Whiplash. Solo na widza i perkusję

Film, który pokochała i publiczność, i jurorzy Sundance, nakręcony w 19 dni przez 28-letniego debiutanta, porwie was i zmęczy. Ale to będzie satysfakcjonujące zmęczenie. ?Whiplash? w kinach zobaczyć będzie można od 2 stycznia
"Whiplash" to po angielsku smagnięcie biczem, ale też uraz kręgosłupa po gwałtownym zahamowaniu samochodem, taki, który wymaga założenia kołnierza ortopedycznego. Bohater filmu doświadcza obu. I w przenośni, i dosłownie.

Andrew Neiman (Miles Teller) ma 19 lat i wielkie ambicje. Chce być równie dobrym perkusistą jazzowym jak legendarny, słynący z doskonałej techniki i niesamowitej prędkości Buddy Rich. Jest na dobrej drodze - studiuje w najlepszym konserwatorium w Ameryce i bez końca ćwiczy. Marzy, by dostać się do szkolnej orkiestry, z której prosta droga prowadzi do najsłynniejszych orkiestr i sal koncertowych jak Carnegie Hall czy Lincoln Center. Udaje mu się zainteresować dyrygenta, szanownego, ale budzącego grozę Terence'a Fletchera (J.K. Simmons, nominowany do Złotego Globu) i dostać zaproszenie na próbę. Chwila triumfu po miłej rozmowie z nauczycielem zamienia się w godzinę rozpaczy, kiedy Fletcher demoluje Andrew na próbie, wyśmiewając go i jego umiejętności. Ale chłopak się nie poddaje. Za wszelką cenę chce zostać w orkiestrze. Rzuca niedawno poznaną dziewczynę, miłą studentkę imieniem Nicole (Melissa Benoist) i gra, gra gra. Tak długo, z taką rozpaczą i determinacją, że krew z jego dłoni brudzi biel membran. Im bardziej Fletcher go gnębi, tym bardziej Andrew chce mu udowodnić, że potrafi, że jest kimś, być może tym jedynym geniuszem swojego pokolenia. To musi prowadzić do dramatów. Fletcher mawia, że kto nie ma talentu, ląduje w zespole rockowym. Gdzie wyląduje Andrew?

Oglądając "Whiplash" i coraz mocniej wciągając się w historię toksycznego związku ucznia i nauczyciela, trudno powstrzymać się od wystukiwania rytmu. Albo raczej prób wystukiwania rytmu. Po pewnym czasie jednak się poddajesz, bo muzyka, która jest jeszcze jedną bohaterką filmu, to wielowarstwowy, wielowymiarowy jazz. Taki, który wymaga poświęceń. Albo wirtuozerii. Której się, zresztą, bez poświęceń nie osiągnie. Jeśli nie lubicie tej muzyki, pewnie się wam "Whiplash" nie spodoba. Jeśli jesteście fanami, to film dla was. A jeśli nie macie zdania i jesteście otwarci na nowe doznania - koniecznie spróbujcie. Ja z "Whiplasha" wyszłam zmęczona, jakbym grała razem z Andrew skomplikowane perkusyjne solówki. Ale też zadowolona, bo tak prostego, ale jednocześnie tak dobrego i genialnie zagranego filmu dawno nie widziałam. Reżyser i scenarzysta, w trakcie kręcenia filmu zaledwie 28-letni debiutant Damien Chazelle wykonał kawał świetnej roboty. Nawet jeśli on sam sądzi, jak jego bohater Fletcher, że "dwa najbardziej niszczące słowa w języku angielskim to good job (dobra robota)".



Więcej o: