"Bogowie" to film nie tylko o Relidze. O czym jeszcze? Opowiada Piotr Głowacki, który gra dr. Mariana Zembalę

W filmie o najsłynniejszym polskim kardiochirurgu, który od piątku oglądać możemy w kinach, pojawia się wiele wątków dotyczących biografii Religi, jego osobowości, ale i walki, jaką stoczył z systemem, a nawet własnymi kolegami, by w końcu doprowadzić do pierwszego udanego przeszczepu serca w Polsce. Ale to film o czymś więcej. O czym? Opowiada nam Piotr Głowacki, który w "Bogach" gra asystenta Religi, doktora Mariana Zembalę
Profesor Religa jest wielki - nie tylko posturą - wszędzie go pełno, ma duże ego, jest głośny, gwałtowny. Profesor Zembala to siła spokoju. Moja ulubiona scena w "Bogach" pokazująca dynamikę ich relacji dotyczy zatrudnienia nowego lekarza, doktora Cichonia. Przynosi on swój doktorat, który Religa bez słowa przekazuje Zembali, a ten od razu zaczyna czytać. I gdy wokół toczy się prawie towarzyska rozmowa, Religa zerka na Zembalę, ten kiwa głową i Cichoń jest przyjęty... Tak właśnie było?

- Religa stworzył trójkąt - Zembala miał przeprowadzić dowód na poziomie intelektualnym, doktor Bochenek, który również występuje w tej scenie, ocenić, czy kandydat pasuje do zespołu osobowościowo, a on sam podejmował ostateczną decyzję. I na poziomie psychologicznym ta scena jest prawdziwa. Praca aktora jest w tym wypadku także pracą detektywa - zanurzamy się w przeszłość, próbujemy z tego, co dzisiaj widzimy, do czego mamy dostęp, odbudować postaci, ich energię. I tak skonstruowane postaci wpuścić w sytuacje filmowe.

"Bogowie" są jakby prezentem dla kliniki w Zabrzu, która w przyszłym roku obchodzi 30-lecie. Czy będzie to też pomoc dla polskiej transplantologii po zapaści w związku ze sprawą doktora G.? Czy po wyjściu z kina ludzie zaczną rozmawiać o oddawaniu organów, powiedzą bliskim, co o tym myślą? Bo w naszym prawie obowiązuje domniemanie zgody na pobranie organów, ale lekarze pytają rodziny i często spotykają się z odmową.

- Opowiem, co mi dało spotkanie z profesorem Zembalą. Zrozumiałem, że szacunek to prawdomówność. Najlepiej objawiamy go, nie traktując kogoś jak głupszego od siebie, ale wchodząc z nim w dialog. Każdy z nas ma inny punkt widzenia, inaczej postrzega rzeczywistość. Jeśli to zauważymy, będzie nam o wiele łatwiej rozmawiać nawet na te najtrudniejsze tematy. Wierzę, że nasz film może ułatwić dialog między środowiskiem lekarzy i pacjentów. Domniemanie zgody jest czymś, co prawnie uznaliśmy za najlepsze, ale jestem przekonany, że duża cześć społeczeństwa o tym nie wie. Podstawą jest uznanie każdego obywatela za równoprawnego, poinformowanie o prawach, obowiązkach. Im każdy z nas będzie wiedział więcej, będzie miał większą odpowiedzialność, tym bardziej będzie mógł wykazać się swoim dobrym sercem.

A propos środowiska medycznego. Scena, która mnie w "Bogach" najbardziej przygnębiła, to ta, w której Religa po nieudanej operacji ucieka od matki pacjentki, zostawia ją na szpitalnym korytarzu samą, przerażoną. Dziś to już chyba nie do pomyślenia, żeby lekarz uciekł rodzinie pacjenta w takiej sytuacji?

- Nie wiem, czy nie do pomyślenia. To jest bardzo ludzka sytuacja. W tej scenie poznajemy reakcję bohatera w krytycznym momencie, a przez to odkrywamy jego charakter. Ale jest jeszcze jedna kwestia - w Zabrzu dowiedziałem się, że 30 lat temu umieralność pacjentów przy operacjach to było 20-25 proc. - co piąty, co czwarty pacjent umierał. Dzisiaj to jest od 1 do 2 proc. - jeden na stu. Bycie chirurgiem, który wykonuje w tygodniu pięć operacji, z których jedna-dwie kończą się śmiercią pacjenta, a dziś, to jest przepaść. Ciężar jest oczywiście zawsze, kiedy stajesz przy stole, ale to są dwa różne światy. A my bohaterów "Bogów" spotykamy w momencie, gdy oni naprawdę nie rozstawali się ze śmiercią. Ta scena pozwala nam postawić się w sytuacji kogoś, kto nie ma w stu procentach władzy nad rzeczywistością, ale walczy.

Dla mnie to film o odwadze walki o swoje, o to, w co się wierzy, o niepoddawaniu się wbrew nawet własnemu środowisku. A dla ciebie?

- O tym, że trzeba zaufać swoim uczniom, że prawdziwy mistrz to ten, kto kształci mistrzów, a nie idealnych uczniów. Że ludzie trzydziestoletni nie są dziećmi, to pełnoprawni profesjonaliści. Podstawą jest radość z wyboru, jakiego się dokonało i ciągłe pogłębianie wiedzy. Z drugiej strony nie każdy musi być Religą. Chodzi o to, że społeczeństwo powinno działać tak, by każdy znalazł sobie jakieś zadanie, które sprawi, że całość będzie działała sprawnie.

Ale by zostać takim trybikiem, trzeba być gotowym przyjąć swoją rolę. Są tacy, którzy uciekają od dorosłości, od zobowiązań. To się dzieje nie tylko w Polsce, ale w całym zachodnim świecie.

- To się dzieje na poziomie indywidualnym: ktoś nie chce stać się dziadkiem, bo bardzo spodobała mu się rola ojca, a ktoś nie chce być kierownikiem, bo nie chce poświęcać wieczorów pracy. Więc nic dziwnego, że to zjawisko pojawia się też na poziomie wspólnoty, choćby tak, że ludzie dwudziestoletni mówią - dobra, skoro taki jest świat, to ja sobie porobię coś przyjemnego, coś, co mi pasuje, bo nikt mnie przecież nie chce.

Ciebie chcą bardzo - po "Bogach" na premierę czeka osiem filmów z twoim udziałem. Jesteś doskonałym partnerem ekranowym, a czy w którymś z tych filmów będzie też główna rola?

- Od jakiegoś czasu przygotowywałem się, żeby tak dużo pracować [śmiech]. Właśnie skończyłem pracę nad filmem "Discopolo", tu bohaterem jest duet - wokalista i klawiszowiec, ja gram klawiszowca...

...ale wokalista i tak zgarnia śmietankę, jak to wokalista...

- ...W piłce nożnej mamy kogoś, kto strzela, i kogoś, kto asystuje, kto tę piłkę wystawia strzelcowi. Jeden bez drugiego nie istnieje. Za to uwielbiam film.



Więcej o: