Interstellar. Podróż do odległej galaktyki

Kiedy Christopher Nolan robi film, zawsze ma coś do przekazania. Konkluzja z jego najnowszego filmu ?Interstellar? jest smutna - zapomnieliśmy, że jesteśmy odkrywcami. Ale jest jeszcze nadzieja - po 168 minutach w kinie ma się apetyt na więcej astrofizyki i kosmologii
W XXI wieku miały być domy na Marsie, albo chociaż lewitujące deskorolki (nie mówiąc o samozawiązujących się butach). Zamiast nich jest serwis do złotych myśli, nie dłuższych jednak niż 140 znaków, serwis do filmików o psach przebranych za pająki i zabawnych kotach oraz serwis, w którym boty próbują mi sprzedać podrabiane ray-bany. Prace nad podbojem kosmosu przyniosły nam co prawda GPS, tomograf komputerowy i jednorazowe pieluchy, ale nic nowego nie pojawia się na horyzoncie. Gdyby nie Rosjanie, astronauci na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej umarliby z głodu. Nie jestem jednak sama z moim smutkiem - podziela go także amerykański reżyser Christopher Nolan, autor niezapomnianego "Memento", trylogii o Mrocznym Rycerzu czy intrygującej "Incepcji".

Dlatego postanowił zabrać nas wszystkich w podróż do gwiazd. I to nie, jak w ubiegłorocznej, fantastycznej "Grawitacji" na orbitę, ale do... odległej galaktyki. W podróż tak sugestywną, że po 168 minutach "Interstellara" kolejnych prawie 100 spędziłam, oglądając w internecie wykład amerykańskiego astrofizyka i genialnego popularyzatora nauki Neila deGrasse'a Tysona o czarnych dziurach (tak, do tego też można używać YouTube'a).

Wiem, że nie wszystkim się film Nolana spodoba - mnie samej zdarzyło się roześmiać w momentach w założeniu podniosłych i skrzywić na co bardziej drętwe dialogi (niestety, głównie te o miłości). Nie wszystkich też ekscytuje kosmos. Fizyka jest też w tym filmie dość zaawansowana. Czy zgodna z nauką? Muszę wierzyć na słowo, konsultantem i współproducentem był wybitny amerykański specjalista od teorii względności Kip Thorne. Jednak "Interstellar" pozostaje wielkim hollywoodzkim widowiskiem, a nie filmem popularnonaukowym.

To historia rozgrywająca się w niedalekiej przyszłości, w której Ziemia odwraca się od ludzi - na całej planecie szerzy się plaga śnieci zabijającej kolejne zboża, brakuje jedzenia, wszystkie siły i środki przeznaczone są na jego produkcję. Jej bohaterem jest były inżynier i pilot Cooper (Matthew McConaughey), który musiał przekwalifikować się na farmera. Wdowiec z dwójką dzieci - 15-letnim Tomem i 10-letnią Murphy, w których wychowaniu pomaga mu teść - cierpi uwiązany do ziemi. Urodził się bowiem do podróży w kosmos. I pewnego dnia spełnia swoje przeznaczenie. Oto naukowcy odkryli nieopodal Saturna tunel czasoprzestrzenny. Na jego drugim końcu znajduje się inna galaktyka, a w niej - być może - planety nadające się do zamieszkania. Koniec Ziemi nie musi bowiem oznaczać końca ludzkości. Cooper wyrusza w nieznane, zostawiając to, co ma najcenniejsze - rodzinę. Jeśli jednak czegoś nie zrobi, jego dzieci mogą być ostatnim pokoleniem ludzkiej rasy.

Dużo mówi się w "Interstellarze" o grawitacji, ale tyle samo o miłości. Są tu wykreowane nieziemskie światy i roboty o sarkastycznym poczuciu humoru. Jest trochę zadęcia, nie przeczę. Ale jest też wielka przygoda.

Zapomnieliśmy, że jesteśmy odkrywcami. Może film Nolana to nam przypomni. Może zainspiruje kogoś i jeszcze zobaczę "mały krok człowieka" na Marsie.



Więcej o: