Dawno nie nakręcono tak śmiesznego filmu jak "Polskie gówno". Rozmawiamy z autorem scenariusza Tymonem Tymańskim

Zamiast długich ujęć i monologów artystów, że nie mają za co żyć, a sztuka umarła - w filmie według scenariusza Tymańskiego absurd goni ironię i anegdotę w tempie punkowego koncertu
"Muzyka pochodzi z dupy albo z serca, my gramy z serca, cała reszta to gówno - mówi w filmie Bydgoszcz (w tej roli Tymon Tymański).

Jego zespół Tranzystory jedzie w trasę koncertową dlatego, że lider musi pospłacać długi. Menedżerem bandu zostaje komornik sądowy i to on składa Jurkowi propozycję nie do odrzucenia: zróbmy interes życia, nagrajmy płytę, podbijmy serca fanów, a jeśli ja zbiję na tym kokosy, ty wyjdziesz na zero. Chytry plan skoku na kasę udaje się tylko częściowo. Tranzystory objeżdżają pół Polski - od Pruszcza Gdańskiego, przez Toruń, po Warszawę - ale poza menedżerem wszyscy są stratni, głodni, niewyspani i kac odbija im się czkawką.

Gdy wszystkie metody wdrapywania się na szczyt popularności zawodzą, grupa nieoczekiwanie dostaje się do telewizyjnego konkursu i za pomocą sabotażu obala system. Na czele surrealistycznego buntu stanie Stan Gudeyko (grany przez Roberta Brylewskiego), który znajduje odtrutkę na tandetną rozrywkę, głuchych jurorów i otępiałych widzów w postaci rozpylanej mgiełki gandzi. Gdy wszyscy są już na haju, przebrany za generała Jaruzelskiego Gudeyko wprowadzi stan psychodeliczny.

Kreowane na satyryczny musical "Polskie gówno" (Marian Dziędziel śpiewający znad "jajkownicy" o tym, jak syn zmarnował życia - bezcenne) to oczywiście przerysowany przewodnik po naszej branży muzycznej, ale tylko w formie, bo w treści już niestety nie. Anegdoty, od których boli brzuch, to sytuacje z życia wzięte. Oddał je Tymańskiemu Brylewski, Tymon dołożył swoje doświadczenia i choć nic na to by nie wskazywało, powstał doskonały komediowy musical. Pomagali wszyscy, od Wojciecha Smarzowskiego, przez Marcela Łozińskiego do Soni Bohosiewicz czy Arkadiusza Jakubika.

Oni śpiewają bzdury, ja się z tego śmieje - rozmowa z Tymonem Tymańskim

Twierdzisz, że nakręcenie "Polskiego gówna" kosztowało cię 200 tys. zł. Powiedz, ile koncertów trzeba zagrać, żeby odłożyć taką kwotę?

- Chyba trzeba grać przez całe życie albo mieć takie honorarium jak Doda. Mnie to nie dotyczy, ale odkąd zacząłem pracować w mediach i zarabiać warszawską pensję, kasa się zgadza. Ale produkcja "Polskiego gówna" wyniosła w sumie około miliona. To wysoki budżet jak na film niezależny, ale nie żałuję kasy. Moi koledzy inwestują w domy, kochanki i narkotyki, a ja w sztukę.

A co z tzw. mecenatem? Nikt do twojego filmu nie chciał się dorzucić?

- Niestety, nie było chętnych - pojawili się dopiero post factum. Kiedy o "Polskim gównie" zrobiło się głośno, zadzwonił telefon z Narodowego Centrum Kultury z gratulacjami i zapewnieniem, że mogę liczyć na wsparcie w pracy nad kolejnym filmem - musicalem o Krzysztofie Klenczonie. Stołeczna Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych również obiecała pomoc. Nagle wszyscy się otworzyli, bo do tej pory traktowano mnie i całą ekipę pobłażliwie. Klepano nas po plecach, dając do zrozumienia: "Poczekamy, aż się wykrwawicie".

Czy w trakcie pracy nad filmem miałeś chwile zwątpienia, czy to wszystko ma sens?

- Razem z reżyserem Grzegorzem Jankowskim nie tyle nie mieliśmy wątpliwości, co nie mieliśmy żadnych skrupułów. Ale dla nas obu "Polskie gówno" było dużym wyzwaniem. Jankowski pracował dotąd jako dokumentalista, robił programy telewizyjne, ja nigdy wcześniej nie pisałem scenariusza. Po dwunastu dniach zdjęciowych poprosiliśmy Wojtka Smarzowskiego o konsultację, żeby coś doradził, podpowiedział, a on nas. nawet pochwalił: "Nie jest źle, chłopaki".

Utarło się już mówić, że "Polskie gówno" to film o życiowych nieudacznikach, którym w branży muzycznej się nie powiodło.

- Im się udało, ale tego co zrobili, nie potrafili sprzedać, bo zajęci byli sztuką, a nie PR-em. Teza "Polskiego gówna" jest afirmacyjna: robić swoje z dala od celebryckiego blichtru, za to w oparciu o przyjaźń i lojalność. Los filmowego bohatera Jerzego Bydgoszcza nie jest mi ani obojętny, ani obcy. Bywały miesiące, że chodziłem bez kasy i nie miałem od kogo pożyczyć.

Robert Brylewski, który wcielił się w rolę Stana Gudeyki, uchodzi w środowisku za postać legendarną, ale internauci wytykają go palcami jako niedorajdę i płaczka, który na Facebooku poskarżył się, że nie ma co jeść. Też czujesz się inwalidą na muzycznym wolnym rynku?

- Robert jest idealistą do kwadratu, a przez to ofiarą swoich poglądów. Użyłem w filmie historii Roberta, bo była mi potrzebna do sformułowania kontrkulturowej antytezy: zobaczcie faceta, któremu nie z jego winy odebrano fanaberyjną młodość. Który za komuny wdepnął w sowieckie gówno, a po nadejściu kapitalizmu ubrudził się gównem amerykańskim. Jestem Robertowi bardzo wdzięczny, że ofiarował mi do filmu swoje życie na tacy. Brylewski, ale także Grzegorz Ciechowski i Lech Janerka to moi wielcy bohaterowie z lat 80.

Są sceny w filmie, na których widać, że zespół Jerzego Bydgoszcza gra koncerty za półdarmo. Czy tobie zdarzało się protestować w stylu: "nie zagram za tak śmieszne pieniądze"?

- Nie robię fochów na scenie i występuję nawet dla 15 osób za utarg z biletów.

Może więc powinieneś się przemóc, schować ambicję do kieszeni i wystąpić na koncercie sylwestrowym?

- Akurat zagrałem w sylwestra na koncercie w Łodzi, ale tylko swój repertuar - to był mój warunek. Do talent-show na jurora, mimo licznych propozycji, się nie wybieram, bo nie pasuje mi idea. Tam wszystko jest ustawione, jurorzy się promują, uczestnicy programu są ośmieszani i glanowani, a ludziom przed telewizorem wciska się kit, że to wszystko prawda. Gówno prawda! Dlatego nakręciłem "Polskie gówno", żeby obnażyć mechanizm działania tego magla. Co mogłem zrobić więcej? Tylko wejść z kamerą na przyjęcie pod kandelabry i kopać w torty.

Ty nie potrafisz pogodzić się z faktem, że rozrywka ma bawić, śmieszyć, a nie dokształcać? Że może być Tymon, i może być Kombi?

- Siedem lat pracy nad filmem zajęło mi zrozumienie tego faktu. "Polskie gówno" zrobiłem ze złości, żeby odreagować te bzdurne piosenki puszczane w radiu, ten kicz sprzedawany zamiast prawdy. Pomyślałem sobie, dlaczego mam tego nie obśmiać? Skoro oni mogą śpiewać bzdury, ja mogę podnieść ogon i. się do tego żartobliwie ustosunkować. Nikomu nie odbieram prawa do istnienia, co chyba dobrze zostało wyrażone w filmie. Jest tutaj i śmieszno, i straszno, i o dupie, i o duchu. Nie walczę już z "tak ma być".



Więcej o: