Wolny strzelec. W bagnie Los Angeles

Nie ma takiego dna, żeby coś od spodu nie pukało. Gdy w erze reality show i infortainment wydaje się, że telewizja zaliczyła już totalny upadek, zawsze może zjawić się ktoś, kto pociągnie ją jeszcze niżej. Na przykład bohater thrillera ?Wolny strzelec?
Dla lokalnej stacji telewizyjnej z Los Angeles spadająca w mieście przestępczość jest prawdziwym problemem. W końcu w ich wiadomościach polityka zajmuje 22 sekundy, a zbrodnie 5 minut i 17 sekund. Na szczęście na ratunek Ninie, wydawczyni porannych wiadomości, której kariera wisi na włosku, przybywa rycerz w lśniącej zbroi, Lou Bloom (wychudzony Jake Gyllenhaal ze wzrokiem szaleńca). Lou ma materiał z napadu zarejestrowany mało profesjonalnie, ale krwawy.

I obiecuje więcej. Lou jest bowiem amerykańskim człowiekiem sukcesu, któremu marzy się kariera od pucybuta do milionera. A tak naprawdę psychopatą, któremu zasady moralne zastąpiły komunały z poradników samopomocy. Wideo, które sprzedał stacji telewizyjnej, nakręcił przeszkadzając lekarzom próbującym ratować postrzelonego mężczyznę, kamerą, którą kupił za skradziony rower. Słowa zachęty ze strony Niny (Rene Russo) budzą w nim instynkt łowcy. Lou zatrudnia pomocnika i rusza w noc. W końcu samo kręcenie wypadków i miejsc zbrodni przestaje mu wystarczać. Zabiera się za ich reżyserowanie. Jak daleko będzie w stanie się posunąć? Bardzo daleko.

Thriller Dana Gilroy'a, debiutującego w roli reżysera brata Tony'ego Gilroy'a, oprócz trzymających w napięciu, czasem trudnych do zaakceptowania scen z nocnego życia Los Angeles, przynosi też sporą dawkę czarnego humoru. Jest bowiem "Wolny strzelec" ostrą satyrą nie tylko na upadek telewizji, nie tylko na mit amerykańskiego snu, nie tylko na wszelkiego rodzaju poradniki typu "Jak odnieść sukces i zrazić do siebie ludzi", ale przede wszystkim na nas. Tak, na nas, bezmyślnych konsumentów bezmyślnych wiadomości, które zamiast pokazywać świat pokazują ludzkie nieszczęścia, walki polityków w kisielu i puchate kotki.



Więcej o: