Bogowie. Opowieść o drodze Zbigniewa Religi do pierwszego udanego przeszczepu serca w Polsce

?Bogowie? to najlepszy polski film od lat. I w ogóle jeden z najlepszych, jakie można zobaczyć w naszych kinach w tym roku. Idźcie koniecznie. Nie będziecie żałować
Jak każdy, kto chodzi do kina na polskie filmy, miewam poważne momenty zwątpienia. Bo temat ciekawy, a film nudny. Bo aktorzy grają jak z nut, a sens leży. Bo zdjęcia piękne, a w środku pusto. Albo po prostu film jest zły, bo dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, a reżyser(ka) zapomniał(a), że filmy robi się dla ludzi, a nie dla siebie i znajomych. "Bogowie" na tym tle świecą własnym światłem - nie ma się w nich absolutnie do czego przyczepić. Co nie znaczy, że paru malkontentów się nie znalazło, zwłaszcza po werdykcie festiwalu w Gdyni, który przyznał "Bogom" Złote Lwy. No bo kto to widział, żeby robić film dla ludzi.

Jako "ludź" jednak jestem niezmiernie wdzięczna reżyserowi Łukaszowi Palkowskiemu, grającemu główną rolę Tomaszowi Kotowi oraz, a może nawet przede wszystkim, scenarzyście Krzysztofowi Rakowi, że zrobili tak wciągający, wzruszający, zabawny i trzymający w napięciu film (choć dobrze wiemy, że Relidze się uda i tak denerwujemy się razem z nim i jego zespołem). Obraz opowiadający nie tylko o legendarnym kardiochirurgu. A raczej wcale nie o legendarnym kardiochirurgu, ale o człowieku, który ma niezwykły talent i determinację, który wie, czego chce i zrobi wszystko, by cel ten osiągnąć. Biografię, która jest czymś więcej. W stylu, w jakim od lat filmy biograficzne kręcą Amerykanie, którzy nawet historię drugorzędnego trenera trzeciorzędnej drużyny bejsbolowej potrafią pokazać tak, że nie możemy oderwać wzroku od ekranu. Ale w "Bogach" mamy bohatera z pierwszej ligi. Człowieka, który zmienił polską medycynę.

Choć trudno to sobie wyobrazić, 30 lat temu pomysł, by przeszczepiać serce, był nawet wśród tuzów polskiej medycyny uznawany za absurdalny. Profesor Jan Moll, który spróbował tej operacji w 1969 r. i poniósł porażkę, był pariasem. Ale docent Zbigniew Religa, świeżo na stażu w Ameryce, nie zamierzał się tym przejmować. - Serce w Polsce jest relikwią - mówi w filmie jego przełożony i mentor, wybitny lekarz, profesor Wacław Sitkowski. - Serce jest mięśniem, panie doktorze. Obaj dobrze to wiemy - odpowiada Religa. I postanawia nie tylko doprowadzić do przeszczepu, ale stworzyć klinikę, która tym właśnie będzie się zajmować. Wyjeżdża z Warszawy do Zabrza.

Jego drogę przez środowiskowe niesnaski, peerelowskie układy i układziki, codzienne problemy z brakiem wszystkiego, wreszcie czysto medyczne problemy oglądamy w "Bogach". Oglądamy jak najlepsze kino sensacyjne i obyczajowe w jednym. Religa jest w tym filmie nie tylko herosem, któremu niestraszne żadne przeszkody. Jest też człowiekiem kruchym, który ucieka od matki dziecka, którego nie potrafił uratować. I topi swoje porażki w alkoholu.

Z jednej strony potrafi dobrać sobie najlepszych ludzi - fachowych, jak od nieustraszonych: Mariana Zembalę, Andrzeja Bochenka, Romualda Cichonia. Z drugiej potrafi zwolnić ich w szale, by następnego dnia znów zatrudnić. Jeździ jak wariat, pali jak smok. I walczy. Z systemem, z możliwościami medycyny lat 80., ze swoimi demonami. Bez reszty wciąga nas ta historia opowiedziana w rytm rockowej muzyki, którą Religa uwielbiał.To właśnie jeszcze wyróżnia "Bogów". Opowiadają o wyjątkowo smutnym czasie - zaczynają się, gdy trwa jeszcze stan wojenny. Ale nie ma w nich szarości i smętu. Polityka, partia, esbecy są w tym filmie, ale w tle. To nie jest ich historia. To historia Religi. Kogoś, kto wystawał. Kto był kolorowy.

I tak kolorowy jest Tomasz Kot, który, choć zupełnie do Religi niepodobny, po prostu zamienia się w lekarza. Charakterystyczne przygarbienie, uśmiech bardziej przypominający grymas, sposób palenia papierosów, fryzura. Ale przede wszystkim talent. Kot zagrał genialnie. A wokół niego jest zespół aktorów drugoplanowych, z których każdy również pokazał się z jak najlepszej strony. Piotr Głowacki jako wiecznie zamyślony Zembala, Szymon Piotr Warszawski jako ambitny Bochenek i Rafał Zawierucha jako Cichoń, który zrobi wszystko, by pracować z Religą, są dla Kota nieocenionym wsparciem. W tym filmie zresztą nawet trzeci plan gra. Nikt nie odpuszcza.

Nie odpuszcza się też widzom. Także realizmu. Wychowani na serialu "Ostry dyżur" problemów z "Bogami" mieć nie będą, ale jednostki wrażliwsze, które tej amerykańskiej produkcji nie widziały, czeka kilka wyzwań. W końcu to film o kardiochirurgach - operacja na otwartym sercu to ich codzienność, którą ze szczegółami oglądamy na ekranie.


Piotr Głowacki i Tomasz Kot

Doktor z YouTube'a

Piotr Głowacki często pojawia się w drugim planie i, jak w "80 milionach", kradnie kolegom z pierwszego planu film. W "Bogach" zostawia jednak pole Tomaszowi Kotowi, ale jako asystent Religi, doktor Marian Zembala, jest doskonałym partnerem. Nam opowiada o zszywaniu skórki od banana i o tym, że praca aktora ma wiele wspólnego z pracą detektywa.

Ile waży ludzie serce i jakie to uczucie trzymać je w rękach?

- Nigdy nie trzymałem w rękach ludzkiego serca, choć dzięki świetnej pracy pionu charakteryzacji można tak pomyśleć.

Czy to, że grając doktora Mariana Zembalę, asystenta najsłynniejszego polskiego kardiochirurga, będziesz musiał przyglądać się prawdziwym operacjom na otwartym sercu, a potem również je odgrywać, było zachęcające czy odstręczające?

- Operacjom w klinice w Zabrzu przyglądałem się przez szybę, obserwowałem tych, którzy operują, pracę zespołu, zależności funkcyjne i ludzkie, ich energię i zachowania przed i po. To, co dzieje się na stole oglądałem z bliska na YouTubie, gdzie jest mnóstwo kanałów medycznych.

Czyli przygotowywałeś się bardziej wirtualnie niż realnie?

- Przecież nigdy nie będę chirurgiem. Przeszliśmy trzymiesięczne szkolenie, w domu zszywałem skórkę banana, która jest bardzo dobra do ćwiczeń (można też zszywać kurczaka, ale jako jarosz nie wchodziłem w ten temat). Spotykałem się z chirurgami i pacjentami w szpitalu. Zawód aktora to dwie równoległe ścieżki, z których starałem się komplementarnie korzystać. Pierwsza to ścieżka praktyki i doświadczenia, dotykanie, sprawdzanie. Druga ścieżka to ścieżka wyobraźni. Zwłaszcza w sytuacjach, w których masz do czynienia z prawdziwymi osobami, ważne wydaje mi się zachowanie dla siebie tej drugiej, która daje poczucie wolności, tego że nie jesteś zobligowany do odtworzenia kogoś jeden do jednego. To zresztą niemożliwe.

Ale robiąc film o Relidze i jego zespole musieliście przy stole operacyjnym wyglądać wiarygodnie. Nie tylko dla widzów, ale i dla nich.

- Po specjalnym pokazie "Bogów" dla pracowników Śląskiego Centrum Chorób Serca, najbliższych i pacjentów profesora Religi w Zabrzu, chirurdzy mówili mi, że nie ma się do czego przyczepić. To było dla mnie bardzo ważne, bo oni widzą wszystkie drobiazgi, także te w drugim planie, nawet nieostrym. I ja w tym drugim planie starałem się tak samo jak w pierwszym. Docenili to.

A sama scena operacji, kiedy wchodzicie na salę w kitlach, jest pacjent, jest otwarta klatka piersiowa, serce, krew... To było coś niezwykłego czy po prostu kolejny dzień zdjęciowy?

- Na sali operacyjnej mieliśmy siedem dni zdjęciowych, więc w pewnym momencie stało się to rutyną. I to było bardzo fajne. Spędzaliśmy przy tym stole długie godziny - w tym miejscu zawód aktora i zawód chirurga się łączy - trzeba mieć mocne nogi.

Miałeś tę przewagę nad Tomaszem Kotem, że mogłeś spotkać swojego bohatera. Jak wyglądało spotkanie z profesorem Marianem Zembalą i jaką rolę odegrał jego syn, Michał, także kardiochirurg?

- Profesor jest bardzo zajętym człowiekiem, jako lekarz i jednocześnie szef kliniki ma mnóstwo obowiązków. Na miejscu w Zabrzu profesor mnie przywitał i pożegnał, ale większość czasu spędziłem z jego zespołem i Michałem.

I to było dobre, bo uwalniało od konieczności kopiowania. Słuchałem opowieści i to z nich budowałem postać. Bo przecież profesor dzisiaj to nie jest doktor Zembala sprzed 30 lat. Jego musiałem sobie wyobrazić. W tym właśnie pomocny okazał się Michał, który nie tylko bardzo przypomina swojego ojca z tamtych czasów fizycznie, ale też jest świetnym kardiochirurgiem. Prowadzi badania nad użyciem komórek macierzystych, tak by w przyszłości nie tylko odejść od chirurgii twardej, ale zachęcić serce, by samo się naprawiało.

Brzmi jak science fiction...

-... ale 30 lat temu przeszczep serca też brzmiał jak science fiction



Więcej o: