Pokochasz tego szpiega. "Kingsman. Tajne służby"

W brawurowym filmie "Kingsman: Tajne służby", dzięki wykorzystaniu w pełni komiksowych korzeni, Matthew Vaughn oddaje hołd bondowskiej serii: wskrzesza jej ironicznego ducha z czasów, gdy licencję na zabijanie posiadali Sean Connery i Roger Moore. Zabawa jest przednia!
Brytyjski reżyser i scenarzystka Jane Goldman ożywiają na ekranie kolejną po "Kick-Ass" powieść graficzną Marka Millara. Jednak zamiast jednego superbohatera, tu w roli głównej występuje tajna organizacja szpiegów-dżentelmenów. Wzorują się na rycerzach Okrągłego Stołu. To dżentelmeni z tzw. jajami: gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo świata, dobre maniery nie wykluczają bezwzględnego rozprawiania się z bandziorami. Ich bazą jest luksusowy zakład krawiecki Savile Row w Londynie z arsenałem broni i gadżetów, których nie powstydziłby się Q. Jeden ze szpiegów - Harry Hart (Colin Firth) - spłacając dług z przeszłości, ratuje z tarapatów butnego Eggsy'ego. Dostrzega tkwiący w chłopaku potencjał. Proponuje mu wstąpienie w szeregi organizacji. Przed Eggsym szkolenie i konfrontacja z konkurentami z bogatych domów. Kingsmani próbują rozwikłać zagadkową sprawę, w którą wydaje się być zamieszany ekscentryczny miliarder Richard Valentine.

"Kingsman" to rozrywka w starym, dobrym stylu i z przymrużeniem oka. Matthew Vaughn łączy elegancję z totalnym szaleństwem, tworzy z dobrze znanych motywów nową, wybuchową jakość. Miesza konwencje, nie powstrzymuje bohaterów, jeśli chcą dać upust - werbalny czy fizyczny - swoim emocjom. Wydaje się, że ogranicza go jedynie własna wyobraźnia. Reżyser nie boi się dokręcać śruby w scenach przemocy, które są naprawdę brutalne. Komiksowy nawias sprawia jednak, że nawet ujęcia eksplodujących głów czy przecinanego na pól ciała wpisują się bezboleśnie w konwencję. Zresztą sekwencji takich jak masakra w kościele pozazdrościliby Vaughnowi zapewne Quentin Tarantino i Robert Rodriguez.

Przesiąknięty brytyjskością "Kingsman: Tajne służby" ma więc wszystko, czego tego typu produkcji potrzeba: wciągającą intrygę napędzaną przez dynamiczną akcję, fabularne absurdy i wszechobecny humor, pomysłowo zainscenizowane sceny walki oraz wyrazistych bohaterów. Choć Colin Firth nie kojarzy się z kinem akcji, znakomicie odnajduje się w roli Harta. Kroku dotrzymuje mu młody Taron Egerton jako wyszczekany Eggsy, z akcentem i wyglądem odbiegającym od standardów przyjętych przez Kingsmanów. Do bólu przerysowany czarny charakter (w roli miliardera Samuel L. Jackson) uroczo sepleni, nosi się jak raper i ma bzika na punkcie ekologii. Nie odstępuje go urodziwa Gazelle poruszająca się na zabójczo ostrych protezach nóg.

Vaughn pogrywa z popkulturą i gatunkowymi kliszami na wielu płaszczyznach. Także poprzez ścieżkę dźwiękową oraz w soczystych dialogach. W jednej ze scen Valentine wyznaje, że jako dziecko marzył o byciu szpiegiem-dżentelmenem, a Harry odpowiada, że jego bardziej pociągali przeciwnicy Bonda. Valentine puentuje rozmowę stwierdzeniem, że niestety obaj dorośli. To zarazem wyraźny komunikat dla widza. Otóż twórcy mogą w każdej chwili odwrócić do góry nogami przyjęte schematy, po które tak chętnie sięgają. I korzystają z tej możliwości do woli. Przyznam, że dawno się tak dobrze w kinie nie bawiłem.



Więcej o: