniu za napaść na tle rasistowskim. Wcześniej był zamieszany w handel narkotykami i drobne przestępstwa, ale w roku 1988, mając zaledwie 17 lat, wpadł po uszy i dostał wyrok dwóch lat więzienia. Na szczęście dla siebie odsiedział tylko 45 dni. Ale to wystarczyło, by zmienić jego podejście do życia. Donnie wykorzystał swoje kontakty w show-biznesie, by załatwić młodszemu bratu kontrakt płytowy. I tak świat poznał rapera Marky Marka i jego Funky Bunch. "Zły biały chłopiec" rapujący i tańczący na scenie w dżinsach opuszczonych tak, że widać było górę majtek, zwrócił uwagę ludzi Calvina Kleina. I tak Marky Mark trafił do słynnych reklam bielizny CK z Kate Moss z 1991 roku. Rok później wydał autobiografię, którą dedykował swojemu penisowi. Niewyparzony język przysparzał mu kłopotów, ale dopiero to, że nie zareagował na homofobiczny występ kumpla, sprawiło, że został uznany za bigota i po klęsce swojego drugiego albumu porzucił karierę rapera. Został aktorem. Rozkręcał się powoli, ale w 1997 roku nastąpił przełom. Ten gangster/raper/model zaskoczył wszystkich rolą gwiazdora porno w filmie "Boogie Nights". Okazało się, że granie w filmach to jego powołanie. Od tego czasu Wahlberg udowodnił, że naprawdę na wiele go stać, czego dowodem dwie nominacje do Oscara - za drugoplanową rolę w "Infiltracji" Martina Scorsese i, jako współproducent dla filmu roku dla "Fightera", w którym również grał drugoplanową rolę. Wahlberg zresztą współprodukował nie tylko ten film, ale i popularne seriale - "Ekipę" inspirowaną jego początkami w Hollywood, "Terapię" czy "Zakazane imperium". Po sukcesie komedii "Ted", gdzie partnerował wielkiemu pluszowemu misiowi, naprawdę może już zagrać wszystko. Nawet prawą rękę Optimusa Prime'a. Mieszka w Hollywood w wielkim domu z żoną i czwórką dzieci - dwoma córkami i dwoma synami oraz matką, z którą jest bardzo blisko związany. I tylko czasem śni mu się samolot, do którego nie wsiadł 11 września 2001 roku. Samolot, który wbił się w wieże WTC.



Więcej o: