Kat, który szkolił złotą dwunastkę - jest biografia Huberta Wagnera

?Jak się wam nie podoba, to - zwykł mawiać do swoich podopiecznych trener Hubert Wagner i nie musiał kończyć. Wszyscy pokornieli i od tej pory myśleli już tylko o treningu. Bo to on rządził. On był ich katem, oni musieli karnie wykonywać jego polecenia
W 1976 roku Witold Rutkiewicz nakręcił dokument "Kat" o trenerze polskich siatkarzy. Teraz, pod takim samym tytułem, ukazała się biografia kata Wagnera autorstwa wieloletniego dziennikarza sportowego Krzysztofa Mecnera i syna szkoleniowca, Grzegorza. Przy czym młodszy Wagner od razu zastrzega, że ojciec nikogo nie dręczył. Po prostu był perfekcjonistą, czyli człowiekiem, który nie ma prawa popełniać błędów. I ta natrętna myśl towarzyszyła mu przez całą karierę szkoleniowca.

Jako zawodnik Hubert Wagner osiągnął niewiele, bo poza paroma mistrzostwami Polski z AZS AWF Warszawa w narodowych barwach zdobył tylko brązowy medal mistrzostw Europy w Turcji. Ale już wtedy robił notatki, analizował grę reprezentacji i miał własny pogląd na brak spektakularnych sukcesów zespołu na arenie międzynarodowej. Gdy tylko powierzono mu opiekę nad biało-czerwonymi, od razu zaczął wprowadzać spartańską dyscyplinę i żelazne zasady.

Oto kilka z nich: "wyznacz swojemu zespołowi cel na granicy jego możliwości", "ludzie to egoiści, wykorzystaj to", "stagnacja to śmierć zespołu; jeśli nie ma rozróby, wywołaj ją". U Wagnera na nie było zmiłuj. Potrafił wyrzucić zawodnika ze zgrupowania z powodu kilkuminutowego spóźnienia na trening, odebrać miesięczną pensję za kilka słabych zagrań albo nawet - taki los spotkał Zbigniewa Zielińskiego - zakazać przychodzenia na stołówkę. "Koń nie rabotajet, koń nie wpierdalajet" - usłyszał od Kata zszokowany Zieliński.

Ale to za czasów Wagnera kadra zdobyła złoty medal mistrzostw świata w Meksyku w 1974 roku i dwa lata później mistrzostwo olimpijskie. Tych sukcesów z męską reprezentacją Polski nie powtórzył żaden inny szkoleniowiec. Pod wodzą Kata nasi siatkarze nauczyli się wygrywać z Rosjanami, a trener zasłynął z taktycznych roszad i był na tyle pewny swego, że mecze przeciwko radzieckim zawodnikom często zaczynała rezerwowa szóstka. Bo liczyła się drużyna - gwiazd Wagner nie tolerował. - Osłabiłem zespół fizycznie, ale wzmocniłem go psychicznie - powiedział, kiedy po raz kolejny wyrzucił siatkarskiego indywidualistę.

Wagner cenił sobie lojalność i pracowitość. Był w kadrze trenerem, motywatorem i nawet lekarzem. - Oceny stanu zdrowia nie dokonywał lekarz, ale on. Kontuzją, którą ewentualnie zaakceptowałby Wagner, było otwarte złamanie - wspomina w książce Wojciech Drzyzga, jeden z nielicznych ulubieńców Kata. Surowy szkoleniowiec nie odpuszczał nawet siatkarkom, którym robił niezapowiedziane kartkówki z wiedzy ogólnej: "Skoro nawet procentów nie umiesz policzyć, to jak masz skończyć taką akcję" - wypominał później w czasie meczu.

Choć wielu uważa, że Kat miał serce z kamienia, oceny te są jednak przesadzone. Gdy już został działaczem Polskiego Związku Piłki Siatkowej, w pierwszej kolejności walczył o wyższe pensje dla sprzątaczek. Ale w skorumpowanej centrali niewiele zmienił. Po jednym z dramatycznych zebrań związkowych jego serce, tak oddane polskiej siatkówce, przestało bić. Ale jeśli gdzieś z zaświatów ogląda rozgrywane teraz mistrzostwa świata w Polsce, na pewno jest za naszymi całym sercem.



Więcej o: