Dr Misio (Arkadiusz Jakubik): Jestem za gruby na hipstera

Nowy Dr Misio już nie chodzi w klapkach Kubota ani w siatkowych podkoszulkach. Teraz Arkadiusz Jakubik z kolegami z zespołu pozakładali stylowe garnitury i ich punk jest bardziej elegancki. Wysmakowany dzięki poezji Norwida
Z Arkadiuszem Jakubikiem rozmawia Konrad Wojciechowski

Nową płytę zatytułowałeś "Pogo" od punkowego tańca, ale dzisiaj punk istnieje chyba już tylko teoretycznie. Nie masz wrażenia, że zwiądł mu irokez i powychodziły włosy z głowy?

- Punk to dla mnie stan ducha. Będę starał się hodować go w sobie do końca życia. Może to śmiesznie zabrzmieć w ustach 46-letniego faceta, ale mam czasami ochotę na pokazanie wszystkim środkowego palca. I jeśli kiedyś tę potrzebę zgubię, to pewnie będzie początek końca zespołu Dr Misio.

Na razie rozkręcacie się aż miło. To już wasza druga płyta, a przecież debiutowaliście dosłownie przed momentem

- Mam wrażenie, że od nagrania debiutanckiej płyty "Młodzi" upłynęło 25 lat, choć to tak naprawdę zaledwie 2,5 roku. Dr Misio w tym czasie postarzał się, posiwiał mentalnie, ale za to dojrzał muzycznie. Na nowej płycie mniej jest tamtego krzyku i skowytu, a więcej przemyślanych dźwięków. Na szczęście jednak rockandrollowa energia z naszego Misia nie wyparowała.

No i pomostem między pierwszą a drugą płytą jest pan Patryk, sprzedawca trumien na kasie w Tesco. Jak mu się teraz żyje?

- Tym razem pan Patryk zamienił się w mordercę. Nadal obsługuje ludzi i pyta, czy są zadowoleni i spełnieni w życiu, a potem woła serwis sprzątający, każe pozamiatać trupy i umyć podłogę, bo pełno krwi dokoła. Numer "Parada", bo o nim mowa, wydłużył się nam na koncertach o kilka energetycznych improwizacji, ludzie rozkręcają się przy nim, wpadają w trans.

W dalszym ciągu używasz konwencjonalnej mimikry koncertowej - podkasanych majtek i siatkowej koszuli na ramiączka?

- Już nie! Po tegorocznym koncercie na Przystanku Woodstock, który okazał się być naszym najważniejszym koncertem w historii Dr Misio, pomyślałem, że teraz trzeba coś zmienić i nie odcinać już kuponów od pierwszej płyty. Postanowiliśmy więc siatkowe koszulki, bawełniane gacie i klapki Kubota oddać do Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud i zmieniliśmy garderobę na bardziej stylową. Teraz wychodzimy na scenę w eleganckich garniturach. Już nie potrzebujemy chować się za oldskulową formą, cudzysłowem. Na koncertach jednak Mr Hui wychodzi z nas czasami jak z każdego faceta i tego nie da się ukryć nawet za najbardziej eleganckim strojem. Zrzucamy więc markowe ciuchy i bawimy się z ludźmi ubrani do połowy.

W piosenkach słychać, że Dr Misio wchodzi w nowych subkulturowy spór. Przeciwstawiasz dziś pogującego punka metroseksualnemu hipsterowi?

- Coś w tym jest. Dr Misio penetruje wnętrze ludzkiej natury i próbuje ściągać z każdego ze swoich pacjentów kostium punka czy hipstera. Pamiętam Jarocin z lat 80., wtedy te wszystkie podziały były bardziej naturalne. Wtedy to nie były kostiumy. Dzisiaj chodzi o lansowanie się na mieście. Widzimy raczej bal przebierańców niż ideologiczną walkę na śmierć i życie.

Ta płyta to miejski antybillboard. Nie ma na nim ludzi wymuskanych, schludnych i o apolińskich sylwetkach. Jesteś przeciwko upiększaniu rzeczywistości?

- Tak, bo jestem za gruby na hipstera (śmiech ). No dobra, byłem, bo ostatnio schudłem parę kilogramów. Ale wszyscy w zespole wiemy, jak wyglądamy. Faceci po czterdziestce są już raczej trochę zdefektowani. Zmienia się obrys ciała, co chwilę wybuchają nowe ogniska bólu, brakuje owłosienia na czubku głowy i fryzura robi się coraz bardziej mnisia. Jak u Misia. Trzeba to godnie zaakceptować.

Co cię skłoniło do zaśpiewania na płycie piosenki do tekstu Norwida?

- Czekałem trzydzieści lat, żeby zrozumieć, że Cyprian Kamil Norwid znakomitym rockowym poetą jest i basta! W piosence "Ona wie" jest taki fragment: " zapomniałaś o tym/w swej nieomylnej pogoni/że tu się nieraz z grobów rwie/kwiat makowy do skroni". Jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że nie mam komu zapalić na pobliskim cmentarzu świeczki. Moi dziadkowie uciekali przed Ukraińcami ze Lwowa pociągiem repatriantów do Krosna, a stamtąd do Gliwic, tam są pochowani. Potem moi rodzice w latach 60. wsiedli do swojego pociągu "repatriantów" i wylądowali na Śląsku Opolskim. Tam jest grób mojego ojca. A ja wysiadłem z tego pociągu najpierw we Wrocławiu, a później w Warszawie. I miałem wrażenie, że w tym pociągu repatriantów cały czas jadę, że nie mam swojego miejsca, swoich mogił, punktu zaczepienia. Ale ten pociąg w końcu się zatrzymał, bo parę lat temu sprowadzili się tutaj moja mama i brat. Jesteśmy w końcu razem. Ten pociąg cały czas przerabiam w piosence "Wrzesień" czy w nowym filmie Wojtka Smarzowskiego "Wołyń", który teraz kręcimy.

No właśnie, Smarzowski, Warlikowski i Żiżek to nazwiska, które odmawiasz w "Hipsterze" jak wieczorny pacierz. Ale one chyba nadal niewiele mówią przeciętnemu człowiekowi?

- Nieprawda. Ja wierzę w słuchacza i widza. Wcale nie jest tak źle, jak mówią. Ludzie chcą oglądać dobre polskie kino, a "Jesteś bogiem", "W ciemności" czy "Drogówka" zajmują pierwsze miejsca w box-office ostatnich dwóch lat. A na zeszłorocznym TOPTrendy, gdzie Dr Misio zdobył Nagrodę Dziennikarzy, okazało się, że w dziesiątce najlepiej sprzedających się płyt jest Coma, Hey, Marysia Peszek i KNŻ. Czyli jest dobrze. I oby tak dalej.





Więcej o: