Disco polo na Dzikim Zachodzie, czyli pierwszy film o fenomenie tego gatunku muzycznego

Bajecznie kolorowa, kąpiąca się w kiczu ekipa pierwszego filmu fabularnego o fenomenie muzyki disco polo podróżuje po Polsce. Efekty ich pracy zobaczymy w kinach prawdopodobnie na przełomie lutego i marca przyszłego roku
Z Maćkiem Bochniakiem, reżyserem filmu "Discopolo", rozmawia Piotr Guszkowski

Czy pomysł na film o disco polo pojawił się podczas pracy nad dokumentem o chińskiej przygodzie zespołu Bayer Full?

- Dokument daje możliwość wejścia głęboko w świat osób, o których się opowiada. Dzięki "Miliardowi szczęśliwych ludzi" poznałem środowisko disco polo - dla mnie do tej pory nieznane. Wcześniej postrzegałem je raczej stereotypowo przez pryzmat programu "Disco Relax", poza którym nie miałem właściwie żadnych skojarzeń. Tymczasem okazało się ono bardzo barwne i ciekawe. W Polsce, powiedzmy nie tej wielkomiejskiej, ludzie ci mają status prawdziwych gwiazd. Właśnie wtedy zaczął chodzić mi po głowie pomysł, by pokazać karierę kogoś próbującego przebić się w branży disco polo. Chociaż losy naszego bohatera to czysta fikcja, realia panujące wewnątrz tego świata oparliśmy o historie, które rzeczywiście miały miejsce.

To będzie spojrzenie na fenomen, a może nawet pewien stan świadomości, czy raczej opowieść w tonie prześmiewczym, obnażająca obciach, z jakim kojarzy się disco polo?

- Prześmiewczym na pewno nie, wręcz przeciwnie - przyjmujemy perspektywę ludzi, którzy w tym świecie zaistnieli, dla których kariera discopolowa była najlepszym okresem w życiu. Ludzie z prowincji z dnia na dzień stawali się rozpoznawalni. Zarabiali olbrzymie pieniądze, czuli, że oto spełnia się ich amerykański sen. I żeby pokazać to bez oceniania, postanowiliśmy wszystko "podkręcić". Mówię o warstwie wizualnej, kolorystyce, kostiumach, o przerysowaniu w taki sposób, żeby cały ten kicz lat 90. nie wydawał się przaśny ani komiczny. Tylko żeby młody widz, który tamtych czasów nie pamięta, oglądając "Discopolo" mógł pomyśleć, że sam chciałby przeżyć coś takiego. Stawiamy na solidną rozrywkę, kino łączące gatunki - od sensacji po komedię.

Nie bez przyczyny w kontekście początków transformacji używa się określenia Dziki Zachód.

- Hasło "western" również pobrzmiewa w naszych głowach. Punktem wyjścia dla języka filmu jest to, że wraz z końcem PRL-u Polacy zachłystują się nową, kapitalistyczną rzeczywistością - na swój sposób rozumianym wolnym rynkiem, otwierającymi się perspektywami, łatwością, z jaką można się dorobić, obietnicą spełnienia marzeń. Wszystko dookoła staje się amerykańskie, ale wciąż bardzo po polsku. Odwołujemy się do kina zza oceanu, do tamtejszego stylu bycia, kreując przy tym przestrzeń mocno ukształtowaną, a zarazem dość umowną. Nie trzymamy się kurczowo polskich realiów, wykorzystujemy nasze wspomnienia, wyobrażenia o Stanach Zjednoczonych, jakie mogły wtedy funkcjonować.

Dziwne, że film o tym środowisku powstaje dopiero teraz. W końcu minęło już trochę lat od złotych czasów disco polo.

- Z drugiej strony disco polo przeżywa teraz prawdziwy renesans. Ba, może nawet ten boom jest dziś większy niż wtedy. Świadczy o tym popularność Polo TV, koncertów, nie mówiąc już o liczbie wejść na teledyski na YouTubie. Disco polo na przestrzeni lat mocno się zmieniło. Różnicę widać, jeśli porówna się teledyski kręcone dziś i w latach 90. Obecnie, poza nakładami finansowymi na produkcję, niewiele różni się ono od europopu zalewającego większość stacji radiowych. Ale jeśli mam być szczery, w mojej opinii wartość muzyczna jest dokładnie taka sama.

Skoro już o muzyce - usłyszymy w filmie hity?

- Na ścieżce dźwiękowej mamy ponad 20 utworów. I są to największe przeboje w nowych aranżacjach. Zaprosiliśmy do współpracy Mafia Mike'a, DJ-a znanego z Wet Fingers, który nam te kawałki odpowiednio podrasował. Piosenki w zdecydowanej większości będą śpiewane przez aktorów, co wymagało solidnych przygotowań.

Obsada więc tym bardziej musiała być nieprzypadkowa.

- Tak, choć na przykład Dawid Ogrodnik, który gra główną rolę i jest świetnym aktorem, ze śpiewaniem nie miał tak łatwo. Przez dwa miesiące przed rozpoczęciem zdjęć chodził na lekcje śpiewu. I zrobił niesamowity progres: z człowieka, który ma problem z czystością dźwięku czy oddechem, przemienił się w kogoś, kto moim zdaniem spokojnie mógłby dawać koncerty. Ta metamorfoza dodała mu pewności siebie, także na scenie, co okazało się istotne w przypadku tej postaci.

Nazwiska odtwórców nie tylko głównych ról robią wrażenie, tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę, że mamy do czynienia z reżyserskim debiutem.

- Udało mi się skompletować obsadę, jaką sobie wymyśliłem. Nie musiałem nikogo specjalnie przekonywać, aktorom chyba na tyle spodobał się ten pomysł, że mieli ochotę wejść w wykreowany przez nas świat. Zanurzyć się w magicznej rzeczywistości, w tych kostiumach i rekwizytach.

Obok aktorów na ekranie zobaczymy również Tomasza Niecika, Radosława Liszewskiego z Weekendu oraz Roberta Klatta - lidera zespołu Classic.

- Pojawią się w komediowych epizodach. I to dość przewrotnie. Niecik z Liszewskim, obecnie największe gwiazdy, u nas zagrają gości, którzy próbują zadebiutować, ale im się to nie udaje.



Więcej o: