Dla Piotra Bukartyka pisanie piosenek to nic specjalnego - radiowy rytuał wymagający uwagi najwyżej raz w tygodniu

Na nowej płycie ?Kup sobie psa? artysta składa sobie życzenia urodzinowe refleksyjnymi balladami z okazji przekroczonej pięćdziesiątki
Z Piotrem Bukartykiem rozmawia Konrad Wojciechowski

Rozmawiając dwa lata temu, zastanawialiśmy się, gdzie jest dzisiaj polski Bob Dylan. Znajdujesz go jeszcze w sobie, czasami?

- Nigdy go nie szukam. Długo natomiast poszukiwałem właściwego języka, którym komunikuję się ze sceny. Jako śpiewający poezję nastolatek postanowiłem sam sobie pisać piosenki w taki sposób, aby muzycznie nie przynudzać i aby tekst napisany po polsku nikogo nie drażnił. Dlatego tak dbam o szyk wyrazów, stosuję rymy wewnętrzne, nie tylko końcowe, i ogólnie dopieszczam całą konstrukcję. W polskojęzycznej twórczości najbardziej wkurzają mnie tekściarze, którzy nie słyszą, że jakby sobie przestawili w piosence dwie sylaby, wszystko zaczęłoby się kupy trzymać.

Bo pisanie piosenek jest dziecinnie proste?

- Ułożenie melodii nigdy nie stanowiło dla mnie problemu. Dlatego jak słyszę, że ktoś pracował nad płytą dziesięć lat, a później słucham tej płyty, to aż czasami zęby bolą. Tyle lat zmarnowanych, a efekt jakby praca zabrała mu ledwie wieczór. Oczywiście nie ma w tym nic złego - mi też tyle wystarcza, bo jestem z natury leniwy i zaczynam robotę jak najpóźniej. Co tydzień muszę przygotować do audycji prowadzonej w "Trójce" przez Wojciecha Manna nową piosenkę i piszę ją zawsze na ostatnią chwilę. Ale nie mówię o sobie kompozytor, a już - uchowaj Boże - poeta. Jestem zwykłym grajkiem, który stara się opowiedzieć historię, ale bierze odpowiedzialność za to, co śpiewa.

A to dziś, w dobie twórczości talent-show, rzadkość. Czyli z niegłupim przekazem powinno być ci łatwiej dotrzeć do ludzi. Czujesz się jak śpiewak na ambonie?

- Trzeba ją najpierw mieć, a ja nigdy nie miałem chęci jej posiadania. Chodzi mi w życiu głównie o to, aby zarobić na światło i gaz, i generalnie robić to, na co mam ochotę, czyli najchętniej nic. Gdyby nie pomysł na wspominane audycje z Mannem, w ogóle nie pisałbym tylu piosenek. Po cholerę mi aż jedna piosenka na tydzień? Ale z czegoś trzeba żyć i lepiej nie z łopaty, więc piszę regularnie, do tych audycji już od ośmiu lat. Nawet sobie nie zdawałem sprawy, że jestem w czołówce najbardziej płodnych polskich tekściarzy (śmiech ). Przez ten czas uzbierało się ponad trzysta piosenek.

To już nie lada sztuka.

- Szczerze mówiąc, dużo słyszę o sztuce, tylko jakoś w jej istnienie nie wierzę. To kwestia umiejętności, które trzeba posiąść, a później los zadecyduje, czy w danym momencie jesteś artystą, czy jednak nie.

Masz absolutną pewność, że los, a nie publiczność?

- Nie, nie publiczność. Bo ty nie wiesz, co się wydarzy. Piszesz, ponieważ cię to kręci, z czasem wychodzi ci to coraz lepiej, ale co z tego zostanie rano, po całej nocy przesiedzianej nad kartką? Czy to będzie przez kogokolwiek rozumiane jako dzieło sztuki? To już nie twoja sprawa. Ty masz dać z siebie tyle, ile w tobie jest, a później machnąć ręką i zabrać się za kolejną rzecz. Czasami najgorszy duperel ma najlepszy odbiór publiczności. Mam duży ubaw, kiedy przypadkowo popełniony numer, który był bąkiem puszczonym raz w tygodniu, okazuje się w ogólnym odbiorze wybitną piosenką.

Która na przykład?

- Ze dwie płyty temu napisałem "Kobiety jak te kwiaty", utwór dedykowany żonatym mężczyznom, który spopularyzował Zbyszek Zamachowski. Później dowiedziałem się od ludzi, że to jest znakomity numer i nikomu nie przeszkadza, że się urywa po trzech zwrotkach, bo już mi się dalej nie chciało go pisać. Potrzebowałem tej piosenki do audycji na rano, więc wymyślałem słowa, dopóki sen mnie nie zmorzył. I o co tyle hałasu? Los tych piosenek jest naprawę przypadkowy. Ja strzelam, pan Bóg kule nosi.

Dużo jest takich piosenek, z którymi ty się nie kryjesz, a inni chwalą się nimi za ciebie?

- Trochę się tego przez lata uzbierało i dziś dobrze służy grajkom ulicznym. Kawałek "Dokąd się wybierasz", napisany przeze mnie trzydzieści lat temu, już mnie nie potrzebuje do życia. Widuję nieraz dzieciaki siedzące gdzieś przy ognisku i śpiewające tę piosenkę z wielką powagą i zapatrzeniem w tak zwaną siną dal; mówią na nią "Skrzydła". Oni niekoniecznie wiedzą, kto to napisał, ale traktują jak coś swojego.

Będzie więc okazja nadrobić zaległości, bo właśnie wydałeś nowy album "Kup sobie psa".

- Krzyś Kawałko, mój gitarzysta i producent płyty, stwierdził, że ludzie dopytują się o moje piosenki, ale te nie najweselsze. Namówił mnie w ten sposób do zrobienia płyty bardzo osobistej, mocno balladowej i refleksyjnej. To prezent, który sam sobie wręczam na pięćdziesiąte urodziny. Ta starsza pani z psem na okładce to moja matka, a przez te nieodmalowane drzwi za jej plecami, wyszedłem z domu w wielki świat, mając siedemnaście lat.



Więcej o: