Jazz nie tylko dla melomanów. Jak za pomocą trąbki opowiedzieć o miłości do kobiety?

Grał z Urbaniakiem, Karolakiem, Śmietaną. Akompaniuje Dyjakowi, gra z własnym kwintetem. Najnowsza płyta trębacza jazzowego Jerzego Małka, ?Stalgia?, jest o miłości - do kobiety, do ludzi, do muzyki
Kiedy Małek (rocznik '78) zaczynał słuchać jazzu, na topie była Miłość - zespół, który u progu lat 90. wzbogacił ten nurt o odpryski folku, punk rocka i nazwał yassem. Nowa scena uformowała się w Bydgoszczy oraz Trójmieście, ale Małkowi - z przyczyn geograficznych - bliżej było nad Bałtyk, bo z jego rodzinnego Elbląga do Gdańska jedzie się niecałą godzinę. Młody jazzman dorastał i uczył się w Trójmieście; i chłonął wszystkie usłyszane nowości.

Początki u Śmietany

- Słuchałem "Kind of Blue" i "Doo Bop" Milesa Davisa. Te impresje pozostały gdzieś w głębokiej podświadomości i wracają niespodziewanie w różnych sytuacjach, np. ostatnio kiedy na Męskim Graniu zetknąłem się z Molestą Ewenementem i musiałem wstrzelić kilka dźwięków w stylistykę hip-hopu - wspomina Małek.

Dużo dały mu studia i praca w roli dogrywającego dźwięki sidemana w różnych zespołach, u różnych wykonawców. - Kiedy w 1999 roku Jarek Śmietana robił band z legendarnym amerykańskim saksofonistą Garym Bartzem, zaprosił mnie do udziału w projekcie. Zdarzyło się, że musiałem zagrać solo po Bartzie, który każdym dźwiękiem "wbijał w ziemię" cały band. Szybko rewidowałem swoje podejście do improwizacji. Odkryłem, na czym polega przemiana "wady w walor" i że improwizacja jest stanem duchowym - dodaje trębacz.

Groove u Urbaniaka

Kolejne "gigi" były kwestią czasu. Z czasem nazwisko Małka zaczęło się pojawiać w składach innych czołowych jazzmanów. Grywał na zmianę groove z Michałem Urbaniakiem albo soul u Wojciecha Karolaka, a karuzela z ofertami kręci się do dzisiaj. Ale w XXI wiek Małek wszedł nie tylko jako muzyk sesyjny, lecz przede wszystkim odważył się robić swoje rzeczy. Po dwóch pierwszych płytach, "Be Five" oraz "Gift", przyszło jednak zwątpienie. - Od początku inspirowało mnie granie jazzu "przesiąkniętego" wpływami bluesa i muzyki gospel. Poczułem jednak, że artystycznie potrzebuję nowej drogi. Dotyczyło to zarówno zmian w technice gry na trąbce, jak i bardziej otwartego podejścia do kompozycji. Od tamtej pory z każdym kolejnym albumem moja muzyka wzbogaca się o nowe elementy - twierdzi Małek.

Trąbka Północy z duszą Wojaczka

Ale melancholijny temperament jazzmana pozostaje niezmienny. I ta nastrojowość wypływa z wnętrza jego trąbki. Dlatego najnowszy album Małek nosi wymowny tytuł "Stalgia". - Jestem człowiekiem z północy, znad morza i mazurskich jezior, stąd pewnie to genetyczne obciążenie nostalgią w "stalgicznym" świecie jazzu. Jednocześnie jestem "uzależniony" od słuchania muzyki poważnej, a blues, który daje mi feeling, jest esencją przekazywania uczuć - tłumaczy muzyk.

Kiedy pytam, czy jego nuta ma cokolwiek wspólnego z melancholijno-słowiańską wrażliwością słynnego trębacza Tomasza Stańki, Małek warsztatowo dystansuje się od wielkiego mistrza. - Słucham go od lat, a takie płyty jak "Bosonossa And Other Ballads" czy "Bluish" cenię bardzo wysoko. Ale muzycznie idziemy w innych kierunkach. Stańko operuje językiem wywodzącym się z "dixielandowych" form, rozwijanych później w różne stylistyki. Mój styl gry nasycony jest duchem czasów współczesnych. Próbuję sprowadzać trudne frazy modern do czystych emocji - ocenia Małek.

"Stalgia" ma być kolejnym dowodem na to, że 37-letni trębacz oddala się poza mainstreamowy jazz. Daleko mu do tego, co aktualnie prezentują muzycy amerykańscy, ani nie jest przesadnie wierny tradycji. Urzekają go Terence Blanchard i Wynton Marsalis (nomen omen Amerykanie!), bo mają swoją nutę; to coś, co pozawala im przechadzać się "po drugiej stronie ulicy", podczas gdy reszta stoi nadal w tłumie przed przejściem dla pieszych. Małek też kroczy nieprzeludnioną ścieżką, którą odnalazł osiem lat temu na płycie "Air". Pytam przy tej okazji, co w graniu na trąbce jest ważniejsze - wyczucie blachy czy powierza. - Powtarzam swoim studentom na akademii w Gdańsku, że w muzyce tak jak w życiu najważniejsze jest dmuchanie - żartuje Małek. - Jazz rozwijał się także w małych klubach, stąd idea, aby "objąć" słuchacza brzmieniem, a nie go ogłuszyć. To barwa i szerokie brzmienie wytwarzają emocjonalne napięcie, a nie dynamika.

Muzyka ze "Stalgii" nie próbuje zagadać publiczności, bo kiedy mówi się za szybko i za dużo, trudno złapać sens wypowiedzi. A Małek wypowiada się oszczędnie, chociaż nastrojowo, ekspresyjnie i z wielkim uczuciem. - Marek Dyjak, z którym występuję na co dzień, pokazał mi twórczość Rafała Wojaczka. Podebrałem z jego poezji cytat, którym opatrzyłem tę płytę, i który jak ulał pasuje do jazzu: "Mówię do ciebie tak cicho, jakbym lśnił". Jazz troszczy się o tę ciszę, której nie mają ani rock, ani pop, ani żadna inna muzyka, dlatego nie martwię się o jego przetrwanie - konkluduje Małek.



Więcej o: