Dawid Podsiadło nagrał płytę z zespołem Curly Heads

Dawid Podsiadło nie jest zakochanym we własnej karierze muzycznej narcyzem, któremu po zdobyciu czterech Fryderyków sodówka uderzyła do głowy. Swój estradowy sukces postanowił skonsumować z kolegami z zespołu Curly Heads, czego dowodem ich wspólna płyta ?Ruby Dress Skinny Dog?
A przecież wszystko mogło potoczyć się inaczej. Jest rok 2011. Dawid razem z zespołem próbuje przypochlebić się milionom przed telewizorami w programie "Mam talent!". Występ kapeli nie przypadł jurorom do gustu, ale sam wokalista spodobał się na tyle, że zaproponowano mu przejście do następnej rundy, ale pod warunkiem, że wyprze się znajomości z kolegami. "Przyszliśmy tu jako Curly Heads i wyjdziemy stąd jako Curly Heads" - zadecydował wtedy Dawid.

Program pomógł, ale...

Kiedy dzisiaj przypominam mu tamtą sytuację, Dawid odpowiada: - Skutecznie wyleczyłem się z programów typu talent show. Kiedy w "Mam talent!" postawiono nam ultimatum: albo odpada zespół, albo zostaje wokalista, poszedłem spróbować sił w "X Factorze". I mimo że wygrałem ten program, obiecałem sobie, że nigdy więcej nie będę śpiewać w telewizyjnych konkursach. Czas pokazał, że miałem rację. Niebawem nagrałem solową płytę, a teraz cieszymy się z fonograficznego debiutu Curly Heads. Dzięki mojej popularności zespół startuje z innego pułapu - przekonuje frontman kapeli.

Bez Dawida na ten poziom trudniej byłoby się wdrapać. Rok temu Curly Head wystąpili na przeglądzie młodych kapel w Jarocinie. - To był wielki przełom w historii naszego zespołu. Z dużym zaskoczeniem przyjęliśmy informację, że zagramy w finale konkursu. Szczerze mówiąc, nie wypadliśmy najlepiej. Brzmienie było średnie, ale ludziom koncert się podobał i dostaliśmy wyróżnienie. Wtedy poczułem sens tego, co robimy. Warto jeszcze wspomnieć o supporcie przed Archive w Stodole dwa lata temu. Brytyjczykom chyba spodobała się nasza muzyka, bo podarowali nam whisky - wspomina ze śmiechem gitarzysta Curly Heads Oskar Bała.

Licealne początki

Pytam, czy pamiętają swój debiut na szkolnym evencie, śpiewając covery. - Jeśli mnie pamięć nie myli, zagraliśmy przynajmniej trzy cudze kawałki. Na pewno jakąś piosenkę Coldplaya. Koncert na szkolnej akademii trochę się przeciągał, ponieważ występowaliśmy w przerwach między występami teatrzyku - mówi Oskar. A Dawid dodaje: - Dzień później przedstawiliśmy już własny utwór, który zrobiliśmy przez noc. Na początku Curly Heads tworzyliśmy we dwójkę z Oskarem, później do składu dobraliśmy chłopaków ze szkoły. Graliśmy w ogólniaku przy okazji świąt, obchodów, rocznic i innych wydarzeń, tj. akademii szkolnych czy walentynek.

Później Curly Heads biegali po knajpach i pubach, prosząc właścicieli o możliwość zagrania u nich w lokalu. - Organizowaliśmy te koncerty własnymi siłami, często bez akustyka. Z zarobkami nie było szału. Ale nie dawaliśmy słabych koncertów, publiczność dobrze się bawiła i dodawała nam siły. Dzięki temu przeszliśmy suchą stopą przez etap nierozpoznawalności zespołu. Ten rok kończymy trasą klubową już jako kapela, która coś znaczy - podkreśla z dumą Oskar.

Krzyk dojrzałości?

Brak dyplomów państwowych szkół muzycznych nie przeszkadza im w graniu koncertów, nie był też barierą w wymyślaniu piosenek na płytę "Ruby Dress Skinny Dog". Żartujemy, że właściwie tylko Dawid jest muzykiem z prawdziwego zdarzenia, bo ukończył szkołę muzyczną I stopnia w klasie - uwaga, uwaga! - puzonu. - Jesteśmy samoukami. Chyba jeszcze tylko nasz perkusista Damian Lis brał prywatne lekcje, ale szybko zrezygnował. Uczyliśmy się w domu, słuchając muzyki - wyjaśnia Oskar. Trudno w to uwierzyć, bo "Ruby Dress Skinny Dog" brzmi jak na debiutantów bardzo dojrzale. Jest tu coś z atmosfery The Strokes, jest ukłon w stronę stylistyki Queens Of The Stone Age. A czego nie ma na płycie? Nie ma kilku wcześniejszych piosenek, m.in. "Young Talk", którą zespół wykonał we wspomnianym programie "Mam talent!". Próby czasu nie wytrzymał też "Use The Door" ("Jak do niego na nowo usiedliśmy, nic ciekawego się nie wydarzyło" - mówią muzycy). Z tzw. staroci na płytę przedostał się właściwie tylko surowy "Housecall". Są za to inne perełki, w tym znakomite "Synthlove", które daje do myślenia, co by było gdyby, to David Bowie śpiewał z U2. Albo Dawid Podsiadło.

- Mam wrażenie, że na tej płycie uciekasz od wizerunku ugrzecznionego wokalisty? - zagaduję Dawida.

- Nie myślę o tym. Wiem, że sprawiam wrażenie osoby dojrzałej, poukładanej i skromnej. Ale trochę się zmieniłem - nabrałem pewności siebie i odwagi. Chcę teraz pokrzyczeć i powiedzieć, że mnie boli - kończy Podsiadło.

Więcej o: