L.U.C milczał prawie rok. - Zatkało mnie. Przeszedłem coś bardzo trudnego. Mój świat i jego ideały zawalił się jak stara szopa od Goliatowego bąka, o którym wspominam na płycie.

Premiera ?REFlekcji o miłości apdejtowanej selfie? w poniedziałek (10.11.2014)


Z Łukaszem Rostkowskim L.U.C rozmawia Edyta Błaszczak

Masz pretensje do siebie za rozpad związku?

- Jako bardzo silna osobowość nie potrafię przezwyciężyć samego siebie. Popełniałem te same błędy. Czasem nie odróżniam codzienności od kreacji - o tym są "Małe, wielkie rzeczy". Czuję się zawiedziony sobą, ludzką naturą, wojną testosteronu z baśniami. Ale wiem, że to była mądra decyzja. Jako egoista, który zwykle myśli o sobie, mam poczucie, że zrobiłem coś odpowiedzialnego w trosce o inną osobę.

Co to znaczy?

- Moja była kobieta była opoką, menedżerką w pracy i życiu, przyjaciółką, kochanką. Przy tym kompletne moje przeciwieństwo - empatyczna altruistka. Zrozumiałem, że jeśli ją naprawdę bardzo kocham, ale przy okazji krzywdzę i nie mogę sobie z tym poradzić, nie umiem tego zmienić, to muszę ją uwolnić od siebie. I to był dla mnie nie lada wyczyn. Bo było mi dobrze i kochałem, a jednak, w wyniku dojrzewania, zmienił się kod dostępu do sejfu jej szczęścia i nie do końca potrafiłem go odpowiednio wpisać albo zapamiętać. Zrozumiałem, że kochać to czasem także umieć pozwolić odejść. Więc dogadaliśmy się i w pokoju i przyjaźni rozstaliśmy.

Kochasz cały czas?

- Nie potrafię i nie chcę dziś nic zdiagnozować. Czuję się pusty, a chwilami doznaję emocjonalnie bardzo silnych zapaści lub uniesień. Jestem w trudnym momencie życia. Dopiero teraz zrozumiałem te wszystkie wymielone jak kotlety na ślubach frazy o życiu bez miłości i cymbałach brzmiących. I teraz to dopiero do mnie dociera. Bo całe dojrzałe życie miłość była ze mną.

I nagle "Pożar w burdelu mojego życia" - jak śpiewasz.

- Tak, to było piekło z wielu względów. Pomijając niepewność i ból świadomego wypuszczenia skarbu, zostałem nagle sam na sam z firmą, rachunkami, przejęciem kredytów - z brutalną codziennością w środku rozpędzonego życia. Najbardziej potrafię to zobrazować, mówiąc o pędzie rowerem w dół po stromej, wąskiej ścieżce, pełnej kamieni i korzeni. Wyobraź sobie, że nagle w twoim rowerze odpada jedno koło. Nie masz szans. Zaliczasz spektakularną glebę, która mniej lub bardziej deformuje cię, niestety, na zawsze.

Byliście ze sobą 15 lat.

- Czasem nazywałem nasz związek najmniejszą bandą świata - byliśmy bandziorami i podbijaliśmy świat, chroniliśmy się wzajemnie, jak Walter i Skyler w "Breaking Bad". Byliśmy stworzeni dla siebie, jak Forrestowa marchewka z groszkiem. Znaliśmy się od liceum, z takim entourage'em kinowym. Byliśmy trochę jak niektóre polskie przepisy albo jak kolejka linowa - z jednej strony kompletnie oderwani od rzeczywistości, z drugiej - twardo w niej osadzeni. Ale wiecznie w baśni. Stąpający wysoko ponad ziemią za zgodą obojga uczestników tej iluzji. To nie była iluzja-kłamstwo, to była nasza iluzja, w której byliśmy bardzo szczęśliwi.

Iluzja?

- Życie w pisanej przez siebie samego baśni, nawet w niezgodzie z rzeczywistością. Kreowanie magicznych chwil i entourage'y. Po prostu świrnięci i nasza miłość była świrnięta. Byliśmy zdolni dla siebie się poświęcać. Taka filmowa miłość licealna. I wierzyliśmy, że można żyć tak do końca.

Płyta jest odpowiedzią na przyczynę rozwodu?

- Nie. I nie chcę już ciągnąć tego osobistego tematu. Nadal czuję się zobowiązany ją chronić. To nasze sprawy. Płyta ma bardzo wiele płaszczyzn i przyczyn, o niektórych nigdy nie powiem. Dla mnie moja historia i ból stały się pretekstem do zrobienia płyty o miłości, o której nigdy zbyt wiele nie pisałem. Chciałem przyjrzeć się temu zjawisku, bo czuję, że nie tylko mnie ten problem dotyka. Widzę coraz więcej rozstań, lekkich, szybkich rozpadów wartościowych związków. Gdyby to była wyłącznie moja historia, zachowałbym to dla siebie. Ale widzę jakiś cywilizacyjny problem i dysonans. Walkę dwóch światów - konserwatywnego i liberalnego. Nie do końca potrafię się w tej sytuacji odnaleźć, więc obserwuję, odczuwam, rozmyślam, piszę...

Widziałeś syf na blokach, gówna na chodnikach, obce słowa w języku polskim.

- Często wojownicy mają swoje miłości, które dodają im sił. Ale czasem jest jak w "Spidermanie" - muszą zabić miłość albo ją odizolować, by chronić ukochaną osobę od swojej skomplikowanej drogi. Muszę przyznać, że choć to infantylne i trochę naiwne, to bardzo mnie to wzruszyło w "Spidermanie".

Przyzwyczaiłeś fanów do trzech płyt rocznie, a prawie rok milczałeś, właśnie z powodu straty?

- Tak. Zatkało mnie. Przeszedłem coś bardzo, bardzo trudnego. Mój świat i jego ideały zawaliły się jak stara szopa od Goliatowego bąka, o którym wspominam na płycie. Nie byłem w stanie sformułować żadnej pewnej myśli, w którą bym wierzył.

" Idziesz dalej".

- Nie cierpię takiego pieprzenia: "głowa do góry". Mam szacunek do krzywdy. Jak nie jest dobrze, to nie ma co na siłę wciskać kitu, że jest. Jeśli cierpisz, to cierp, pozbierasz się później, gdy przyjdzie na to czas. Ale tak, idę dalej. Muzyka mi w tym bardzo pomaga. I ten refren H. Frąckowiak bywał zapętlony.

Jak sobie radziłeś z cierpieniem, rozstałeś się już półtora roku temu?

- Miałem problem z pisaniem, więc uciekłem w rower. Wytrzęsło mnie na kamieniach, robiłem sobie krzywdę. Uciekałem w adrenalinę, ból, abstrakcję. Pomogli przyjaciele.

Aż usiadłeś w studio i wyrzuciłeś to na papier i w muzykę?

- Pisanie też było skomplikowane. Poprzednie 10 płyt stworzyłem w takim naszym domku nad jeziorem w rodzinnych, lubuskich stronach. Tylko tam czułem się zawsze wyciszony i bezpieczny. Rymy wisiały na drzewach, a harmonia płynęła w rzeczkach. Teraz musiałem sobie znaleźć nowe miejsce i w głębokiej rozsypce się tułałem - pisałem w Sopocie, na Kaszubach, trochę we Wrocławiu. To był dramat, bo przez te cztery miesiące dwa dni pisałem; dostawałem telefon, że mi prąd odłączają albo trzeba 20 nowych wniosków zorganizować do kredytu, potem kolejny, że nie spłaciłem raty. Ja nie umiem zajmować się takimi detalami w życiu. Piekło. Bez kitu. Nerwy mam zszargane jak struny w gitarach Korna. Ale gdzieś w głębi duszy jestem z siebie dumny. Ogarnięcie tego wszystkiego było największym wyczynem mojego życia.

Bardzo się odsłaniasz, opowiadając o rozstaniu.

- No cóż. Trudny temat. Być może tego pożałuję. Zawsze postępuję tak, jak czuję. A teraz czułem, że trzeba o tym opowiedzieć. Ale jak wspomniałem - postawiłem granicę, której nie chcę przekraczać, dlatego często ucinam temat. To chyba jedyne, co potrafię robić dobrego jako egoista - opisywać świat i pomagać ludziom się identyfikować, i dodawać im otuchy. Mam nadzieję, że ta płyta będzie też pretekstem do dyskusji. Z drugiej strony, bardzo chciałem zestawić mówienie o miłości różnych pokoleń, pokoleń, które żyły w innych epokach. Stąd te połączenia i sample [feat. są z Haliną Frąckowiak, Staszkiem Soyką, Magdą Umer, Ireną Jarocką i Krystyną Prońko - red]. Bardzo ważnym dla mnie utworem jest "Z larwy w motyle" z refrenem: "Taka mała, a łzy takie ogromne", przy którym słowa zatrzymywały mi się w zaciśniętej krtani. Dałem radę, ale słychać w tym utworze, że nawet głos mam jakiś inny.

Szczerze, to myślałam, że masz infekcję, bo brzmi, jakby ktoś inny śpiewał.

- Tę zmianę głosu potraktowałem jako atut. Wydaje mi się, że nigdy nie byłem prawdziwszy, mam nadzieję, że odbiorcy to docenią, bo to najprawdziwsza z moich płyt - sztuka to emocje, a to jest studnia emocji. I chyba sporo prawdy.

Dorosłeś?

- Mój kumpel, oglądając klip do "Baśni o rozstaniu", powiedział mi: "Stary, to historia o końcu dzieciństwa". Jestem innym człowiekiem, ale nie bardzo wiem, czy chcę nim być, czy potrafię go zaakceptować. Dziś czuję się bardzo zmęczony. Życie zmienia nas z larwy w motyle. Na dziś czuję się, jakby większość wokół z larwy stawała się pięknymi motylami, a ja stałem się jakimś samotnym robakiem - Wormsem, który próbuje się podnieść i iść na nędznym ogonku z odwłoku. Ale wierzę, że to tylko taki etap. Jak nie ma miłości, to musi być wiara albo chociaż nadzieja. A ja wciąż mam wiarę, jak Frodo.



Więcej o:
Skomentuj:
L.U.C milczał prawie rok. - Zatkało mnie. Przeszedłem coś bardzo trudnego. Mój świat i jego ideały zawalił się jak stara szopa od Goliatowego bąka, o którym wspominam na płycie.
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX