Takie rzeczy tylko na Woodstocku [WSPOMNIENIA]

Skąd 40 kilometrów pociągiem można wracać pięć godzin? Z Woodstocku. A gdzie w Polsce najlepiej ulica przyjmuje Balcerowicza? Na Woodstocku. Bo Przystanek zawsze zaskakuje.
To był jeden z pierwszych Przystanków Woodstock w Żarach. Druga połowa lat 90., do lubuskiego miasteczka niespodziewanie przyjechało ponad 200 tys. ludzi. Tak zatłoczone pociągi może widziano w Indiach, nad Wisłą na pewno nie, mimo że PRL bardzo się starała na tym polu. Do mojej Zielonej Góry wracałem o trzeciej nad ranem. Pociąg z rozkładu jazdy, nie żaden dodatkowy skład. PKP nie uznawała jeszcze, że na setkach tysięcy woodstockowiczów można zarobić. Miała ich za dzicz, co zasługiwała najwyżej na wagony z bocznic ze złomem.

To ledwie 40 km torami, a podróż trwała prawie pięć godzin! I to nie dlatego, że szyny kładł jeszcze przed wojną koncern Kruppa. Parę punkowych załóg, w czym kibicował im cały pociąg, co parę kilometrów uznawało, że koniecznie czas na przerwę. Wystarczyło, by ktoś zawołał "jaki piękny widok", bo akurat pociąg mijał rzekę Bóbr. Częściej przyczyną przerwy był jednak prosty postulat fizjologiczny.

Ponoć zaczęło się od konduktora, który uparł się, że sprawdzać bilety trzeba. I miał za nic okrutny ścisk. Ruch jaki woodstockowicz mógł wykonać, to ruch dużym palcem u nogi. Kiedy poszło pocztą pantoflową, że "konduktor zmiękł i jest nasz", pociąg pojechał dalej bez kłopotów. Wspominam o tym, bo dziś na 20. Przystanek w Kostrzynie koleje podstawiają 104 dodatkowe pociągi o sympatycznych nazwach "Wehikuł Czasu", "Jabol Pank", "Emsi", "Zaraz będzie ciemno" czy "Stalowy Pęcherz", co pojedzie z Rzeszowa. Widzicie, ile musiało czasu upłynąć, żeby było normalniej na kolei.

Woodstockowicz debiutant powinien koniecznie przeżyć i zobaczyć kilka rzeczy na Przystanku, by nie skończyło się na emocjach niedzielnego turysty. Po pierwsze - koncert. Wybrać ten jeden ulubiony, dla ciebie najważniejszy. Przepchnij się pod wielką scenę. Przepłyną przez ciebie wszystkie zapachy ziemi i ludzi, przenikną dźwięki. A jeśli są to dźwięki niesamowite jak zespołu Killing Joke w 2003 r., powtórzysz za mną, że przeszedłeś piekło, niebo i Syberię. I nie zapomnisz tego do końca życia.

Oczywiście, musisz zobaczyć "Małysza" skaczącego na nartach ze stolika w tzw. wiosce piwnej. Tam też urządzają konkursy zjazdów na brzuchu na dostawianych stołach. Ponoć rekordzista przeleciał przez osiem.

Posłuchaj też rozmów kleryków z woodstockowiczami. - Jak myślisz, czy Bóg ma coś przeciwko alkoholowi? - pytają ich goście z irokezami. A kleryk na to: Nie namawiam was, żebyście zamontowali baterie na plecach, a nad głową aureolkę. Przyjdźcie jutro na mszę.

I namawiam do odwiedzenia Akademii Sztuk Przepięknych. To tu po rozmowach woodstockowiczów z politykami dużego kalibru zobaczyłem, jak zmieniła się Polska, bardziej niż przystankowe pociągi. Nie dająca się zamknąć w szufladach i ramach. W moim rankingu pierwsze, szczególne miejsce zajmuje starcie z Leszkiem Balcerowiczem.

Pod namiotem ponad 2 tys. ludzi, a kilku anarchistów go ostro "okłada": za PGR-y i biedę, bezrobocie, zamykane fabryki, rozkradziony majątek, zero perspektyw. Balcerowicz swoim profesorskim tonem tłumaczy sens reform. Jeden z lewaków w końcu chce dobić i podkurzyć tłum.

- Co chcecie pracować do 70. roku życia, tak jak chce Balcerowicz?

- Taaaak! - zatrząsł się cały namiot.

Takie rzeczy zdarzają się tylko na Woodstocku.



Więcej o: