Recenzja najnowszego kryminału Zygmunta Miłoszewskiego "Gniew"

Szedł tropem esbeckich teczek w Warszawie, szukał sprawcy rytualnego mordu w Sandomierzu, a teraz Teodor Szacki, bohater kryminałów Zygmunta Miłoszewskiego, zmierzy się z przemocą domową w Olsztynie. I poczuje "Gniew"
Gniewny - tak mówi o prokuratorze Teodorze Szackim, kochanym przez media (których on sam nienawidzi) szeryfie, najbliższa mu kobieta - córka Hela, licealistka. Inne przedstawicielki płci pięknej widzą w nim przystojnego, doskonale ubranego i intrygująco siwego mężczyznę, irytującego podwładnego, którego należy obezwładnić fałszywą serdecznością, zimnego przedstawiciela prawa, albo potencjalnego wybawcę. W mężczyznach nie budzi aż tak wielu emocji, choć jego asystent, asesor prokuratorski Edmund Falk, go podziwia.

Z Sandomierza, gdzie prowadził słynną na całą Polskę sprawę mordu rytualnego w drugiej powieści Miłoszewskiego o sobie - "Ziarnie prawdy" - prokurator Szacki przeniósł się do Olsztyna. Miał miłą wizję małego domku na Mazurach i kominka, przy którym w spokoju będzie zastanawiał się nad zawiłościami śledztw. Ale rzeczywistość szybko zweryfikowała te marzenia - przede wszystkim nauczyła go, że Olsztyn to Warmia, nie Mazury. A do służbowego mieszkania w poniemieckiej willi vis-a-vis prokuratury wprowadziły się córka Szackiego, Hela, i jego nowa dziewczyna, Żenia. Te dwie istoty rodzaju żeńskiego wywołują w Szackim zadziwiające u mężczyzny wykształconego, bywałego i świadomego pokłady mizoginii. - Ciekawe, ilu szeryfów z Dzikiego Zachodu po powrocie z polowania na bandytę dzieliło się z żonami obowiązkami domowymi - zastanawia się Szacki. A ja się zastanawiam, czy to jego podejście nie jest przypadkiem przyczyną nieszczęścia, do którego doprowadza przez swoje zaniedbanie. I czuję gniew. Zanim jednak dojdzie do wydarzenia, które stanowi punkt zwrotny powieści, prokurator dostanie banalne zadanie "odfajkowania Niemca". Podczas robót drogowych w rozkopanym pod budowę tramwaju mieście (ruch drogowy w Olsztynie i osoba nią zarządzająca są osobnymi bohaterami książki) robotnicy znajdują szkielet. Takie rzeczy zdarzają się często, ma to być więc rutynowa sprawa. Ale szybko okazuje się, że wyschnięte kości kryją w sobie tajemnicę. Jaką? Nie będę psuć nikomu przyjemności.

Jest bowiem "Gniew" książką wartą przeczytania, z wartko toczącą się akcją i zwrotami rodem z amerykańskiego thrillera. Jest w niej sporo celnych obserwacji i złośliwy humor rozładowujący napięcie. Nawet otoczony kochającymi kobietami Szacki nie traci nic ze swej słynnej bezczelności. Dumnych ze swego miasta olsztynian, powtarzających przy każdym spotkaniu, że w granicach miasta leży aż 11 jezior, pyta złośliwie "a dziadkowie jak głosowali w plebiscycie?" (ma na myśli plebiscyt z 1920 roku, w którym mieszkańcy mieli zdecydować, czy chcą przyłączenia swoich ziem do Polski - olsztynianie gremialnie wybrali pozostanie w Prusach Wschodnich). Jest tu też niestety sporo chodzenia na łatwiznę, zwłaszcza bliżej końca, który wygląda tak, jakby autorowi znudziło się już pisanie i postanowił szybko skończyć powieść (za sam finał należy się jednak Miłoszewskiemu uznanie).

Niektóre zabawy z czytelnikiem ocierają się o tandetę - występuje tu m.in. patolog, doktor Frankenstein (Ludwik, nie Wiktor). Inne, jak pojawienie się w książce filmu Borysa Lankosza "Rewers", są zabawne. Lankosz wyreżyserował bowiem ekranizację "Ziarna prawdy", która 9 stycznia wejdzie do kin.

Odkłada się więc "Gniew" z mieszanymi uczuciami. Ale odkłada się go po nieprzespanej nocy.



Więcej o: