Były wokalista Led Zeppelin Robert Plant przygotował rzecz bliską muzycznego ideału

Jest już dobrze po sześćdziesiątce, codziennie w lustrze spotyka legendę światowego rocka, ale od przecierania z kurzu pozłacanych dowodów uznania z przeszłości woli nagrywać nowe piosenki. Były wokalista Led Zeppelin Robert Plant przygotował rzecz bliską muzycznego ideału - album ?Lullaby And... The Ceaseless Roar?
Jeśli się grało w Zeppelinach, nic w życiu na starość nie trzeba robić. Konto bankowe nie zna pojęcia kasowego manka i nalicza procenty od dawnych zasług. Ale Roberta Planta taka rzeczywistość nie pociąga. Już dwa lata po rozpadzie macierzystej kapeli w 1980 roku, zaczął pracować na własny rachunek. Wiadomo, zadziałała magia nazwiska, bo za cokolwiek Plant się zabierał, sukces był gwarantowany. W dekadzie "ejtisowych" hitów z syntezatora, słynny wokalista opierał się komercji i szedł pod górę szlakiem ambitniejszej muzyki. To zaowocowało albumem "The Principle Of Moments", przy którym za namową Planta majstrował m.in. Phil Collins. Mocne piętno na solowej karierze frontmana LZ odcisnęła też dobrze przyjęta płyta "Now And Zen", która w Stanach aż trzykrotnie pokryła się platyną. Eksperymenty z popem, jazzem czy bluesem wychodziły Plantowi na dobre, ale w latach 90. zatęsknił za dawnym kompanem z czasów zeppelinowych - gitarzystą Jimmym Page'em - i odłożył na bok stricte solowe projekty.

Nie wskrzesił Zeppelinów...

W XXI wiek Robert wkroczył niepewnie i bez wielkich sukcesów. Wydana w 2002 roku płyta "Dreamland" (nie mylić z dziełem o tym samym tytule innego Roberta Milesa) wyrzuciła go z wyścigu "za medalami" w świecie rozrywki na koniec peletonu. Znowu stał się zakładnikiem mitu Led Zeppelin, o wskrzeszeniu którego fani na całym globie coraz głośniej marzyli. W grudniu 2007 roku w londyńskiej O2 Arena legenda rocka reaktywowała się na wyjątkowy koncert poświęcony pamięci Ahmeta Erteguna z wytwórni płytowej Atlantic, która wydawała kultowe albumy LZ. Plant nazwał ten okolicznościowy powrót wielkim wydarzeniem, ale nie zamierzał w kółko rozpamiętywać przeszłości. Fani jakoś musieli przełknąć tę gorzką pigułkę.

...ale wrócił w przeszłość

Plant jednak nie próżnował. Jedyny w tył zwrot, jakiego dokonał w swej artystycznej wędrówce, to wskrzeszenie po latach pomysłu Band Of Joy. W zespole o tej nazwie występował jeszcze pod koniec lat 60., zanim los splątał go z Led Zeppelin. Wtedy pod tamtym szyldem nie udało się wydać ani jednej płyty. Kapela grywała w klubach z West Bromwich, czasem otarła się o wielki Londyn, ale zasłynęła (a była to sława prowincjonalna) głównie z przeróbek cudzej twórczości - wizytówką grupy był cover "Hey Joe" Jimiego Hendrixa. I mimo że Band Of Joy muzycznie robił wrażenie, a Plant w wywiadach chwalił się, jak wielki wówczas Ten Years After czuł duży respekt przed jego kapelą, z grania koncertów nie dało się wyżyć. - Nadal nie zarabialiśmy tyle, by nie kraść mleka spod drzwi o poranku, czy ściągać benzyny z baków ciężarówek. Brakowało nam ogłady - wspominał Plant w rozmowie z dziennikarzem "Teraz Rock" cztery lata temu. Płyta "Band Of Joy" ukazała się w 2010 roku i zawędrowała do piątego miejsca na liście 200 najlepiej sprzedających się albumów studyjnych w Ameryce.

Teraz patrzy na U2

Teraz Plant ma nowy zespół - The Sensational Space Shifters - z którym na najnowszym krążku "Lullaby And. The Ceaseless Roar" muzycznie harcuje aż miło. Otwierające "Little Maggie" subtelnie emanuje Bliskim Wschodem, a instrumentaliści robią dobry użytek ze skali arabskiej. "Rainbow" godzi plemienne akcenty z ciekawie podanym rockiem środka i do złudzenia przypomina wielkie przeboje U2, ale w wersji aranżacyjnie wzbogaconej. Prawdziwą petardą jest "Embrace Another Fall". Plant śpiewa tu trochę manierą solowego Stinga, melodia ma symfoniczny posmak, gdy znienacka wyrasta rockowe interludium, a po nim żeński chórek. Jednak wokalista trochę odcina się na tej płycie od pojęcia "rock" i woli nazywać się Panem Bluesem.

Nowe dzieło Planta praktycznie nie ma słabych punktów. Fani pościelówek dostają ambitną balladę ("A Stolen Kiss"), a sympatycy bluegrassu coś zdecydowanie bardziej wznioślejszego od prostego country a la lata. 50, bo "Poor Howard" kołysze się w irlandzkim rytmie. Co z kibicami Led Zeppelin? Muszą zadowolić się kupowaniem poszerzonych reedycji płyt ulubionego zespołu (na polskim rynku na razie ukazały się "1", "2" i "3", ale szykowane są kolejne pozycje z dyskografii) i zrozumieć niechęć Planta do rozdrapywania ładnie zagojonych blizn. Dla niego Led Zeppelin to rozdział zamknięty.



Więcej o: